Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 12 min czytania

Seharia cz. 5

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kiedy rozległ się dzwonek obwieszczający czyjeś nadejście, Marafath Salamshad pracował akurat w swoim gabinecie. Był całkowicie pochłonięty papierkowa robotą, dlatego nie zwrócił na to specjalnie uwagi. Przyszło mu jedynie przez myśl, że to zapewne jedna z przyjaciółek jego żony, Amrozji. Ostatnimi czasy nawiedzały ich domostwo coraz częściej. Teraz, gdy odchowały już swoje ukochane dzieci, nie miały za wiele zajęć. Musiały zapełnić jakoś mijające powoli dni. Marafath westchnął ciężko. Sam tęsknił za swoim synem, lecz nie okazywał tego w żaden sposób. Cieszył się, że znalazł sobie on tak dobrze sytuowaną dziewczynę jak jego synowa. Miało to również swoje minusy, takie jak wyjazd ich syna za żoną do odległego miasta, ale pozwoliło mu to na poszerzenie swoich wpływów. Marafath zdjął z nosa okulary. Srebrzysty dźwięk dzwonka powtórzył się, co nieco go zdenerwowało. Służba już dawno powinna była otworzyć drzwi gościowi. Podniósł się z fotela, gotowy wyjrzeć ze swojego gabinetu, aby zwrócić uwagę swoim podwładnym, lecz w tej samej chwili usłyszał na korytarzu kroki. Zaraz rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. - Wejść – powiedział głośno. - Panie Salamshad – młoda służąca unikała jego spojrzenia. - Przybyli trzej wojownicy. Żądają spotkania. Marafath uniósł krzaczaste brwi w czystym zdumieniu. - Żądają? - Tak, panie Salamshad. - To wprowadź ich. Nie dajmy im czekać – odprawił ją machnięciem dłoni. Szybko wrócił za biurko i rozsiadł się majestatycznie. Musiał wyglądać na człowieka odpowiedniego do jego pozycji. To prawda, że bractwo miało największy wpływ na ludzi, jednak Marafath jako najbardziej wpływowy kupiec, nie mógł pozwolić sobie na wchodzenie przez nich na głowę. Nie minęły dwie minuty, gdy drzwi ponownie się uchyliły i do środka weszło trzech, postawnych mężczyzn. - Witam panów – rzekł Marafath, mierząc ich spokojnym spojrzeniem, choć był niezmiernie ciekaw, co takiego sprowadziło ich do jego domu. Najstarszy z wojowników usiadł przed Marafathem. Jego czarne włosy poprzetykane były pojedynczymi pasmami siwizny, lecz nie dodawało mu to lat. Dwaj pozostali mężczyźni ustawili się po obu jego bokach, dwa kroki za nim. - Panie Salamshad – zaczął bez zbędnych wstępów i grzeczności – nie ukrywam, że nie mam czasu na owijanie w bawełnę. Nazywam się Rothimem Erfazar. Sprawa jest poważna i pragnę jak najszybciej ją zakończyć. Ufam, że doszły pana słuchy o wydarzeniach, które rozegrały się ostatnimi czasy. - Obiło mi się co nieco o uczy, lecz przyznam, że nie przywiązywałem do tych pogłosek zbytniej uwagi – jego twarz wyrażała jedynie uprzejme zainteresowanie. - Niesłusznie. Rozumiem, że będę musiał panu parę rzeczy wyjaśnić, będę jednak się streszczał – mężczyzna rozsiadł się wygodniej w fotelu. Służąca, ta sama, która przyprowadziła gości, znów pojawiła się w gabinecie, tym razem przynosząc ze sobą tacę z czterema kieliszkami i karafką z winem. Nalała trunku do każdego naczynia. Marafath upił nieco alkoholu. „Zbyt dobry rocznik jak na takich gości” przeszło mu przez myśl. - Panie Salamshad – rozpoczął na nowo mężczyzna. - Sytuacja wygląda następująco. Cztery dni temu, w świątyni bogów, został zamordowany wojownik, starszy brat Merdiriana – wskazał na stojącego po jego lewej chłopaka. - Z zeznań świadków, którzy znajdowali się wtedy na miejscu wynika, że była to pańska córka, Amrath. Marafath z trudem zachował kamienną twarz. Od bardzo dawna nikt w jego towarzystwie nie wypowiadał tego imienia. Sam przez ten czas starał się o niej zapomnieć. Nie było jej w ich życiu. - To jakaś pomyłka. Nie mamy z żoną córki. - Nie bawmy się w potyczki słowne. Doskonale wiem, że wyrzekł się jej pan. Nie zmienia to jednak faktu, że zmuszony jestem rozkazać przeszukać pański dom. - Nie znajdziecie jej tu – w głosie Marafatha zabrzmiała nuta złości. Rothimem skinął ze zrozumieniem głową. Współczucie wymalowane na jego twarzy wcale nie poprawiało Marafathowi humoru. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej wybijało go to z usilnych starań zachowania spokoju. Zacisnął mocniej dłoń na kieliszku, który nadal trzymał w ręce. Zupełnie o nim zapomniał. Odłożył go ostrożnie, starając się powstrzymać lekkie drżenie palców. - Wierzę, że tak jest, jednak rozkazy są jasne. To będzie czysta formalność – zapewnił. Marafath Salamshad powstał i wyprostował się dumnie. - Robicie co do was należy. Zapewniam jednak, że jej tu nie ma. Nie tolerujemy morderczyń pod tym dachem. - Miło mi to słyszeć – Rothimem Erfazar również wstał. Po tych słowach skinął głową gospodarzowi i wyszedł z gabinetu, a za nim jego eskorta. * * * Posiadłość Cartisa Dahera Canpolphilusa nie był to byle budynek z niezliczoną ilością pokoi. Dom ten często nazywany był cudem seharyjskiej architektury. Wybudowany był na modłę południowych miast Huverstargii i Baradocji, z białego kamienia specjalnie sprowadzanego z zagranicy. Odznaczała się na tle szaro-żółtych budynków miasta nie tylko kolorem. Wznosił się na trzy piętra. Był to najwyższy budynek w Seharii, zaraz po świątyni. Ozdobiony czterema wieżyczkami oraz blankami przypominał niewielki zamek. Wyglądał zwiewnie niczym biały obłok, który przysiadł na chwilę na gorącym piasku pustyni Seun. Zupełnie nie pasował do ciężkich, twardo trzymających się dworów. Choć zdawać by się mogło, że zdmuchnąć go może nawet najlżejszy podmuch wiatru, on oparł się już niejednej burzy piaskowej. Vitrann nieraz mijał to miejsce, ale nigdy nie miał możliwości zaglądnięcia do środka. Teraz jednak nie chciał tam być, choć wnętrze istotnie zapierało dech w piersiach. Czuł lęk, że znajdą Amrath w tej posiadłości. Nie powinien się tym martwić, wiedział to. Był zły na siebie. W ogóle nie rozumiał tego co się w nim dzieje. Dlaczego nie potrafił po prostu podporządkować się osądowi bractwa? W końcu czytał przecież jej kartotekę. Wiedział jakie było jej przewinienie, przez co została ukarana, a i tak nie mógł uwierzyć w jej winę. Na bogów, przecież widział na własne oczy jak wbiła ostrze

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Seharia cz. 5 — czytnik · opowiadania