Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 18 min czytania

Selena

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 3. Bezsenność. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś podobnym. Teraz męczyła mnie ona co noc. Byłam wściekła. Jak długo można przewracać się z boku na bok nie mogąc zasnąć? W mojej głowie kłębił się co noc tuzin różnych myśli, wracały wspomnienia, również te z dzieciństwa. Rozmyślałam o każdym feralnym dniu w pracy, o każdej niedokończonej sprawie, o wypowiedzeniu, które dostałam kilka dni wcześniej na maila. Zaraz potem byłam małą dziewczynką w granatowej sukieneczce pośród innych w domu dziecka. Przypominałam sobie każdy ważny i mniej ważny etap swojego życia. Zupełnie nie wiedząc, po co. Ból głowy stawał się przy tym nie do zniesienia. Łzy spływały cienką stróżką po policzkach. Opadałam z sił. Dzień mieszał się z nocą, kalendarz na ścianie wskazywał na jedenastego stycznia, lecz mogłabym przysiąc, że w rzeczywistości jest już trzydziesty. Od kilku dni nie podnosiłam się z łóżka. Wycieńczenie organizmu dawało o sobie znać. Przestałam otwierać drzwi, odbierać telefony. W swoim przekonaniu stałam się zjawą, choć dla niektórych byłam nią już od dawna. Tego wieczora zasunęłam zasłony w całym mieszkaniu. Czułam, że święci się coś niedobrego. Pełnia księżyca od pewnego czasu sprawiała, że czułam się nieswojo. Jakiś czas temu, zanim jeszcze straciłam zupełną kontrolę nad sobą, zmieniłam zasłony. Zastąpiłam je grubszymi i cięższymi tkaninami, które sama starannie obszyłam i powiesiłam, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że karnisz pod wpływem ich ciężaru może nagle pęc. Zrobiłam to tylko po to, by nie widzieć tej wstrętnej pełni. Światło księżyca stało się dla mnie nie do zniesienia. Podobnie jak światło dzienne, przy którym nie potrafiłam już logicznie myśleć, wręcz głupiałam. Targałam się po mieszkaniu niczym szalona, gdy tylko dopadł mnie promień słońca. Działo się ze mną coś niewytłumaczalnego. Moja skóra stała się bledsza niż zwykle. Miejscami zaczęła pękać. Tworzyły się okropne, bolące i nie gojące się rany. Pojawiły się okropne cienie pod oczami, włosy przerzedziły się a tęczówki zmieniły kolor na czarny. Po pewnym czasie zrozumiałam, że to sygnet, który dostałam od Fabio ma na mnie niekorzystny wpływ. Odkąd znajdował się w moim mieszkaniu działy się ze mną potworne rzeczy. Nie mogłam jednak w żaden sposób pozbyć się go. Próbowałam wyrzucić przez okno, jednak gdy odwracałam się leżał z powrotem na poduszce. Któregoś dnia wrzuciłam go do ubikacji i spuściłam wodę. Po chwili leżał na półce pod lustrem. Miałam wrażenie, że śmiał się ze mnie, a przecież było to niemożliwe. Dziwnym zbiegiem okoliczności poznałam również historie życia wszystkich lokatorów z kamienicy. Słyszałam słowa i dźwięki, których normalny człowiek nie byłby w stanie usłyszeć. Cieszyłam się ciążą lokatorki spod dwójki, płakałam z powodu śmierci członka rodziny mieszkańca spod dziewiętnastki. Wiedziałam kto kogo zdradza, słyszałam uniesienia miłosne. Żyłam życiem innych. Czytałam w ich myślach. Odwróciłam się na drugi bok. W palcach obracałam złoty sygnet. Dziś bursztyn mienił się paletą kolorów a wokół niego unosiła się jasna poświata. Bałam się jednak włożyć go na palec. Nie chciałam umierać, a byłam pewna, że tak właśnie się stanie. - Człowiek. Tak krucha istota. – Usłyszałam nagle czyjeś słowa. Uniosłam głowę, próbowałam podnieść się jednak ciało odmówiło mi posłuszeństwa. - Kim jesteś? – Zdołałam wydukać. Nikogo nie widziałam wokół siebie. – Czego od mnie chcesz? – Dodałam po chwili. Po pokoju rozniósł się śmiech. - Och Seleno. – Nieznajomy westchnął. – Żal na Ciebie patrzeć. Ponownie próbowałam wstać z łóżka. Zajęło mi to chwilę. Stanęłam na nogi i zrobiłam kilka kroków. - Kim jesteś? – Ponowiłam pytanie. Po kilku chwilach moim oczom ukazał się mężczyzna. Dobrze zbudowany, wysoki. Ubrany był w czarny garnitur i krwistoczerwoną koszulę. Uśmiechał się do mnie. - Mam na imię Wiktor. – Przedstawił się. – Jesten Twoim opiekunem. – Dodał po chwili. – Nie możemy już dłużej czekać. Zresztą twoja babka nie może już patrzeć jak cierpisz. I dziwi się dlaczego to tej pory nie włożyłaś sygnetu. – Wskazał ostrym pazurem przedmiot w mojej dłoni. - Bałam się… - Zdołałam wydusić. – Bałam się, że umrę. Nie miałam siły, by tłumaczyć iż moja babcia, sławna zapewnie Helena Ossolińska już dawno wącha kwiatki od spodu. - Nie, kochanie. – Zrobił krok w moją stronę. Był piękny, nieziemsko przystojny. – Bez niego umrzesz. Spójrz co się z tobą stało. Jesteś wrakiem. – Nie szczędził słów. – Pełnia księżyca to dla nas najsłabszy okres. Dziwię się, że jeszcze żyjesz. – Dotknął swoją dłonią mojego policzka. Była zimna jak lód, ale delikatna i miękka. - Co się ze mną dzieje? – Zapytałam wpatrując się w jego cudne, czarne oczy. Uniósł moją dłoń, wziął w swoją sygnet i delikatnie wsunął go na mój palec. Poczułam delikatne mrowienie. Chłód jego dłoni działał na mnie kojąco. - Niedługo wszystko zrozumiesz. – Szepnął mi do ucha, a potem znikł. Sygnet wciąż mienił się, jednak z każdą minutą coraz mniej. Poczułam nagły przypływ zmęczenia. Powoli ruszyłam w stronę łóżka. Położyłam się i zasnęłam natychmiast. Po raz pierwszy od miesiąca przespałam całą noc. Obudziłam się rześka i wypoczęta. Stwierdziłam również, że mam całkiem dobry humor. Przeciągnęłam się na łóżku i rozejrzałam wokół. Otworzyłam szerzej oczy, gdyż nie dowierzałam temu, co widzę. Wokół panował bałagan, bałagan, którego nie znosiłam. Porozrzucane ubrania, puste plastikowe butelki, kołdra wisząca w oknie zamiast zasłon, włączony telewizor na TeleMango, drzwi lodówki otworzone na roścież, a w niej pustka. Nawet światła w niej nie było. - Co tu się działo? – Spytałam samą siebie łapiąc się za czoło. Kątem oka spojrzałam na swoje ręce. Były piękne. Jeszcze wczoraj były na nich otwarte rany, a dziś były zdrowe, a zamiast połamanych i rozdwojonych były długie paznokcie. Wystraszyłam się. Jednym susem zeskoczyłam z łóżka i ile sił w nogach pobiegłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Dotknęłam dłońmi czoła, potem skroni. Byłam zdumiona jak pięknie rysuje się na mojej twarzy czerwień ust. Byłam pewna, że śnię. Albo już nie żyję. Przeczesałam palcami włosy. Były aksamitne, lśniące. Miałam ochotę krzyczeć. To nie byłam ja. Z krzykiem rzuciłam się na łóżko. W mojej głowie panował mętlik. Nie byłam pewna co jest prawdą, a co nie. - Wyspałaś się? – Usłyszałam znajomy głos. Przez chwilę starałam się uznać to jednak za chwilowy omam, jednak potem czyjaś dłoń nagle dotknęła mojego policzka. Czułam chłodny, ale jakże słodki oddech Wiktora na swojej twarzy. Nagle zrozumiałam wszystko. Pierścień sprawił, że stałam się taka jak on. - Nie stałaś się. Od zawsze byłaś. – Powiedział wsuwając palce w moje włosy. Otworzyłam oczy. Wiedział, co myślałam. - Jestem głodna. – Stwierdziłam wpatrując się w jego twarz. Uśmiechnął się. - Zdajesz sobie sprawę, że „Przysmak Babuni”… - Podniósł z podłogi pustą torebkę po warzywnej mrożonce. –… Może już ci nie wystarczyć. Domyślałam się. Stałam się kimś innym. Stałam się tym, czym on jest. Ciężko jednak było mi wypowiedzieć to słowo. - Och Seleno. – Westchnął. Odczytał moje myśli. – Wiesz, jest jeszcze coś takiego jak Internet. I Google. – Uśmiechnął się ukazując śnieżnobiałe kły. Niewiele myśląc przesunęłam palcami po swoim uzębieniu. W miejscu siekaczy pojawiły się długie, ostre zęby. Wystraszyłam się. Chciałam uciec. Zerwałam się z łóżka niczym szalona, biegałam po mieszkaniu w tę i z powrotem, zerwałam z okna prowizoryczną zasłonę a moim oczom ukazało się słońce. Ku mojemu zdziwieniu nie było palące. Mój towarzysz siedział nadal na skraju łóżka niczym posążek. - To wszystko bujda. – Rzuciłam nagle. Wiktor zmarszczył brwi. – To, że was słońce zabija i takie tam... W mieszkaniu rozległ się jego śmiech. Jak dla mnie wydał się głośny, jednak dla zwykłego człowieka mógł wydać się ledwo słyszalny. - Seleno, mamy dwudziesty pierwszy wiek. – Powiedział, gdy już nieco się uspokoił. – Nie obraź się, kochanie, ale ty naprawdę nie wiesz co to Google. - Wiem co to Google! – Wrzasnęłam. - Nie miałam jednak potrzeby by wyszukiwać wiadomości o wampirach. – Dodałam. Po chwili dotarło do mnie, że w końcu użyłam tego określenia. Wiktor siedział wciąż uśmiechnięty. Nagle zrozumiałam również dlaczego tak bacznie mi się przygląda. Stałam przed nim w bieliźnie. Tylko w bieliźnie. Doszłam do wniosku, że musiał zachować jakieś ludzkie instynkty skoro niczym nastolatek wpatrywał się we mnie jak w dziewczynę z okładki Playboya. Zarzuciłam na siebie prędko szlafrok, który kiedyś przewiesiłam na oparciu fotela. - Zboczeniec. – Bąknęłam. - Koneser kobiecych ciał. – Odpowiedział szybko szczerząc…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%