Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

Seltaren

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rok 586, Seltaren

Gdy ryk płomieni za oknem na chwilę przycichł, odważyłem się wyjrzeć. Ulice Seltaren stały w ogniu, trupy gęsto zaścielały miejski bruk. Krew obficie spływała rynsztokami. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że wojna może dotrzeć aż tutaj, do mego własnego domu. Wojna tym straszliwsza, że toczona między braćmi i siostrami, dziećmi jednego narodu. Osłoniłem twarz ramieniem, gdy zaledwie paręnaście metrów ode mnie, przez powietrze, przemknęła ogromna kula płomieni. Uderzyła w barykadę z drewnianych wozów, gdzie do tej pory bronił się oddział miejskiej milicji. Krzyki bólu po zaledwie chwili przebiły się ponad huk eksplozji. Ponownie usiadłem pod ścianą i spojrzałem na mych towarzyszy. Druga Chorągiew Dragonii Książęcej, a raczej to, co z niej pozostało, broniła się wraz ze mną wśród ścian tego zrujnowanego pałacyku. Ranni i umierający jęczeli żałośnie, oparci o ściany pomieszczenia, które teraz zajmowaliśmy. Kilkunastu tych, którzy byli jeszcze w stanie walczyć, wytrwale ładowało kusze i strzelało przez okna i wyrwy w ścianach w kierunku zbliżającego się do naszej kryjówki motłochu. - Panie Del Castillo! – zakrzyknął do mnie jeden z mych najbardziej oddanych żołnierzy, Keriann de Molay. – Kończą się bełty. Nie powstrzymamy ich! W gniewie schwyciłem własną kawaleryjską kuszę i oddałem strzał przez okno, mierząc w dół do jakiegoś zarośnietęgo wieśniaka, dzierżącego widły. Zwalił się z nóg, gdy pocisk ugrzęzł w jego obojczyku. Ponownie przysiadłem pod ścianą i rzuciłem swą kuszę jednemu z rannych, by ją ponownie załadował. Wsparcie winno było przybyć już dawno, święty Cuthbert jeden jednak wie co mogło ich zatrzymać. Byliśmy zdani na siebie. Dragoni bez wierzchowców, uwięzieni na drugim piętrze walącego się pałacyku. Ciekaw byłem, czy moja własna siedziba na obrzeżach miasta uległa, czy może jeszcze wciąż walczyła. - Będziemy walczyć, de Molay. Do ostatniej kropli krwi! – warknąłem. Bałem się wtedy, jak nigdy wcześniej, choć nie mogłem dać tego po sobie poznać. – Do walki i zwycięstwa, panowie! – krzyknąłem, tym razem już do wszystkich i oddałem kolejny, tym razem niecelny, strzał z kuszy w kierunku pospólstwa. Istotnie wierzyłem, że może nam się udać. Pod warunkiem, że ten przeklęty mag nie postanowi obrać na cel naszego schronienia. Jedna celna kula ognista i wszyscy będziemy martwi. Za oknem rozległ się stukot ciężkich kopyt. Jeden z mych podwładnych zakrzyknął radośnie: - To Bar... – słowa jego zostały brutalnie przerwane, gdy strzała przeszyła jego gardło. – Bar Rampant... – wyharczał niesłyszalnie i zakrztusił się krwią. Jeden z jego kompanów odciągnął go pod ścianę i spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym, że dla niego nic już nie będziemy mogli zrobić. Ostrożnie wyjrzałem przez szczelinę w ścianie, nie ryzykując już zbliżania się do okien. Oto mój człowiek miał rację. Bar Rampant, elitarny oddział ciężkiej kawalerii księcia Karlla ruszył do niebezpiecznej konnej szarży. Więc jednak dotarli. Wtem posłyszałem szereg kroków na schodach, na korytarzu. Pospólstwo jednak się przedarło. Podniosłem się na równe nogi i dobyłem bogato zdobionego rapieru. Lewą ręka sięgnąłem po wiekowy, miejscami już zardzewiały lewak. Podwładni moi również dobyli swych szpad, dwóch mierzyło ze swych kusz w zamknięte jeszcze drzwi. Drewno jęknęło, prawie się poddając, gdy motłoch na zewnątrz zabrał się do ich wyważania. Gdy okute dźwierza ustąpiły, z łoskotem zwalając się na posadzkę, para bełtów pomknęła prosto w piersi dwóch pierwszych napastników. Zwalili się na stłuczoną mozaikę, a po ich trupach do wewnątrz zaczęli się wdzierać wściekli mieszczanie. Bez pancerzy, bez wykwintnej broni, za to z pełną wściekłością, oddaniem swojej sprawie i pewnością zwycięstwa. Formując okrąg, ramię w ramię toczyliśmy walkę z napierającym tłumem. Cieszyłem się, ze po swej prawicy mam Kerianna, zaiste świetnego szermierza i wzorowego żołnierza książęcej armii. Nie zdziwiłem się przeto, gdy sparował swym rapierem nadciągający w mym kierunku cios tasakiem. Rzeźnicze narzędzie poleciało w kąt pokoju, a ja tylko wbiłem swój sztylet głęboko między żebra plebejusza. Moi żołnierze, podniesieni na duchu przez obecność Bar Rampant na ulicach, walczyli dzielnie, choć była to krwawa walka dla obydwu stron. Szczęśliwie z tej walki wyszedłem bez szwanku większego, niźli drobne cięcie przez klatkę piersiową, zadane jakimś niepierwszej już młodości, krótkim mieczem. Niebawem pod osłoną Bar Rampant przedarliśmy się na obrzeża miasta, gdzie stacjonowała teraz większość wojsk hrabstwa. Z osiemidziesięcioosobowej chorągwi dragońskiej, do koszar dotarła dwunastka. Zatęskniłem wówczas za czasami pokoju, gdy dane mi było podróżować po świecie, nauczać szermierki w odległej Velunie czy uczestniczyć w dworskich balach. Świat zmieniał się na gorsze, bo miast tego wszystkiego teraz musiałem patrzeć na śmierć towarzyszy broni, mordować własnych rodaków. A przy tym wszystkim nie mogłem ufać nikomu, nawet rodzinie. Nikomu może poza Keriannem, który, jak dotąd, nigdy mnie nie zawiódł.

Rok 587, Leukish

- Nataniel hrabia Del Castillo! – ogłosił me przybycie lokaj, a po chwili wkroczyłem do gabinetu dawnej znajomej, Lady Nemonine D'argin. Bogato zdobione pomieszczenie, utrzymane w kolorostyce srebra, fioletu i czerwieni, pełne było potretów dawno już zmarłych głów wyśmienitego rodu. Miałem nadzieję, że moja rozmówczyni prędko do owej galerii nie dołączy. Po wymienieniu podstawowych grzeczności, za jej zaproszeniem zasiadłem w wygodnym, wyściełanym jedwabiem fotelu. - To straszne, kawalerze, co spotkało ciebie i twój ród – zaczęła Lady D’argin, nawiązując do całkowitego splądrowania majątku mego i mej rodziny w zeszłorocznych zamieszkach w Seltaren. – Uprzedzono mnie jednak, że inny ma być cel twej wizyty, niźli rozmowa o tamtym trudnym czasie. Zatrzymałem na chwilę wzrok na herbie, zawieszonym wysoko ponad głową Nemonine. Kiść srebrnych winogron, w fioletowo-czerwonym polu. Godło to nijak miało się do propozycji, jaką przybyłem złożyć Lady D’argin w imieniu mej rodziny. - Tak, to prawda, moja droga – zacząłem, nie będąc pewnym, czy dobrze czynię, składając wizytę tej przebiegłej damie. – Słyszałas zapewne o rosnących ambicjach młodego lorda Ellisa Lorinara. Zdaje się, że nie tylko on jest zaniepokojony nieporadnością księcia Karlla. Nemonine zmierzyła mnie wzrokiem. Nie dała po sobie tego poznać, była jednak z pewnością zaskoczona mą pewnością w wypowiadaniu tak niebezpiecznych słów. Tym bardziej tutaj, pod samym bokiem księcia, w stolicy księstwa Urnst. Cóż jednak miałem do stracenia? Teraz pozostał mi jedynie tytuł, szpada i wierny żołnierz,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%