Hobby · 7 min czytania
Sen 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był ciepły, jesienny dzień, dokładniej piątkowe popołudnie. Siedziałam na ławce na szkolnym podwórku, czytając książkę. To była biografia Pera (nie mam zielonego pojęcia skąd ją dostałam, może od ciebie?). Czytałam spokojnie, gdy nagle usłyszałam za sobą szelest liści. Drgnęłam, trochę się wystraszyłam. Najpierw pomyślałam, że to ktoś z uczniów, chce zrobić mi wrednego psikusa. Rozejrzałam się szybko w koło – nie było nikogo, wróciłam do lektury. Po chwili znów powtórzył się szelest. Najpierw znów pomyślałam, że ktoś chce „zagrać mi na nosie”. Potem jednak zorientowałam się, że w internacie jest nas wyjątkowo niewiele. „To chyba jakiś zwierzak. Może wiewiórka? Nie ma się czego bać. Szkoda tylko, że nie mam żadnych orzeszków dla niej…” – pomyślałam, znów wracając do lektury. Po kolejnych kilku minutach zobaczyłam ciemność, ktoś zakrył mi oczy dłońmi. „Co za…” – pomyślałam lekko zdenerwowana. Próbując dotykiem sprawdzić co to za dłonie, kto to jest – wyczułam, że dłonie są chłodne, drobne i wyczułam trochę biżuterii, bransoletek, pierścionków… „To jakaś dziewczyna – przemknęło mi przez myśl – Ale kto to może być?” – nie miałam zielonego pojęcia, że to Marie. Na dodatek – przesuwając swoją dłoń z jej nadgarstka w stronę palców – poczułam, że zahaczyłam mankietem cienkiej kurtki jaką miałam na sobie o jedną z jej bransoletek. Szarpnęłam zbyt mocno i bransoletka rozerwała się. Jak na złość – jak potem się okazało – to była jej ulubiona bransoletka, którą dostała od Pera. Kiedy odwróciłam się w ich stronę – oczy ze zdziwienia mocno mi się rozszerzyły, długo nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa a książka spadła na ziemię, zamykając się. Patrząc na ich twarze, widziałam jak szeroko się do mnie uśmiechają. Nawet Marie się uśmiechała, mimo, że wcześniej zniszczyłam jej bransoletkę. - Przepraszam za tą bransoletkę, nie chciałam… - szepnęłam kiedy pierwsze emocje opadły. Mówiąc, w oczach miałam łzy. Jedna z nich zaczęła już płynąć po moim policzku. - To nic, to ja nie powinnam cię zaskakiwać. A tą bransoletką się nie przejmuj, da się ją naprawić – odpowiedziała. - Skąd to… wiesz…? – urwałam, bo po pierwsze byłam zaskoczona pewnością z jaką mi odpowiada a po drugie nie byłam pewna jak mam się do nich zwracać. - Rozrywała się już kilka razy i to najczęściej w tym samym miejscu – odpowiedziała Marie uśmiechając się – I coś jeszcze – mów nam po imieniu – dodała. - Ale… - chciałam protestować. - Nie ma się czego bać, wyobraź sobie, że jesteś naszą młodszą siostrą – włączył się ze śmiechem milczący dotąd Per. - Coś w tym jest… - szepnęłam do siebie a po chwili głośniej dodałam: - Chodźmy może do mnie, co? Robi się już chłodno… Co powiecie na herbatę? – zaproponowałam. - Niezły pomysł – zgodził się Per, rozcierając lekko zmarznięte dłonie. Kiedy szliśmy do windy, minęło nas kila osób. Wszyscy niestety próbowali dociąć naszej trójce. W różny sposób: jedni tylko kolącymi spojrzeniami, inni – docinkami słownymi, kierowanymi w stronę któregoś z nas. W pewnym momencie słysząc wyjątkowo podłe słowa dotyczące Marie (dokładnie: „Powinna już nie żyć”, wypowiedziane z paskudnym jadem), puściłam się płacząc pędem do windy, zapominając o gościach. - Zaczekaj, zaczekaj! – wołała Marie, biegnąc w moją stronę – Co się stało, myszko…? – spytała