Duchy · 16 min czytania
Sen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gaszę światło. Kładę się. Nakrywam kołdrę. Zbieram wspomnienia dzisiejszego dnia. Rozmyślam o tym, co dzisiaj robiłem. Po chwili czuje sen na powiekach. Wyciszam myśli i zamykam oczy. Nie skupiam się na niczym. Zasypiam. Odpływam w kraine beztroski. Jestem w nieznanym ogrodzie. Wszędzie wokoło widzę piękne kwiaty, jakich dotąd nie widziałem, i drzewa, których dotąd nie znałem. Czuje się tak, jak dotąd się nie czułem, jestem w stanie niezwykłego uniesienia. Emocje, i uczucia które mi towarzyszą nie są mi dostępne w normalnym życiu. Wkraczam do sadu, w którym rosną jabłonie. Czuje zapach, którego nie znam, ale mimo to, przypomina mi on coś, co już kiedyś przeżyłem. Idę powoli, patrząc się na jabłonie. Nagle zza drzew wyskakuje na pies. Przestraszony wspinam się na drzewo, pies poszczekuje parę razy i odchodzi. Wspinam się wyżej i wyżej, aż jestem na szczycie. Widzę stąd cały sad, a przynajmniej tyle, ile ogarniają moje oczy. Zdumiony widokiem schodzę z drzewa i idę dalej, wgłąb. Idąc w stronę serca tego sadu robi się coraz gęściej, między drzewami rosną kwiaty, ale z potężnych gałęzi wciąż zwisają ogromne jabłka. Na gałęzi drzewa przysiadł sokół. Nie wiem, skąd się tam wziął, ale jestem pewien, że był to sokół. Po chwili odleciał i teraz kołował wysoko nad sadem. Gdy opuściłem wzrok ujrzałem w oddali staruszka zrywającego jabłka do kosza. Podszedłem do niego, i zobaczyłem, że przestał się ruszać. Powoli zbliżyłem rękę i dotknąłem jego ramienia. Sadownik odwrócił się do mnie. -Witaj, Tom. Czekam tu na Ciebie od dawna, a ponieważ nie przybywałeś, zacząłem zbierać jabłka.-Sadownik, gdy powiedział to, wyjął z kosza jedno i zaczął jeść. -Skąd pan mnie zna? Przecież ja... Jestem tu pierwszy raz, pierwszy raz się widzimy.-odpowiedziałem zdezorientowany. -Wyczułem twoją obecność, odkąd zjawiłeś się w tym sadzie, Tom. To dziwne, że mnie nie poznajesz. Przecież tak samo i ja jestem Tobą, jak i Ty mną.-powiedział. Kiedy zobaczył, że nie rozumiem jego słów, ciągnął dalej.- Czy nie wydaje Ci się, Tom, że ten sad jest Ci w pewien sposób znajomy? Czy nie odczuwasz tego dziwnego wrażenia, że kiedyś już tu byłeś? -Fakt, odczułem takie wrażenie. Ale nie wiem kiedy mógłbym tu być. -Widzisz, Tom, to wszystko tutaj to jest twój sen. TO dzieje się właśnie teraz właśnie w twojej głowie. -Jak? W snach nigdy nie rozmawiałem z nikim tak szczegółowo. Nigdy nic nie było tak logiczne. -Tom, nie zawsze sny to tylko to, co sobie zażyczysz. Sny potrafią być bardzo nieprzyjemne. W tym śnie nie jesteś sam. -Nie wiem dlaczego, ale czuje, ze wiem o czym mówisz. -Tom, pomyśl. Skoro jestem wytworem twojej wyobraźni, a ja o tym wiem, to oznacza że ty też musisz o tym wiedzieć.-odpowiedział Sadownik. -Tylko dlaczego nie rozumiem całkiem tego, co do mnie mówisz. -Senne demony potrafią wnikać w ludzkie senne marzenia i zamieniać je w obawy. Potrafią też tworzyć piękne przygody i historie. Potrafią wciągnąć człowieka w krainę snu, tak, że nie potrafisz z niej wyjść. Ich obecność przejawia się, kiedy jesteś zbyt słaby, żeby marzyć samemu.-rzekł. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem w oczach. Właściwie to patrzyłem na niego jak na wariata. -Więc teraz jesteśmy w moim śnie sterowanym przez wielkiego potwora leżącego na dnie Pacyfiku?-zapytałem z niedowierzaniem w głosie. Sadownik chyba to wyczuł. -Tak, jesteśmy w twoim śnie. Ale to nie jest zwyczajny sen. To podróż przez twoją wyobraźnie i twoje marzenia. Wiele zależy od Ciebie, jak go przejdziesz.-po tych słowach rzucił mi jabłko.-i pamiętaj. Tu, w tych stronach, w Krainie Snu, tu nie ma czegoś takiego, o czym mówiłeś, to słowo na ''f''... Eh, nie pamiętam. -Chodzi Ci o fakt?-zapytałem. -Tak, właśnie tak. Tu się tak nie mówi. Pamiętaj. Tu nic faktem nie jest, a logika zawodzi, bo nic nie jest takie, jakby wydawać się mogło, że jest, a wydawać się może, że jest takie, jakie by być nie mogło. To jest filozofia snu. -Rozumiem.-powiedziałem. I naraz zrozumiałem bezsens swoich słów, gdyż aby to dobrze zrozumieć, nie mogłem tego zrozumieć. I to nie umknęło uwadze sadownika. -No widzisz. A teraz, możesz iść w dalszą podróż. Masz prowiant na drogę-pokazał wzrokiem na moje jabłko.- Ale pamiętaj. Zjedz dopiero, kiedy będziesz pewny, że idziesz dalej-skończył jeść to, co zaczął na początku rozmowy i odrzucił ogryzek między drzewa. Spojrzałem przed siebie. Nie było widać końca sadu, ale ja wiedziałem co mam robić. Sadownik uśmiechał się szelmowsko. Wziąłem jabłko i ugryzłem. Wtedy sad zniknął w ciemnościach.
Otworzyłem oczy. ''Obudziłem się?''-zadałem sobie pytanie w myślach. Potem otworzyłem oczy. Byłem na polanie, leżałem na plecach i widziałem błękitne niebo. Czubki sosen kołysały się na lekkim wietrze. Uśmiechnąłem się szeroko, i stwierdziłem, że to dalej ten dziwny sen. ''Sadownik miał racje. To nie sen. To podróż. A podróż dopiero się zaczyna, jak mi się wydaje'' Wstałem i obróciłem się do tyłu. Widok był oszałamiający. Stałem na polance , a przede mną zaczynał się wysoki, gęsty las. Miałem senne przeczucie, że powinienem iść wgłąb lasu. We śnie chyba nie powinienem ignorować sennych przeczuć, więc poszedłem. Od kiedy wszedłem w las przestało być mowy o ''logice'', czyli tym, czym trudzą się naukowcy Świata Řzeczywistego. Tu działy się rzeczy wysnute z marzeń, tak dobrze jak i te wyssane z palca. Kiedy przechodziłem przez trakt widziałem, jak leśni ludzie polują na swój przyszły obiad. Strzały z ich łuków wystrzelone w jednym kierunku leciały w bok od razu po spuszczeniu cięciwy. Niedźwiedz, którego strzała chybiła o cal odbił się od lekkiego podmuchu powietrza i zniknął w zaroślach. Jeden z ludzi spojrzał na mnie proszącym wzrokiem, więc nie zwracając na nic uwagi podniosłem leżący na ziemi kamień i cisnąłem nim w łeb niedźwiedzia. Gdy kamień dosiągał jego czoła, juź go dotykał nagle znalazł się w niedźwiedziowej łapie, a niedźwiedź wstał na dwie łapy, cisnął za siebie kamień i podszedł do Leśnych Ludzi. Podał łapę każdemu z nich i do wszystkich powiedział -Dobra gra, panowie. Do zobaczenia. Niedźwiedź odszedł w krzaki, a Ludzie rozeszli się po lesie. Kontynuowałem swą wędrówkę przez las. Drzewa były wysokie i obfite, miały dużo liści, ale kiedy wszedłem w las głębiej, w przeciwieństwie do początku, rosła tu bujna i gęsta trawa. Opadłe liście były tu rzadkością. Wtedy je zobaczyłem. były tu dwie strome skały o wysokości nie przekraczającej wzrostu dwóch ludzi postawionych na sobie. Na szczycie skały po lewo siedział lew. Miał jasną sierść i ciemną grzywę. Patrzył w górę, ku szczytom drzew. Przez ich korony prześwitywało słońce. Poczułem wtedy coś dziwnego, jakby lew do mnie mówił, choć nie mogłem usłyszeć jego głosu. Lew stał nieruchomo i przestał wydawać mi się prawdziwy. Przeszedłem koło lwa, a kiedy mijałem skały, słońce przestało prześwitywać. W lesie zrobiło się nieco ciemniej, ale wydawało się jakby od skał i trawy wokół nich biła zielona poświata. Wtedy poczułem lwa. Poczułem to dobre słowo, gdyż lew nie odezwał się ani razu, trwał nieruchomo. ''Patrz w górę, ku szczytom, gdzie zwycięstwo, i nie kieruj oczu w dół, gdzie porażka i smak przegranej.'' Poszedłem dalej. Wszedłem między drzewa i zobaczyłem przy drzewie wiewiórkę jedzącą orzech. Podniosła na mnie swój wzrok. -Pan pozwoli, że się przedstawię. Wiewiórek, jak mnie zwą w tych stronach.- wiewiórka przemówiła spokojnym, ciepłym męskim głosem. -Witaj. Nazywam się Tom.-odpowiedziałem najgrzeczniej jak potrafiłem. -Przybywasz z Krainy Materialnej Prawdy, mam rację?-zapytał.- jesteś ze stron, w których liczą się nie marzenia, tylko to, co wydarzyło się, jak to nazywacie ''naprawdę''? -Tak. Chyba tak-odpowiedziałem niepewnie. -Tak właśnie myślałem. Wy, Prawdomówni Materialiści, rzadko wiecie co to są marzenia. Do krainy, w której teraz jesteś dostają się tylko nieliczni. -Kim właściwie jesteś?-zapytałem. -Pozwól, że odpowiem pytaniem na pytanie.…