Pisarstwo · 25 min czytania
Sen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To była zwykła uliczka, ogrodzona latarniami, niedbale rozrzuconymi po szerokich chodnikach. Wyłożona kostką, taka starszą, a nie, idealne wzorki nowoczesnych wizażystów budowlanych. Za to przetrwała lata zelówek przechodniów, terkoczące wozy i inne uprzykrzacze życia brukowanych ulic. Wiła się delikatnie, lekkim łukiem wprowadzała na stare miasto, jak jedna z wielu innych, które służyły jako dostawcy turystów w głąb starych alejek. Zwyczajna uliczka. Ale miała jedna cechę, której nie posiadała żadna inna. Jako jedyna spowita była żółtym światłem. Co wieczór gęste, złociste światło ją otulało. Wszystkie inne latarnie w całym mieście oferowały biały promień. No może czasami miało szarawy smak, ale dalej w niczym nie przypominało to widoku ulicy Koziej. Tam płynęło czyste złoto. I to mimo wielokrotnych prób przywrócenia jedynego słusznego odcienia przez służby porządkowe. Po operacji wymiany żarówek, przez dzień, czasami dwa, światło było białe. Czyste i wyraźne. Aby później powitać gości tym ciepłym słonecznym uśmiechem. Bo On nie cierpiał tej kłującej bieli. Parna noc wrześniowa budziła się ze snu. Zabierała połacie dnia i konsekwentnie wypełniała niebo. Z jej kieszonek delikatnym ruchem wysypywały się błyszczące gwiazdy pobłyskując zaczepnie. A na samym końcu wypełzał Pan Księżyc. Zawisał nieruchomo i oświetlał swoim bladym blaskiem miasteczko. Wraz z nocą przychodził długo oczekiwany chłód. Po męczącym dniu uwalniał myśli mieszkańców i uspokajał wszędobylskie owady. Potem powoli gasły kolejne okna. Migały przez chwile niebieskawą łuną, ale i ona wkrótce poddawała się woli ciemnej nocy. Miasto spało. W tym absolutnym spokoju, nagle, pojawiło się stukanie. Rytmiczne uderzenia, obcas, obcas, laska. Zza zakrętu wyłoniła się czarna postać. W stanowczo za dużym kapeluszu, w dziwnym gorsecie i spodniach od smokingu. Przystanęła. - Znowu ktoś mi grzebał przy lampach - dało się słyszeć narzekanie. Uniósł rękę i w tym momencie jedna latania po drugiej zaczęła sączyć żółtawe światło, które powoli przytulało ulice ciepłym złotawym blaskiem. - Tak lepiej - z duma przemówił głos spod kapelusza - tak można iść. Witam panno złota. Znowu powietrze wypełniło się znajomym rytmem walca obcasa z laska. Postać powoli zmierzała ku pierwszym kamienicom na Koziej. Minąwszy równe rzędy drzew dotarł do okien i zatrzymał się. Spojrzał w głąb mieszkania, szukając snów jego mieszkańców. One tam były. Grały swoja opowieść w śpiących umysłach. Obrazy dzisiejszych zdarzeń pomieszanych z emocjami i wspomnieniami. Pani Johannes w swojej zwiewnej sukience. Trzydzieści lat temu, na polu swojej babci. Stała i patrząc na bezkresne łany zielonej trawy targane powiewami wiatru, chłonęła świat. Ciepłe słonce padało na piegowatą twarz, rozpostarte ręce łapały podmuchy wiatru, była szczęśliwa. Oczywiście wtedy tak nie myślała przecież był to tylko kolejny dzień na wsi, ten świat był tak oczywisty że miał nigdy nie zniknąć. Ale zniknął. Zastąpiła go szarość miejskich uliczek, codzienne zabieganie w codziennych sprawach. Mąż, dzieci. Na obraz zielonych pól mogła pozwolić sobie tylko w godzinach 22 - 6 rano. I to wystarczało, musiało. Pan Johannes spał obok. W jego filmie czarna postać dostrzegła obrazy polowania. Uciekające zwierze, horda łowczych kluczących pomiędzy drzewami. Ujadanie psów ciągnących za za-długie smycze pierwszą linie myśliwych. Panika w oczach biegnącej sarny i rogi myśliwskie wygrywające swoje arie. - Ciekawe czy w końcu ją upoluje - pomyślał Sen - od tylu lat widzę to opowiadanie, ale ono nigdy się nie kończy, ciekawe ... Przebiegł wzrokiem po kolejnych kondygnacjach sprawdzając czy zawartość dzisiejszych snów zgadza się z zaplanowanymi. - Tak, tak , tak i tak. Wszystko w najlepszym porządku, piękna robota - z uznaniem potakiwał Sen. Całe to przedstawienie odbyło się kilkukrotnie, gdy lustrował kolejne kamienice. Pewnym krokiem ruszył pod numer 16 i tutaj zatrzymał się na dłuższą chwile. Coś się nie zgadzało. Państwo Larsen i Gustawsen według planu. Ale Christian, on nie śnił. - A to ciekawe, szary obraz, hmmm ... Ja nie mogę zajrzeć do środka, intrygujące ...
Christian wstał równo z dźwiękami wygrywanymi przez budzik. Ostatnio coraz trudniej było mu oderwać głowę od miękkiej poduszki. Strasznie ciążyła, a oczy nie chciały się otworzyć, czuł również lekkie mdłości. Ale najgorsze było to dziwne uczucie, coś jakby głód, ale nie taki który da się powstrzymać kanapką. - Wstawaj, ruszaj, czekam – pojawiło się wezwanie w głowie. Ten nieobecny głos był już tam od jakiegoś czasu. Dzisiaj niemal krzyczał – Masz przyjść ! - Christian, wstawaj, spóźnisz się do szkoły – grzmiał głos matki. - Już, już – wymamrotał, za cicho aby usłyszała. Powłócząc nogami skierował się do łazienki. Szybka poranna toaleta, składała się głownie z ochlapywania twarzy wodą i bardzo szybkim kontakcie zębów ze szczoteczką. Dalej pół-przytomny, skierował się do kuchni, gdzie pstrykał gorący czajnik, a na kuchence bulgotały garnki. - Mamo, nie jestem głodny. - Co to znaczy, że nie jesteś głodny – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie - Masz zjeść, parówki są już gotowe. - Oj – jęknął. Podłubał w talerzu, tak aby zostawić wrażenie że prawie wszystko zniknęło. Dopił gorącą bawarkę i nie czekając na komentarz matki, pobiegł do swojego pokoju. Chwilę później już szedł wzdłuż budynków na ulicy Koziej. Przeszedł parę zakrętów i zatrzymał się przed bramą na Listopadowej. Wielka żelazna krata, ustępowała z ciężkim metalicznym zgrzytem, wpuszczając gości na ciemny dziedziniec, otoczony z czterech stron wysokimi kamienicami. W mroku bramy stała mglista postać, na której ciężko było utrzymać spojrzenie. Zawsze wydawała się stać trochę obok. I falowała, a uśmiech tańczył jej na twarzy. Tyle że ten uśmiech powodował chęć ucieczki, jak najdalej, byleby już go więcej nie widzieć. Problem polegał na tym, że nogi nigdy nie zrobiły nawet kroku, jakaś niewidzialna siła trzymała je mocno w uścisku. - Jesteś w końcu ! - Przepraszam – wydukał, chodź wcale nie było mu przykro – zaspałem. - Zrobiłeś jak ci mówiłem ? – oczy falującej postaci stały się chciwe – przyszedł ? - No … chyba tak … chyba był. Czułem jak ktoś jest ze mną w moim śnie. Przyglądał mi się. Ale nic nie powiedział. Stał tylko. - Ale zrobiłeś jak ci kazałem? – naciskał. - Oczywiście. I wczoraj też i przedwczoraj– tłumaczył się Christian. - Dobrze. To znaczy że musiał być. Nie przepuściłby takiej okazji- ostatnie słowa wypowiedział tylko do siebie. - A moja nagroda, obiecałeś ! - A, tak. Oczywiście – mówiąc to sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął mały pakunek. Odwinął go i zabrał z góry małe ciastko – Proszę. Christian szybko porwał podarunek i od razu wpakował go sobie do ust. Przez chwilę walczył z twardą skorupką, aby w końcu poczuć jak znajome ciepło rozpływa się po całym ciele. Oczy przymknęły się do połowy, myśli zwolniły. - … dzi..ękuje … - głos Christiana brzmiał inaczej. Każda sylaba stanowiła trudność, a żadne słowo nie miało znaczenia. Wszedł do środka siebie, na zewnątrz pozostawiając tylko skorupę zawinięta w skórę. - Teraz mnie posłuchaj, mały. Masz tutaj obrazek. Przypatrz się mu uważnie. Patrz na niego jak będziesz dzisiaj zasypiał. Patrz w jej oczy – pod koniec zdania głos był niemal hipnotyczny. Zawładnął całym Ja, Christiana. – Masz o niczym innym nie myśleć. A teraz leć. - … dzi … dzi … ękuję Reszta dnia upłynęła w zwyczajnym rytmie. Przysypianie na kolejnych lekcjach, krótka gra w piłkę po szkole i wieczorne oglądanie telewizji w towarzystwie włochatego Azora i matki. Przed snem sięgnął po prezent od towarzysza z bramy. Usiadł na łóżku i zaczął przyglądać się postaci narysowanej na starym płótnie. Była to kobieta o ostrych rysach twarzy i ciemno czerwonych ustach. Miała niezwykłe oczy, zdawały się iskrzyć i były całkowicie czarne. Nie wiedział czy był to kaprys malarza, czy faktycznie miały ten kolor. Ale pasowały do niej. Idealnie komponowały się z ciemną skóra, na której dało się dostrzec misternie wykreślone wzory. - Patrz jej w oczy. Zapamiętaj ten obraz. I śnij. – nieobecny głos przypomniał polecenie z rana. Christian oparł się o poduszkę, trzymając w rękach obraz. Odpływał. Zapadał się w głębię nowo powstającego snu. Obrazy zaczęły migotać i pojawiła się czarno oka postać. Przez chwilę patrzyła na niego, badała. Aby chwilę później się uśmiechnąć i ukazać piękny rząd białych zębów. Jak drapieżnik, na chwilę przed atakiem.
Odgłos kroków dudnił po pustej ulicy. W ich melodii nie było gracji lekko stąpających stóp. Raczej głośne bębnienie celowego pośpiechu, a czarny kapelusz emanował emocjami jego właściciela. Tym razem nawet nie spojrzał w uchylone okna państwa Johannes . Kierował się prosto pod numer 16. Skręcając w tą uliczkę, poczuł dziwną ukłucie. Mignęła mu twarz, która miała nie istnieć. Pochodziła z innego czasu, innej epoki. Ona umarła, na zawsze. Stanął wpatrując się w ciemne okna, obraz senny był jakiś dziwny. Za pusty, nieobecny w swojej formie. Przeszywał zimnem, którego nie powinien posiadać. Ale nie to przykuło uwagę władcy Snów. Ten obraz niósł ze sobą Ją, stojącą pomiędzy rzędami równiutkich, krępych drzew. Nie mógł się mylić. - Ariija – słowo samo pojawiło się na ustach. Szept przeszywał puste powietrze, a poszczególne litery rozbijały je w biały puch . – Czy to naprawę ty? Tak wyglądałaś? Stał zahipnotyzowany tym widokiem, gdy przez jej usta przebiegł cień uśmiechu. To wystarczyło. Czarna postać wielkim susem wskoczyła w ten świat. Biegł, mijając kolorowe wzgórki i równe linie drzew. Kątem oka dostrzegał dziwne obrazy majaczące na jego skraju, ale ignorował je. Liczyło się tylko to spojrzenie wiszące w oddali. Zatrzymał się parę metrów od niej. - Witaj, Hypnos-sie. - Wiesz, jak dawno nikt tak się do mnie nie zwrócił. Twoje słowa grają dziwną melodie, brzmią jak dźwięki zamknięte w pustym pokoju. Zatrzasnąłem za nim drzwi, one miały nigdy nie zostać otwarte – wbrew sobie, powiedział za dużo. Obraz ten jednak był za silny, a emocje którymi się brzydził, dokończyły dzieła zniszczenia – jak znalazłaś się w śnie tego chłopca? - Och, jaki zasadniczy. A gdzie podziała się smukłość twoich myśli, nieodgadniony – roześmiała się – może wolałbyś się dowiedzieć gdzie byłam. Dawno żeśmy się nie widzieli. - Nie – odparł twardo Sen – Wiem gdzie byłaś, albo właściwie gdzie powinnaś być. Ten chłopiec nie miał prawa cię poznać. Nikt nie miał. Twój obraz zginął setki, jeśli nie tysiące lat temu. Co tutaj robisz? – ostatnie słowa brzmiały za miękko. Chciał być nieugięty, ostry, ale nie potrafił. Ona stała tutaj przed nim, widział jej oczy, usta. Słyszał jej głos, całość niszczyła obronne mury, sklecone na prędce podczas szaleńczego biegu. - Ktoś pomógł mi wrócić. Ktoś wyszeptał mi jak mogę zapłacić ci za wszystko co mi zrobiłeś. Wiem że jestem tu tylko na chwilę, ale perspektywa zobaczenia ciebie, jak gaśniesz, była na tyle kusząca, że cena wydawała się nieistotna. - O czym ty mówisz ! Przecież wiesz, jak bardzo cię kochałem. Byłaś jedyną istotą, która tak bezgranicznie mną zawładnęła. Ofiarowałem ci wszystko co posiadałem, najcudowniejsze z możliwych snów i myśli. Takich, które tylko ja mogłem dać, nikt i nic innego na świecie. - Tak … Były cudowne. Bajeczne. Niestety, każdy jeden z nich niósł ten sam rodzaj bólu. Wiedzę, że nigdy nie będziesz mój, tak do końca. I ty też to wiedziałeś, istoto utkana ze snów – ostatnie zdanie padło z wyraźną drwiną, wyrzutem – Jak mogłeś rozkochać w sobie dziewczynę, wiedząc że nigdy cię nie dotknie. Nigdy nie przytuli i nigdy nie pocałuje. Spędziłam życie na kochaniu sennej mgły. Marząc o paru chwilach, które przypłyną po zapadnięciu zmroku. Było by lepiej, gdybym nigdy cię nie spotkała … Zapadła chwila ciszy, patrzyli na siebie. W końcu znowu się odezwała, tym razem głowę miała spuszczoną, ciche słowa zawisły w powietrzu. - Tyle razy prosiłam cię, abyś mnie puścił. Abyś odszedł. Nawet nie wiesz ile kosztowały mnie te słowa … Ale ty byłeś za dumny aby się poddać, aby zakończyć coś co nie miało racji bytu. Bądź przeklęty … Sen nie do końca pojmował istotę ludzkich emocji. Były dla niego trochę nieodgadnione, widział przecież tylko ich sny. A one za pomocą kolorowych obrazów wyrażały zarówno wydarzenia jak i uczucia. Był jednak na tym świecie wystarczająco długo, aby…