Inne · 19 min czytania
Sen na jawie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Lubiła to miejsce najbardziej za to, że ta część parku należała do mało uczęszczanych, choć było tutaj równie ładnie, jak w całym ogrodzie. Jedyną samotną ławeczkę, na której zwykle siadywała, zalewał ciepły blask, ilekroć kapryśna pogoda pozwalała słońcu przebić się przez chmury. Z tyłu osłonięta gęstym żywopłotem, pozwalała siedzącym podziwiać pół dziki trawnik z rabatą polnych kwiatów w artystycznym nieładzie. Ściana starannie przystrzyżonego żywopłotu, biegnącego łagodnym półkolem, nie pozwalała sięgnąć wzrokiem w głąb parku. Na lewo, dostępu do ławeczki bronił ceglany mur, niemal całkowicie porośnięty dzikim bluszczem, Prowadziła tu tylko jedna wąska alejka przez wycięte w monolicie ligustrowej ściany przejście.
Spacerowicze zwykle nie zapuszczali się na skraj parku, jeśli do dyspozycji mieli sporą połać pięknie ukwieconej przestrzeni.
Siadywała tutaj często – z dala od innych, co zapewniało błogie chwile spokojnej samotności. Nie lubiła ludzi. Wydawali się tacy banalni w swej niedoskonałości – zwyczajne płytkie istnienia w prozaicznej rzeczywistości, na którą nie chcieli mieć żadnego wpływu – a w najlepszym razie – nie byli świadomi, że mogą mieć jakikolwiek wpływ.
Przychodziła do parku z małą butelką ulubionego cydru. Zakładała słuchawki i włączała playlistę w telefonie. Etniczna muzyka bałkańska – coś, czego prawdopodobnie nie słuchał nikt, poza mieszkańcami Bałkanów, a i to pewnie tylko tymi z bardziej dojrzałego pokolenia.
Tamtego dnia chmury litościwie ograniczyły do minimum swą obecność na niebie i ławeczka tonęła w przyjemnie ciepłym, jesiennym słońcu. Inez przymknęła na chwilę oczy i wystawiła twarz do słońca. Grzało tak rozkosznie, że poczuła zbliżającą się obecność Morfeusza. Uświadomiła sobie jednak, że nie należało drzemać na ławce w parku. A w dodatku ta butelka cydru… Ktoś jeszcze gotów wziąć ją za jakąś pijaczkę, a może nawet i ćpunkę. Nie, zdecydowanie musiała przepędzić Morfeusza z tego uroczego, należącego tylko do niej zakątka. Szybko otworzyła oczy.
Stał po prawej stronie, tam gdzie wąska alejka wynurzała się zza ściany żywopłotu. Patrzył na nią. Napotkała jego wzrok i przez chwilę poczuła się jak mały bezbronny gryzoń, unieruchomiony czarem hipnotyzującego spojrzenia dostojnego węża. Pełna świadomość powróciła po kilku sekundach, ale na zdolność trzeźwego sformułowania myśli musiała poczekać kilka kolejnych sekund. Zdołała się poruszyć dopiero wtedy, gdy człowiek odwrócił się i bezgłośnie zniknął za gęstą, zieloną ścianą.
– Na litość… – powiedziała do siebie cicho i zatrzymała playlistę.
Zdjęła słuchawki i rozejrzała się wokół. Odetchnęła i bezwiednie upiła łyk cydru. Zaczynał być już ciepławy, choć przyniosła go tu mocno schłodzonego, niemal na granicy zamarzania.
Część 22 / 3
Zastanawiała się, jak to możliwe, że on wyglądał dokładnie tak, jak… Serce przyśpieszyło rytm, oddech też przyśpieszył nieznacznie. Uspokoiła się jednak po chwili. Przypadek. Nic innego. Wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć. Po prostu ktoś bardzo podobny, do złudzenia podobny… Przecież to się zdarza. Bo z całą pewnością to nie mógł być on.
Szybko dopiła resztkę zwietrzałego, ciepławego trunku, który teraz smakował jak skwaśniałe, nadpsute jabłka. Definitywnie straciła ochotę na popołudniowy, samotny relaks na ulubionej ławeczce. Chciała już wrócić do domu.
„Do domu” – pomyślała ze smutkiem o ciasnej kawalerce na poddaszu, którą wynajmowała od trzech lat. Zawsze zadziwiała ją łatwość, z jaką przyzwyczajała się do kolejnych miejsc – kolejnych wynajmowanych, bezimiennych mieszkań, które nigdy nie były – i nie miały szans stać się – domem.
Obojętnie przekroczyła próg obecnego lokum. Mimo nie grzeszyło przestronnością, a umeblowanie prezentowało radykalny minimalizm, to jednak panował tutaj idealny ład i porządek. Inez przestrzegała tego niemal obsesyjnie – każde mieszkanie musiało być idealnie wysprzątane. Najzwyczajniej w świecie źle się czuła, jeśli dokoła panował bałagan.
Odwiesiła plecak na haczyk wbity w drzwi wejściowe. Jak zwykle, zanim jeszcze zdjęła buty, podeszła do komody i otworzyła pokrywę laptopa. Wcisnęła okrągły guzik i ekran ożył. Zrzuciła tenisówki, przebrała się w wygodny dres, bo taki lubiła nosić w zaciszu czterech ścian i stanęła przed laptopem. Przez chwilę tępo wpatrywała się w ekran, znów nie mogąc zebrać myśli. Wyglądało na to, że widok tamtego człowieka w parku dość mocno wytrącił ją z równowagi. Skierowała strzałkę kursora na ikonę winamp i włączyła muzykę, a potem powlokła się do aneksu kuchennego, żeby z lodówki wyjąć kolejną dobrze schłodzoną butelkę cydru.
„Znowu zaczynam za dużo pić – przeleciało jej przez głowę i w tym samym momencie usłyszała niegłośne pukanie. – Sąsiadka?” – pomyślała zdziwiona, bo gości nie miewała prawie wcale, wliczając również sąsiadów.
Otworzyła drzwi i zamarła. Serce za to zaczęło tłuc się jak szalone i czuła to przyśpieszone bicie niemal w całym ciele. Stała jak rażona gromem, niczym legendarna żona Lota tuż przed tym, jak za sprawą miłościwego Boga, stała się już na zawsze słupem soli. Gdzieś tam podświadomość popiskiwała cichutko, że powinna coś zrobić, jakoś zareagować albo chociażby przestać się tak bezmyślnie gapić. Ale nie potrafiła oderwać wzroku od tego człowieka. Uśmiechnął się jakby z pobłażliwym zrozumieniem i odezwał się, a jego głos brzmiał łagodnie i ciepło: – Mogę?
Bez słowa odsunęła się od drzwi, żeby wpuścić gościa do środka. Usiadł na jedynym w mieszkaniu fotelu, przy niewielkim niskim stoliku ze szklanym blatem. Jak automat Inez podeszła do kanapy, ustawionej naprzeciw fotela i usiadła, ciągle bez słowa, sparaliżowana całą gamą odczuć i emocji, jakie opanowały ją na widok tego człowieka.
Część 33 / 3
– Mesin – odezwał się znów, a Inez poczuła, jak gwałtownie zakręciło jej się w głowie. To stanowiło ostateczny dowód, że on nie mógł być nikim innym. To imię nadała sama sobie dawno temu, kiedy zaczęła marzyć i nie znał go już nikt więcej.
To znaczy mógł je znać jeszcze tylko on, Rellay.
– Przecież wiesz, kim jestem – powiedział. – Jesteś wytworem mojej wyobraźni… – wyszeptała niemal niesłyszalnie, a on uśmiechnął się po raz kolejny. – Tak – potwierdził z całkowitym spokojem. – I wiem, co możesz teraz myśleć.
Nie tylko z jego głosu, ale i z całej postaci biła nierealna wręcz łagodność. Patrzyła na niego bezradnie. Czuła się zdezorientowana.
– Wiem, że nie ma potrzeby, abym wyjaśniał ci cokolwiek, bo przecież ty wiesz. I jesteś jedyną osobą, która może uwierzyć w to, co dla każdego innego wydawałoby się niewiarygodne, niemożliwe wręcz. Dla każdego, ale nie dla ciebie. Tak, jestem wytworem twojej wyobraźni. To ty mnie stworzyłaś. W każdym detalu, starannie i czyniłaś ze mnie twór niemal doskonały. I ty nadałaś mi imię „Rellay”. Jestem dokładnie taki, jak chciałaś, abym był. Najpierw mnie stworzyłaś, a potem przez te wszystkie lata, kiedy każdego dnia myślałaś o mnie, energia twoich myśli i nieustannego pragnienia, bym zaistniał, stawała się coraz większa i większa, aż skumulowała się tak bardzo, że powołałaś mnie do realnego, materialnego istnienia. Siłą własnej woli, która wygenerowała te ogromne ilości energii… – To jakieś szaleństwo – przerwała mu. – To nie może być…
Mogłaby wziąć go za szaleńca, specyficznego psychopatę, który rozpoczął jakiś dziwny rytuał, z Inez w roli ofiary, mający zakończyć się morderstwem i poćwiartowaniem jej zwłok. Tak, psychopata najpierw upatrzył ją sobie w parku – łatwa zdobycz: samotna dziewczyna (bo kto wybiera taką zapomnianą przez Boga i ludzi ławkę?), z problemami osobistymi (bo kto na takiej ławce pije cydr?). Następnie śledził ją aż tutaj – do mieszkania i oto teraz jest, aby dopełnić makabrycznego rytuału. Tak mogłaby pomyśleć, gdyby nie wymienił obu imion, których nie miał prawa nikt znać. Nikomu nigdy ich nie wyjawiła. Rellay i Mesin. Tak nazywała jego i siebie, kiedy stworzyła go w swojej świadomości – partnera doskonałego. A teraz siedział tutaj, dokładnie taki, jak latami istniał w jej wyobraźni. Zgadzał się każdy szczegół – kolor oczu, włosów, barwa głosu, kształt ust…
„Cholera, co jest grane?” – pomyślała i poczuła niepokój, a może nawet zalążki paniki.
– Przecież to niemożliwe… – powtórzyła znowu, ledwo dosłyszalnie, ale usłyszał. – Możliwe. – Spokój i łagodność melodyjnego głosu niemalże przeszywały dreszczem. – Choć niezwykle rzadkie i bardzo trudne. Sama wiesz, ile długich lat potrzebowałaś, żebym pojawił się teraz tutaj. Z drugiej strony jednak – uśmiechnął się, a ona miała wrażenie, że to lekko ironiczny uśmiech – w zasadzie wszystko jest tylko skumulowaną formą zagęszczonej energii, zatem można by uznać, że nie stanowię aż tak wyjątkowy byt, jak się to wydaje na pierwszy rzut oka. – Takie… byty jak ty, są niebezpieczne – odważyła się powiedzieć, więc uśmiechnął się znów i tym razem mogłaby przysiąc, że dostrzegła w tym uśmiechu jakaś czułość. – Na razie nie stanowię dla ciebie żadnego zagrożenia. – Na razie? – Zasoby energetyczne, które skumulowały się dzięki twojej miłości do mnie, pozwolą mi przebywać tutaj przez jakiś czas. Jednak aby podtrzymać istnienie w materialnej postaci… – zaczął i zawahał się, ale tylko na moment – potrzebuję stałego dopływu dużej ilości energii, którą muszę skądś czerpać. I jakkolwiek wielka byłaby twoja miłość do mnie… – wziął głęboki wdech – nie wystarczy, bym mógł tu istnieć ciągle. – Co…