Fantasy · 1 godz. 1 min czytania
Sen Sokoła I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział 1
Lasy na wschodnich krańcach Thalbondheimu nie były szczególnie bezpieczne. Krążyły o nich legendy, jakoby żyły w nich demony i działała czarna magia. Jednak mieszkańcy tamtych okolic najlepiej wiedzieli, że nie trzeba magii, aby było tam niebezpiecznie. Wystarczy kilku żądnych łupów zbójników i innych rabusiów. Jednak im bliżej centralnych części państwa, tym lasy stawały się bezpieczniejsze. Pojawiało się tam o wiele więcej przejezdnych i to nie tylko kupców, ale także arystokratów i szlachciców, chcących kupić żyzne ziemie lub kopalnie. Miasto Anumbar nie było, co prawda ani bogate w żyzne ziemie ani nie miało w pobliżu żadnej kopalni, mimo to często pojawiali się tam przejezdni. Działo się tak, dlatego, że leżało przy najbezpieczniejszym trakcie łączącym w prostej linii wschód z zachodem, a także przebiegającym przez stolicę. Puszcza Arisrot rosnąca wokół miasta była uważana za najpiękniejszą, ale co ważniejsze – za całkowicie pozbawioną zagrożeń. Mieszkańcy dbali o utrzymanie obu opinii. Patrole cywilne pilnowały, aby żadne bandy nie zamieszkały w Arisrot, a myśliwi utrzymywali trakt i przyrodę wokół niego w idealnym stanie. Tą właśnie wspaniale zadbaną drogą stąpał powoli i spokojnie gniadosz. Każde kopyto pozostawiało taki sam delikatny ślad na piasku, widać było, że koń nigdzie się nie spieszy. Było to na rękę trzem krępym mężczyznom schowanym za drzewami, którzy najwidoczniej nie mieli pojęcia, że ten las słynie z bezpieczeństwa. Rabusie dopiero co przybyli z północy, gdzie łup był niewielki z racji dość sporej konkurencji. Dlatego wybrali mniej „uczęszczane” tereny. Obserwowali gniadosza już od ranka, ale do tej pory, a zbliżało się powoli południe, nie zdecydowali się uderzyć. Jeździec wydawał im się podejrzany. Był to młody, ledwie pełnoletni, chłopak. Strój miał myśliwski, chociaż wyraźnie znoszony i w wielu miejscach połatany. Na plecach wisiał kołczan oraz prosty łuk, a u pasa miecz tak stary, że rdze można było dojrzeć zza drzew. Poza małą torbą na ramieniu nie miał nic więcej, nawet siodła. Jechał na oklep, jedną ręką trzymając wodze, mimo to przez cały okres obserwacji koń ani razu nie zmienił tempa. Chłopak także nie wykonał przez ten czas żadnego gwałtowniejszego ruchu, mogłoby się wydawać, że śpi, gdyby nie otwarte oczy. Rabusi zaintrygował młodzian ze względu na dziwne zachowanie. Młody jeździec jechał zbyt spokojnie nawet jak na te okolice. Tym bardziej, że wyraźnie nadjechał ze wschodu. Ludzie wracając stamtąd są nadzwyczaj uważni i nerwowi. Czemu dziwić się nie można, zważając na fakt, że tylko połowa z tych, którzy się tam udali, miała szczęście wrócić. Trudno było też podejrzewać, że spokój młodzieńca spowodowany jest jego umiejętnościami szermierczymi. Chociaż takie właśnie podejrzenie powstrzymywało rabusiów przed napadem. Na wschodzie dzieci muszą szybko nauczyć się walczyć, aby przeżyć wśród niebezpiecznych lasów. Niepozorny wygląd nie oznaczał wcale, że chłopak nie był niebezpieczny. Mężczyźni chcieli jednak jak najszybciej wynieść się z jakimś łupem z Arisrot. Nadchodziły chłody i coraz rzadziej pojawiali się ludzie na traktach, a nawet jeśli, to byli to kupcy z odpowiednio uzbrojoną obstawą. - Krisp, na chłopaka i zwiewajmy stąd. Nie chcę się nadziać na patrol. – odezwał się szeptem najszczuplejszy z mężczyzn. Adresatem słów był niski osiłek, najwidoczniej herszt bandy. Ten popatrzył jeszcze chwilę na młodzieńca, poczym spojrzał pytająco na trzeciego. Ostatni rabuś był średniego wzrostu i dość krępy, to co go wyróżniało, to głupkowata mina na twarzy. Na pierwszy rzut oka widać było, że to nie on jest mózgiem w tym trio. - Taa… - tępy rabuś wykazał się elokwencją. - Hmm… Nawet, jeśli wie, do czego służy ta zardzewiała imitacja miecza to nie da rady nam trzem. Bierzemy go. – Krisp podjął decyzję. Mężczyźni podkradli się pod trakt i schowani za krzakami czekali aż jeździec się zbliży. Młodzieniec nic nie podejrzewając spokojnie kiwał się na grzbiecie gniadosza, gdy nagle jeden z rabusi wyskoczył łapiąc konia z uzdę. Osiłek z głupkowatą miną skoczył na młodzieńca zrzucając go na ziemię, a herszt w jednej chwili znalazł się przy ofierze przykładając mu do gardła miecz. Jednak chłopak był z tych, co umieją więcej niż by się wydawało. Gdy Krisp pochylał się nad młodzieńcem, ten zwinnym ruchem wyjął sztylet z cholewy buta i dźgnął go. Chociaż refleks miał niezły, to zdecydowanie brakowało mu czasu na przemyślenie działania. Herszt ledwo zaczął się pochylać nad nim, więc jego ciało znajdowało się ledwie na wyciągnięcie ręki od młodziana. Dźgnięcie zaledwie delikatnie zraniło Krispa. Rabuś w odwecie zanurzył, płytko na razie, ostrze miecza w jego ciele. - Nie rzucaj się, bo przejdzie na wylot. – zagroził chłopakowi herszt. – Chcemy tylko twoich pieniędzy. Oddasz je i każdy pójdzie w swoją stronę. Młodemu jeźdźcowi najwyraźniej nie podobała się ta propozycja, bo spojrzał wrogo na Krispa. Rabusie nie czekali na decyzję ofiary. Tępy ukląkł, aby wziąć sakiewkę, podczas gdy pozostała dwójka patrzyła z zachłannością na łup. Chłopak nie podzielał entuzjazmu rabusiów, sprężył mięśnie i kopnął herszta bandy poniżej pasa, w tym samym czasie wydając z siebie gwizd. Na dźwięk zareagował gniadosz, częstując kopniakiem tępaka. Teraz, gdy już stał na nogach, młodzieniec chwycił za łuk i wypuścił strzałę zanim którykolwiek z mężczyzn zdążył się połapać, co się stało. Gdy Krisp i jego mało inteligentny towarzysz się podnosili, szczuplejszy rabuś padł na ziemię z drzewcem wystającym mu z piersi. Młodzieniec stał jak wryty, jakby zdziwiony, że jego strzała zabiła. Na szczęście gniadosz miał więcej rozumu. Wolny, podbiegł do właściciela i łbem przypomniał mu, że powinni uciekać. Chłopak wskoczył na konia nadal patrząc się trochę nieprzytomnie. Rabusie nie przeżywali śmierci kompana tak bardzo jak jego zabójca. Krisp szybko stanął na nogi i oprzytomniał. Zorientowawszy się, że ofiara ucieka, rzucił się z mieczem za młodzieńcem. Dokładnie w czasie, gdy wskakiwał on na grzbiet konia, ranił go głęboko w plecy. Gniadosz zareagował na krzyk bólu jeźdźca i zaczął galopować. W tym czasie drugi rabuś zdążył wziąć swój krótki łuk i wycelować w ofiarę. Strzała utkwiła powyżej biodra chłopaka, ale koń z rannym zdążył już odbiec na bezpieczną odległość. Młodzieniec mocno krwawił, ale do Anumbar nie było aż tak daleko. Gdy stwierdził, że nie jest ścigany zatrzymał gniadosza. Chciał się obejrzeć, ale rozcięte plecy mu to uniemożliwiły. Delikatnie i powoli się odwracając spojrzał na wystająca w boku strzałę. Złamał strzałę poniżej grotu, nie wyjmując, aby rana nie zaczęła mocniej krwawić, i obejrzał ją dokładnie, okiem znawcy, poczym odrzucił na bok. Uznał, że nie była w żaden sposób zatruta. Gdyby to zdarzenie miało miejsce na wschodzie pewnie nie miał by takiego szczęścia. Chłopak nie musiał badać pleców, żeby wiedzieć, że rana jest groźna, więc nie tracąc czasu popędził konia. Chciał dotrzeć do miasta zanim straci przytomność.
***
Anumbar było niewielkim miastem, ale w zupełności samowystarczalnym. Ludzie trudnili się wszystkimi zawodami, które decydują o przetrwaniu, a także wieloma innymi. Mieszkańcy dbali o to, aby przyjezdni rozpowszechniali jak najlepsze zdanie o mieścinie. Jednak, gdy nadchodziły mrozy, ludzie mniejszą wagę przywiązywali do spraw miejskich, a bardziej obchodziło ich przygotowywanie się do zimy. Koło wieczora na pełnym i radosnym w ciepłe dni rynku było pusto. Kilka kobiet plotkowało przy studni, dzieci jeszcze ganiały się ku uciesze mężczyzn zgromadzonych przy piwie przed gospodą. Jeszcze nie było ciemno, chociaż słońce już zachodziło, rzemieślnicy zamykali zakłady, aby dołączyć do znajomych w gospodzie. Jedno z dzieci, chłopiec najwyżej sześcioletni podbiegł do mężczyzny siedzącego przy stoliku i sączącego powoli piwo. Z płaczem wdrapał mu się na kolana, przy okazji wytrącając mu kufel z reki, poczym przywarł do niego w uścisku. - Co się stało Kolan? – zapytał mężczyzna nawet nie złoszcząc się o wylany trunek. - Tam w lesie… - zachlipał przerażony malec. - … coś strasznego. Jakiś potwór. Chciał mnie zjeść. - W lesie? Kolan, ile razy mówiłem ci, żebyś nie zbliżał się do lasu po zachodzie słońca? Medan! Do mężczyzny podszedł dwunastoletni chłopak, który stał dotąd w bezpiecznej odległości od ojca. Gdy stanął przy stoliku, zrobił minę niesłusznie zbitego aniołka i udając, że nie wie, o co chodzi zapytał: - Tak ojcze? - Medan, miałeś pilnować brata. - Pilnowałem. - Pilnowałeś? – mężczyzna spojrzał przenikliwie na syna i oczywiście od razu go przejrzał. – Zakazałem wam wchodzić do lasu po zachodzie słońca! Jak mogłeś tam zabrać Kolana?! - Ależ ojcze, słońce jeszcze nie zaszło. Poza tym, my tylko podeszliśmy do traktu. – usprawiedliwiał się chłopiec. - Oczywiście i uznałeś, że dobrze byłoby nastraszyć brata tak, żeby nie zbliżał się już do niego? –ojciec znał już tę wymówkę na pamięć. - Nie! Tam chyba naprawdę coś jest. Chciałem to sprawdzić, ale Kolan zaczął uciekać… W tym momencie młodszy chłopiec podniósł główkę i spojrzał ojcu przez ramię. Po chwili krzyknął, wtulił się w pierś taty i znów zaniósł się płaczem. - Już synku, przecież jesteś bezpieczny. Co tam zobaczyłeś? – uspokajał go mężczyzna. - Ojcze patrz! – krzyknął straszy pokazując w stronę traktu. Wszyscy siedzący w pobliżu spojrzeli we wskazanym kierunku. Od strony traktu ktoś się zbliżał. Z początku trudno było dojrzeć co to jest, ale po chwili dało się rozpoznać konia i człowieka na nim. Podniosła się wrzawa, ludzie patrzyli zdumieni. Normalnie podbiegliby powitać przybysza, zaprosili do gospody, zajęli się koniem, ale o tej porze roku tak późno nikt nie oczekiwał podróżnych. Tym bardziej samotnych. Tymczasem koń szybko się zbliżał. Nie galopował, szedł stępem, ale widać było, że stara się iść najszybciej jak się da. Gdy przybysz znalazł się na rynku, wszyscy zrozumieli dlaczego. Jeździec kiwał się bezwładnie na grzbiecie konia. Nie siedział nawet w siodle, które by go utrzymywało, dlatego mądre zwierze zaniechało galopu, aby nie zrzucić pana. Jak tylko gniadosz stanął na środku placu, młody jeździec zsunął się na ziemię. Dopiero odgłos uderzenia ciała o piasek otrzeźwił mieszkańców, oczywiście tych, którzy nie byli jeszcze całkowicie spici. Mężczyźni, z ojcem chłopców na czele, podbiegli do młodzieńca. Nie musieli go odwracać, bo padł twarzą do ziemi, aby zobaczyć okropne rany. - Medan, biegnij po medyka! – krzyknął mężczyzna do syna. Chłopiec najszybciej jak mógł popędził w jedną z uliczek. W tym czasie kobiety podeszły z wodą ze studni i szmatami, a kilku wyrostków przyniosło pochodnie, aby dokładniej obejrzeć rannego. Mężczyźni rozerwali koszulę na plecach młodzieńca, która była cała przesiąknięta krwią. Starali się obmyć ranę, ale była to syzyfowa praca, bo krew ciągle wypływała. Przyłożyli więc tylko czyste szmaty do rozcięcia, aby zatamować krwawienie. W tym czasie wrócił Medan ze starszym mężczyzną. Medyk spojrzał tylko na rannego i odezwał się do ojca chłopców: - Rakonie, zanieście go do mnie, byle szybko. Trzech mężczyzn podniosło delikatnie młodzieńca i zaniosło do domu medyka. Dobrze, że chory był nieprzytomny, bo pewnie nie spodobałyby mu się warunki leczenia. Rzekomy medyk, był raczej znachorem. Na ścianach i suficie wisiały najróżniejsze przedmioty, od kolorowych rózg po zdechłe szczury. W powietrzu czuć było przeróżne pachnidła i oczywiście niezbyt miły zapach gnijących, martwych zwierząt. Jednak szczegóły wystroju miejscowej lecznicy, były aktualnie młodzieńcowi obojętne. Gdy mężczyźni położyli rannego na, skądinąd nieszczególnie czystym stole, medyk kazał im wyjść. Mieszkańcy zgromadzili się przed drzwiami, wyczekując nowin o zdrowiu przybysza i przeganiając się w domysłach, jaki wiatr przywiał do Anumbar tak pokaleczonego młodego człowieka i to o tej porze roku. Tylko Medan stał cały szczęśliwy przy ojcu, wiedząc, że uniknął kary za zbliżanie się wieczorem do lasu. Po dłuższym czasie, gdy już tylko garstka najwytrwalszych czekała przed drzwiami, wyszedł medyk. - Jeśli tylko bogowie nie sprawią inaczej, będzie żył. – znachor w sprytny sposób ukrył wiadomość o niepewnym losie młodzieńca.
Rozdział 2
Część 22 / 2
Medana obudziło pianie koguta. Leniwie otworzył oczy i przeciągnął się. Jeszcze przez chwilę wspominał swój sen, o sobie, jako dzielnym rycerzu pokonującym smoki. Oczywiście nie mogło też zabraknąć księżniczki, chociaż trudno mu było sobie przypomnieć kto nią był. W związku z tym, sam wybrał ulubioną dziewczynę i zaczął wyobrażać sobie jak ratuje ją z tarapatów. Ciągle jednak przeszkadzała mu pewna myśl, sprawiająca, że zamiast walczyć we śnie ze smokami, rąbał drewno na opał. Była to jedna z tych męczących myśli o obowiązku, który stara się ominąć. W końcu chłopiec dał za wygraną i usiadł na krawędzi łóżka, ziewając. Nagle uderzył go dziwny widok. Otóż pupa Kolana była wypięta w stronę Medana, a przez wpół otwarte drzwi wychylał się jego tułów. Gdy się przyjrzeć, dało się zauważyć, że głowa malca odwracała się to w prawo to w lewo, wyraźnie sprawdzając czy droga wolna. Widocznie Kolan był bardzo zaabsorbowany tą czynnością, bo nawet nie zauważył jak brat wstał z łóżka. Medan wykorzystał tę okoliczność. Po cichu podszedł do chłopca i poczęstował go mocnym klapsem w wypiętą część ciała, tak że Kolan podskoczył, uderzając głową w drzwi. Gdy malec obmacywał czerep sprawdzając wielkość guza, starszy brat zanosił się od śmiechu. - Czego tam szukałeś? Na szpiega się sposobisz? Jeśli tak, to marnie ci idzie. – żartował Medan. - Ja... ja chciałem… - jąkał się Kolan, a starszy chłopiec najwidoczniej znał już odpowiedź na swoje pytanie, bo miał minę kogoś kto wyciągnął już wszystkie informacje a teraz tylko znęca się nad ofiarą. – Ja chciałem zobaczyć czy on się może już obudził. - Jak długo tak się czaiłeś? Spałeś w ogóle? Małego obraziły te pytania, więc wydął buzię i zmarszczył czoło, starając się, aby wyglądało to jak najpoważniej. Medan w tym czasie zdążył już opanować falę śmiechu, ale obrażona mina brata sprawiła, że znowu zaczął chichotać. To jeszcze bardziej odcisnęło się na dumie Kolana, więc zebrał całą swoją odwagę i wyszedł z pokoju, podążając tam, gdzie chciał pójść cały ranek. Medan po chwili pobiegł za nim, obaj zatrzymali się w sieni przed drzwiami do jednego z pomieszczeń. Starszy z chłopców też nie był zdecydowany wejść, rozejrzał się dookoła tak jak malec kilka minut temu. Sień nie była duża, stała tam miotła, wieszak i piła ojca. Z pokojem dziennym nie dzieliły jej żadne drzwi, tak że widać było spory, ciężki, dębowy stół i cztery krzesła wokół niego. Ściany z surowych desek ozdobione były kilkoma myśliwskimi trofeami oraz ozdobnymi płótnami, własnoręczną robotą mamy. Medan podszedł bliżej i zajrzał do środka pokoju. Nikogo tam nie było. Wzrok chłopca zatrzymał się na chwilę na małej drewnianej figurce przedstawiającej coś bliżej nieokreślonego. Widać było, że wyszła z niewprawnych rak. Chłopiec nie był wstanie dojść, dlaczego ludzie nie widzą, co przedstawia figura, przecież to było oczywiste, że Kolana. Jednak tylko on, jako autor, widział tam brata. Z pokoju dziennego można było dojść do kuchni, która także nie była oddzielona drzwiami. Jednak stojąc na progu pomieszczenia Medan nie widział jej wnętrza. Obserwował za to uważnie drzwi na zachodniej ścianie. Za nimi znajdowała się sypialnia rodziców. Chłopcy woleliby nie zostać przyłapani na zaglądaniu do pokoju w sieni. Dopiero po chwili Medan stwierdził, że nie ma zagrożenia ze strony rodziców. Gestem pokazał bratu, że może bezpiecznie otworzyć drzwi. Kolan wszedł po cichu do pokoju, a zaraz za nim wślizgnął się Medan. Było to bardzo niewielkie pomieszczenie. Mieściło się tam tylko łóżko i mała wisząca półka, o którą zresztą nietrudno było się uderzyć. Nad posłaniem znajdowało się okienko proporcjonalne rozmiarami do pokoiku. Wpuszczało ono tak niewiele światła, że trudno byłoby zauważyć osobę śpiącą na łóżku, gdyby się nie wiedziało, że ona tam jest. Chłopcy jednak o tym doskonale wiedzieli. Ranny przybysz, którego pierwotnie wzięli za potwora, przebywał u nich w domu już od kilku tygodni. Ich matka znała się na lecznictwie, może nie tak dobrze jak medyk, ale za to praktykowała swój zawód w bardziej cywilizowanych warunkach. Bojąc się, że dłuższy pobyt chorego w niechlujnej lepiance znachora wyrządzi więcej szkód nie dobrego, kazała go przenieść do swojego domu. Wkładała wiele wysiłku i całą swoją wiedze medyczną w leczenie pacjenta, jednak do tej pory nie było widać żadnej poprawy. Ranny nie odzyskał przytomności, a zamiast tego na zmianę to dostawał gorączki to zapadał w letarg. Od kilku dni chory nie dostawał już lekarstw, matce chłopców skończyły się już nie tylko pomysły, ale też nadzieje na wyzdrowienie młodzieńca. Zresztą od początku szanse były niewielkie, tylko dobre serce i zacięcie do zawodu sprawiło, że pojęła się leczenia. Młody przybysz stracił bardzo dużo krwi zanim dojechał do Anumbar, cudem było, że w ogóle dożył przyjazdu. Rozcięcie na plecach bardzo trudno było zszyć, a rana ciągle się otwierała. Mimo to przez te wszystkie tygodnie doglądała i opiekowała się pacjentem. Chłopcom nie wolno było zaglądać do chorego, ale oni i tak często znajdowali sposób by przekraść się do pokoiku. Wiodła ich tam tylko wrodzona ciekawość, bo doprawdy nie było tam nic do oglądania. Ciągle jednak intrygowała ich osoba przybysza, który tak wystraszył Kolana kilka tygodni temu. Teraz jak zwykle przyglądali się bladej jak mleko twarzy młodzieńca i wyprzedzali się w domysłach skąd mógł on przybyć. Nagle Kolan urwał w pół zdania, spojrzał z przerażeniem na rannego, poczym z krzykiem wybiegł z pokoju. Medan natychmiast odwrócił się, zobaczyć, co tak przestraszyło brata. On także otworzył buzię ze zdumienia, otóż człowiek, któremu od tygodni wróżono śmierć otwierał powoli oczy. Gdyby nie osłupienie, jakie wywołało nagłe oprzytomnienie chorego, Medan pewnie przeklinałby brata, który pobiegł z głośnym krzykiem do rodziców nie fatygując się ukrywaniem ich nielegalnej obecności w pokoju. Tymczasem chłopiec zwrócił uwagę na ruch warg młodzieńca. Pochylił się, starając się usłyszeć, co on mówi, bo krzyki Kolana wszystko zagłuszały. Po chwili zrozumiał z trudem wypowiadane słowo „Wody”. Medan rozejrzał się, wiedział, że mama trzymała tu dzbanek z wodą. Znalazł go na półce, a obok niego kubek, Szybko nalał napoju i starał się ostrożnie napoić chorego, tak jak to robiła mama z innymi pacjentami. Jednak, mimo starań, młodzieniec zaczął się krztusić, a woda spływała mu po policzkach. W tym momencie do pokoju weszła matka. Bez żadnych ceremonii wypchnęła syna za drzwi, poczym je zamknęła. Kobieta odstawiła kubek wyjęty z ręki Medana. Następnie zapaliła świecę, aby lepiej widzieć. Przez chwilę oglądała pacjenta, jakby do końca nie wierząc, że to ten sam którego leczyła. Podłożyła mu dodatkowe poduszki pod głowę, tak że był w pozycji półsiedzącej. Następnie pomachała mu świecą przed oczami, aby sprawdzić reakcję. Kobieta była wyraźnie zdziwiona przebudzeniem rannego: - Słyszysz mnie chłopcze? – zapytała nie mogąc uwierzyć, że naprawdę jest przytomny. Młodzieniec otworzył usta z zamiarem odpowiedzenia, ale po kilku bezdźwięcznych ruchach wargami, zrezygnował z tego sposobu komunikacji i tylko kiwnął głową. - Spokojnie, niedługo odzyskasz siły. – pocieszyła go kobieta, poczym wreszcie podała mu kubek z wodą i ostrożnie, ale z wprawą napoiła. Następnie zajęła się znowu badaniem pacjenta, ale robiła to już z większym entuzjazmem, przekonawszy się, że to nie konwulsyjne tiki. Zamiast nakrzyczeć na synów, zaciągnęła ich do pomocy. Chłopcy nosili ręczniki, biegali po nowe lekarstwa do medyka, a nawet zostali wysłani do krawca, aby uszył ubranie dla przybysza. Wieczorem, przed pójściem spać, kobieta jeszcze zajrzała do pacjenta. Robiła tak zawsze od tygodni, ale wcześniej za każdym razem modliła się, aby rano, gdy się obudzi młodzieniec wciąż był żywy. Teraz nie musiała już tego robić, co najwyżej mogła podziękować bogom za jego uzdrowienie. Ułożyła chorego wygodnie i już chciała wyjść, kiedy ten chwycił ją słabo za rękę. Odwróciła się i usłyszała ciche „Dziękuję”. Bardzo ucieszyło ją to słowo, bynajmniej nie dlatego, że oczekiwała wdzięczności, po prostu wróżyło ono szybki powrót do zdrowia. Jednak korzystając z okazji, że pacjent się odzywa, postanowiła zaspokoić choć trochę swoja ciekawość. - Jak się nazywasz chłopcze? – zapytała. - Serafin. – młodzieniec urwał zbierając siły. – Serafin Vita.
***
Medan w pośpiechu jadł śniadanie. Składało się z kaszy z chlebem. Normalnie delektowałby się posiłkiem, ale tym razem chciał być szybszy od ojca i Kolana. Wiedział, że jeśli będzie pierwszy to matka pozwoli mu pójść ze śniadaniem do chorego gościa. Uwielbiał z nim rozmawiać, kończył dopiero, gdy rodzice mu kazali, aby nie męczyć rannego. Wszyscy koledzy mu zazdrościli, bo to on był przy budzącym się przybyszu dwa tygodnie temu, on pierwszy usłyszał z jego ust historię o napadzie w Arisrot. Zaraz po tym wyruszyły patrole, aby przeszukać las, jednak bandytów już nie było. Tego się zresztą spodziewano, w czasie, gdy młodzieniec był nieprzytomny zdążyła nadejść zima i spadł śnieg przykrywając ewentualne ślady pobytu rabusiów. Medan lubił jednak słuchać tej historii nawet kilka razy dziennie, z niemniejszą przyjemnością opowiadał też swoją opowieść jak Kolan uciekał przed koniem, którego wziął za potwora. Tak więc szybko kończył posiłek. Po chwili, o mało co się nie zadławiwszy kawałkiem chleba, odsunął od siebie pusty talerz. Spojrzał po rodzicach, czy może wstać od stołu, poczym, uzyskawszy zgodę, pobiegł do kuchni i powrócił z talerzem napełnionym po brzegi kaszą. - Zaniosę panu Serafinowi. Na pewno jest głodny. – zaproponował z entuzjazmem. - Dobrze. Tylko nie męcz go, musi odpoczywać. Pamiętaj, że miałeś odnieść panu Wansowi pożyczony młotek. – Medan nie dał matce szansy na wyliczenie wszystkich czynności, które powinien wykonać, bo już go nie było. Chłopiec bez pukania wszedł do pokoiku chorego i szybko zamknął drzwi. Młodzieniec leżący na łóżku, zdziwiony spojrzał na Medana. Przekonawszy się, że to tylko młody znajomy uciekający przed kazaniami matki, powrócił do poprzednio wykonywanej czynności – patrzenia się w sufit. - Przyniosłem panu śniadanie. – odezwał się chłopiec. - Dziękuję. – Serafin przerwał liczenie słoi i wziął miskę. Młodzieniec położył sobie talerz z posiłkiem pod brodą tylko podtrzymując go jedną ręką i zaczął powoli konsumować. Dopiero od niedawna zielarka pozwalała mu jeść samemu, chociaż już dwa dni po przebudzeniu czuł się na siłach trzymać łyżkę. Teraz, kiedy już sam się posilał, wiedział, że jej decyzja była słuszna, skoro po dwóch tygodniach każdy posiłek go wykańczał. Nie przeszkadzało mu to jednak kłócić się z kobietą, aby pozwoliła mu wstać z łóżka. W końcu chodzenie to mała rzecz w porównaniu z jedzeniem! Medan poczekał, aż Serafin skończy, poczym odstawił talerz na półkę. Już otwierał usta, aby poprosić o powtórzenie po raz kolejny opowieści, gdy do pokoiku wszedł nieśmiało Kolan, a zaraz potem pukanie do frontowych drzwi, które jednak zostało całkowicie zignorowane. Malec rzadko zaglądał do chorego, a już na pewno nigdy sam. Jednak w końcu ciekawość, a przede wszystkim zazdrość, że brat słucha tylu niesamowitych historii, kazała chłopcu pokonać strach. Kolan z trudem zamknął drzwi, bo starał się nie odejść ani o milimetr od progu. Odczekał chwilę i kiedy stwierdził, że brat nie rozmawia o niczym z gościem, odezwał się cicho: - Będzie opowieść? Serafin uśmiechnął się lekko, a Medan trzepnął małego po głowie, uznając, ze braciszek właśnie przyniósł mu wstyd. Kolan się nie zraził ani jedną ani druga reakcją. Wręcz przeciwnie, serdeczny uśmiech młodzieńca ośmielił go. Usiadł na łóżku i spojrzał choremu w oczy: - Medan słuchał opowieści. Ja też chcę…, ale nie tę którą opowiadał pan tyle razy, tę już znam. Chcę nową. Serafin zamyślił się, szukając jakiejś ciekawej opowieści, ale albo nic ciekawego poza napadem mu się w życiu nie zdążyło, albo przeżył tak dużo, ze nie wiedział, co wybrać, bo długo się nie odzywał. W końcu jednak wpadł na ciekawy pomysł. Posadził sobie malca na kolanach, robiąc tym samym miejsce dla starszego chłopca. - Opowieść zaczyna się kilka lat temu, kiedy byłem takim małym chłopcem jak wy. W mojej wsi… W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoiku weszli rodzice, który najwidoczniej podsłuchiwali pod drzwiami, sprawdzając, czy ich gość nie powie czegoś ciekawego. Co prawda, jeśli faktycznie czyhali na jakąś wypowiedzianą w nieuwadze informację, to wybrali fatalny moment, aby przerwać opowieść. Rodzice wyprosili synów z pomieszczenia, poczym stanęli przy łóżku chorego kiepsko próbując ukryć zakłopotanie. Rakon miętolił w ręku swoją czapkę, a jego żona fanatycznie poprawiała sobie spódnicę. Jednak przypadkowego widza tej sceny to nie oni by rozbawili. Kompletnie blady młodzieniec siedział oparty o ścianę z miną mało inteligentną, otwarta buzią i wyrazem twarzy pełnym niezrozumienia, że można by go posądzić o idiotyzm. Trudno jednak dziwić się Serafinowi, zachowanie gospodarzy było co najmniej niekonwencjonalne. Po chwili Rakon chyba zauważył, że robi nienajlepsze wrażenie, więc wyprostował się i odezwał do gościa. - Przepraszam, panie Serafinie, że tak wpadliśmy nagle, ale… - tu odchrząknął, starając się dodać powagi swoim słowom. - … ludzie naciskają. Rozumie pan… Niestety z miny młodzieńca można było wnioskować coś zupełnie odmiennego. Na jego twarzy malowała się cała gama odczuć, ale zrozumienia wśród nich nie było. Serafin nie znał jeszcze gospodarzy zbyt dobrze, o wiele lepiej poznał Medana, ale nie sądził, żeby takie nagłe wpadanie było czymś dla nich normalnym. Czekał więc na bardziej konkretne wyjaśnienia. - Widzi pan, panie Serafinie. – głos Rakona brzmiał już pewniej – Nic o panu nie wiemy. Zaczynają krążyć plotki. My nie chcemy naciskać, ale nasz burmistrz grozi, że przyjdzie osobiście. Przed chwilą był tutaj jego posłaniec. Burmistrz nie jest przyjemnym osobnikiem, więc radzilibyśmy… prosilibyśmy, aby odpowiedział pan na kilka pytań. - Zapewniam cię, chłopcze, że spotkanie z burmistrzem nie jest czymś, czego chcesz doświadczyć. – dodała jak zwykle szczera Rakonowa. Młodzieniec się zmieszał. Był świadom, że nic o sobie nie powiedział, chociaż już długo był przytomny. Wiedział też, że w końcu będzie musiał nakarmić ciekawskich mieszkańców Anumbar czymś więcej niż opowieścią o napadzie. Ułożył sobie nawet w głowie historię, którą opowie, aby zbyt dużo nie ujawnić, ale żeby dali mu spokój. Jednak ta dziwna sytuacja wybiła go trochę z pantałyku. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. W końcu zebrał się w sobie i odpowiedział: - Przepraszam bardzo za kłopoty. Oczywiście odpowiem na wszystkie pytania. Mimo, tak uprzejmego stwierdzenia, Rakon się nie odzywał. Nie wiedział po prostu, jakie zadać pytanie. Serafin był jego gościem i szanował jego prywatność. Gdyby to od niego zależało nigdy nie poprosiłby przybysza o ujawnianie rzeczy, których sam nie chce powiedzieć. Dla Rakona takie wyciąganie informacji było ujmą na honorze, ale z drugiej strony za bardzo lubił swojego młodego gościa, aby skazywać go na kontakty z burmistrzem. Serafin zauważył zakłopotanie gospodarza i doskonale je rozumiał. Było mu to na rękę, bo mógł sam opowiedzieć przygotowaną historię, będąc pewnym, że uniknie niewygodnych pytań. - Pochodzę z małej wioski na wschodzie, położonej między pasmem Karapidów a Czarnym Lasem. Jej nazwa nic wam pewnie nie powie, ale w tamtych stronach jest znana. Głównie z zawodów łuczniczych. – zaczął Serafin – Podobno od starożytnego słowa „beio” oznaczającego łuk, pochodzi jej nazwa – Beiana. Jednak nikt nie zna na wschodzie starego języka, więc nikt tego nie potwierdził, to tylko legenda. Tutaj Serafin zrobił chwilę przerwy, aby dalszy ciąg historii ubrać w odpowiednie słowa. Wiedział, że jego gospodarze powiedzą burmistrzowi tylko to co on pozwoli, jednak nie chciał ich obarczać swoimi troskami. Słowa dobierał jak najstaranniej, aby z jednej strony uczynić historię wiarygodną, z drugiej, aby szczegóły zostały zachowane dla niego. - Kilka miesięcy temu opuściłem dom, aby stać się kimś więcej niż tylko synem drwala. Może to brzmi dziecinnie, może naprawdę postąpiłem głupio… - młodzieniec poczuł, że emocje napływają strumieniami, ale ciągnął dalej. – Nasz domek stał na obrzeżach. Rzadko bywałem w mieście przez pierwsze lata życia. Nie dlatego, że rodzice tak chcieli, ale zdecydowanie bardziej wolałem towarzystwo zwierząt niż ludzi. Wśród miejscowych dzieci miałem opinię dziwaka. Tylko ona chciała ze mną rozmawiać. – młodzieniec zatopił się na chwilę we wspomnieniach - Potem się zmieniłem, trochę po jej wpływem, trochę ze względu na inne wydarzenia, zostałem zaakceptowany w wiosce. Ludzie nawet mnie polubili, zyskałem przyjaciół, ale zawsze ona była najważniejsza. Była córką starosty. Nie byłem dla niej dość dobry, jej ojciec zaplanował dla niej lepszy związek… Serafin zamilkł. Bał się mówić dalej, wiedział, że dalsze słowa rozgrzebałyby jeszcze świeże rany i sprawiły ból. Cała ta historia była mocno streszczona, ale i tak wywołała wiele niechcianych wspomnień. Młodzieniec nie był w stanie mówić dalej i Rakon to zauważył. Nie chciał go więcej męczyć. Wiedział wystarczająco dużo, by uspokoić tym burmistrza. - Dziękujemy Serafinie, przekażemy to burmistrzowi. Nie będzie cię niepokoił. Odpocznij. Rakon i jego żona wyszli z pokoju. Czuli się trochę zażenowani. Byli z natury delikatni i dyskretni, więc wyciąganie siłą bolesnych wspomnień sprawiało, że czuli się naprawdę źle. Rakon chciał jak najszybciej załatwić sprawę z burmistrzem. Nie miał zamiaru spotykać się z nim ani jego posłami, więcej niż raz, aby uniknąć zbędnego kontaktu należało od razu pójść i opowiedzieć całą historię młodzieńca. Mężczyzna nie tracił ani chwili, zaraz po wyjściu z pokoiku Serafina opuścił dom i udał się do Ratusza.
***
Kowal to bardzo dobry zawód, tak jak lekarz. Podkowy i narzędzia są ludziom niezbędne nawet w środku zimy, więc zarobki nie maleją sezonowo. Między innymi, dlatego Rakon wybrał ten zawód, niektórzy jego znajomi musieli odkładać sobie pieniądze na zimę, bądź inną porę roku, ponieważ zapotrzebowanie było zależne od sezonu. Kowal nie miał takiego problemu. W czasie zimy co innego sprawiało, że się martwił, nie tylko on zresztą. Zwierzęta nie lubiły przymrozków, chowały się, a wiele zapadło w sen. Trudno było o mięso, tak samo jak i o warzywa. Przetrwanie