Fantasy · 45 min czytania
Sen Sokoła II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Śniegi przysypały jeszcze nie tak dawno piękne i zielone łąki na równinach Kahlasa. Na wiosnę można było podziwiać tam połacie zielonych traw, piękne drzewa i zwierzęta, których spokojne życie nie było zakłócane przez ludzi. Zgodnie z miejscową tradycją na równiny Kahlasa wyruszał na polowanie dojrzewający chłopiec. Kiedyś wiązano to inicjacją i było ważnym świętem młodego chłopaka, teraz już tylko obyczajem. Mimo to nadal odbywały się tam tylko tradycyjne polowania młodzieńców, nikt inny nie śmiał zabijać tamtejszych zwierząt. W okresie letnim często można było spotkać tam zakochanych, chcących ukryć się przed wścibskimi oczyma wśród pięknej przyrody oraz wędrowców uwielbiających wypoczywać na tych równinach sam na sam z naturą. Zima całkowicie zniechęcała ludzi do odwiedzania łąk Kahlasa. Gdyby jednak ktoś się tam zapuścił zobaczyłby równą, rozpościerającą się po horyzont warstwę śniegu, na której nie byłoby widać śladów życia. Możliwe, że przy odrobinie szczęścia zauważyłby gdzieś odciski nóg ptaków. Równiny Kahlasa zamierały na czas zimy. Miało się wrażenie, że jest to po prostu namalowany krajobraz. W słoneczny dzień pokryte śniegiem łąki wyglądały naprawdę prześlicznie. Promienie słońca odbijały się od białego puchu oświetlając uginające się gałęzie drzew. Te przy każdym podmuchu wiatru wydawały z siebie jakby jęk zmęczenia dźwiganiem warstw śniegu. Płatki śniegu wirowały w tym czasie dając wrażenie ruszającej się, tańczącej mgły. Taki piękny dzień został nagle zakłócony silnym podmuchem wiatru. Po chwili rozpętała się wichura. Drzewa zaczęły się uginać pod naporem powietrza, grube warstwy śniegu i lodu spadły z konarów. Podniosła się burza śnieżna. Cała okolica zrobiła się biała, nie można było rozróżnić gdzie jest ziemia, drzewo, niebo. Wszędzie dookoła latały porwane z wiatrem płatki śniegu. Nagle wśród zawieruchy rozległ się grzmot. Na sekundę wszystko ucichło, poczym w jednym momencie na ziemię zaczął padać grad z deszczem. Kostki lodu z dużą siłą uderzały o drzewa i kamienie, rozpryskując się na wiele malutkich kawałków. Deszcz smagał jakby biczami powierzchnię ziemi. Gdy już cała przyroda jęczała z bólu pod naporem gradu i wiatru, rozległ się kolejny grzmot, tym razem bliżej. Po chwili ciemne, mimo śnieżnej zawieruchy prawie czarne, niebo rozświetliła błyskawica. Na kilka sekund znowu wszystko ucichło, jakby natura składała hołd żywiołowi. Potem jednak pojawiła się kolejna błyskawica, a za nią następne rozświetliły niebo. Pioruny z minuty na minutę stawały się coraz śmielsze, zbliżały się do powierzchni ziemi coraz bardziej. Nagle na niebie zalśniły, mocniej niż pozostałe, trzy błyskawice. Natychmiast pomknęły w stronę ziemi, by tuż przed uderzeniem połączyć się w jedną i osiągnąć cel. W miejscu uderzenia powstała jasna poświata, a tuż nad warstwami śniegu zaczęły krążyć kuliste pioruny. Poświata robiła się coraz jaśniejsza, aż w końcu światło jakby eksplodowało. Nagle wszystko ucichło. W jednej chwili burza się skończyła. Niebo powoli się rozjaśniało, a płatki śniegu spokojnie opały powrotem na ziemię. W miejscu gdzie uderzyły trzy pioruny stał młody mężczyzna. Nie wyglądał na zdziwionego miejscem pobytu. Jego ciemne włosy i czarny strój wyraźnie kontrastowały z białym krajobrazem. Mężczyzna stał chwilę bez ruchu, poczym, najwidoczniej zniecierpliwiony, gwizdnął. Jasne już niebo rozświetliła jeszcze jedna, pojedyncza błyskawica. Dotarła ona do ziemi i w tym miejscu pojawił się ogromny, czarny, żółtooki rumak. Natychmiast po zetknięci się ze śniegiem otrząsnął się niezadowolony. Mężczyzna poklepał konia, poczym szybko na niego wskoczył. - Zabieramy się do pracy Piorunie. – powiedział mężczyzna prowadząc rumaka do najbliższej wsi.
***
Gniady koń dzielnie brnął przez głęboki śnieg. Przed nim szedł, co rusz się potykając, jeździec. Pogoda nie rozpieszczała podróżnych, zamiecie przykrywały szlaki, śnieg ograniczał widzenie, a mroźny wiatr oziębiał organizm. Jedna z największych burz śnieżnych przeszła między Anumbar a oddalonym o kilka dni drogi miastem Likos. Zamieć trwała prawie dwa dni, bez przerwy zasypując ziemię kolejnymi warstwami śniegu. Wichura sprawiła, że wielu nieszczęśników, którzy byli w tym czasie na drodze zostało zasypanych. Ci, którzy przeżyli, byli sini z zimna i zmęczeni dwudniową walką o przetrwanie. Mimo to, nie czekał ich szczęśliwy powrót do domu. Podróżni, aby nie zostać zasypani musieli poruszać się w czasie burzy, jednak szli wtedy na oślep. Śnieg i wichura nie pozwalały rozpoznać drogi czy nawet kierunku. Nawet po burzy trudno było znaleźć szlak, wszystko było zasypane grubą warstwą śniegu. Tacy zziębnięci, przemęczeniu ludzie zostawali sami na bezludnej przestrzeni, z niewielkimi szansami dotarcie gdziekolwiek, za to dużym prawdopodobieństwem zamarznięcia. W takiej sytuacji znajdował się Serafin, uparcie próbując znaleźć jakąś drogę. Zamieć zaskoczyła go dwa dni temu. Był wtedy w połowie drogi do Girlok. W jednej chwili zaczęła szaleć burza śnieżna. Serafin uratował siebie i konia jedynie cudem. Starał się iść i nie zatrzymywać. Nie spał w tym czasie, nie zatrzymywał się na posiłek tylko brnął przez śnieg. Przetrwał burzę, ale nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Pozostały mu wtedy dwa wyjścia: usiąść i pozwolić by mróz go zabił lub iść dalej licząc na odrobinę szczęścia. Po kolejnych dwóch dniach prawie bez snu był już maksymalnie zmęczony, ale nie mógł zasnąć. Przy takiej temperaturze prawdopodobnie już by się nie obudził. Teraz każdy ruch był ogromnym wysiłkiem. Serafin nie czuł już nóg. Ręce miał tak skostniałe, że ledwo trzymał w nich wodze. Właściwie to nie musiałby ich trzymać, wierny koń sam za nim szedł, mimo, że był równie zmęczony. Serafin nie był już pewny czy to, co widzi jest prawdą. Oczy mogły mu płatać figle, jednak z każdym krokiem utwierdzał się w przekonaniu, że coś tam jest. Od jakiegoś czasu wydawało mu się, że widzi światło. Najpierw myślał, że to słońce prześwituje między drzewami, ale robiło się coraz ciemniej a światło było widać coraz wyraźniej. W Serafina wstąpiła energia, szedł najszybciej jak tylko pozwalały mu zdrętwiałe nogi. Jego umysł skupił się na poruszaniu a oczy na świetle, gdyby jednak młodzieniec zwrócił uwagę na otoczenie zauważyłby, że wspina się na zalesione wzgórze. Na jego szczycie widać było już wyraźnie światło w oknach jakiejś gospody. Serafin przed drzwiami puścił wodze konia i wpółświadomy wszedł do pomieszczenia. Tam, nie zwracając uwagi na gości, podszedł do barmana i zapytał: - Jest wolny pokój? - Dla podróżnych w takim stanie zawsze jest. – uprzejmie odpowiedział gospodarz, poczym podał młodzieńcowi klucz. Serafin uśmiechnął się. Chciał zrobić krok w stronę schodów wiodących do pokojów gościnnych, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na kolana. Słyszał głosy jakby z oddali, miał wrażenie, że ktoś go dotknął, ale nie był w stanie stwierdzić czy na pewno. Po chwili świadomość całkowicie opuściła młodzieńca.
***
Część 22 / 2
Serafin powoli odzyskiwał przytomność. Gdy otworzył oczy zauważył, że leży na łóżku przykryty ciepłym kocem w jakimś małym pokoiku. Przypomnienie sobie, co się stało i jak się tutaj znalazł, zajęło mu chwilę. Doszedł do wniosku, że pewnie jest w pokoju w gospodzie. Powoli się podniósł. Czuł się obolały, ale najwidoczniej nie doznał żadnych poważnych odmrożeń. Młodzieniec usiadł na łóżku i rozejrzał się dookoła. Pokój był niewielki, mieściło się tam łóżko i szafa, ale za to był czysty i zadbany, co jest rzadko spotykane w przydrożnych gospodach. Wszystkie rzeczy Serafina leżały w kącie, nawet te, które miał przy siodle. Oznaczało to, że zajęli się zostawionym samopas koniem. Młodzieniec był zdziwiony taką postawą, doskonale wiedział, że w gospodach nawet w pełni przytomny człowiek może stracić sakiewkę. Nie miał zamiaru jednak za dużo myśleć o tym. Podziękował bogom za to, że trafił akurat w takie miejsce, poczym podszedł do okna. Święcące słońce odbijające się od śniegu raziło w oczy. Dało się jednak zauważyć rozpościerające się za oknem widoki. Gospoda znajdowała się na dość dużym wzgórzu, więc było widać z okna spore połacie lasów. Serafinowi zdawało się, że w oddali widzi drogę, którą powinien był jechać. W trakcie patrzenia przez okno zobaczył swoje odbicie. Nie był to atrakcyjny widok. Rozejrzawszy się jeszcze raz po pokoju w poszukiwaniu czystego ubrania i zauważył wiadro z wodą u stóp łóżka. Serafin obmył się na tyle na ile mógł i założył czyste ubranie. Tak przygotowany postanowił zejść do głównej sali. Po wyjściu z pokoju znalazł się na długim korytarzu. Widać było kilkanaście drzwi, każde opatrzone numerem. Schody znajdowały się na końcu korytarza. Serafin niepewnie ruszył w ich stronę. Czuł się jakoś dziwnie, sam nie wiedział dlaczego. Miał wrażenie, że panuje tu jakaś specyficzna atmosfera. Mimo to zszedł spokojnie i powoli na dół. W głównej sali były tylko trzy osoby i gospodarz. Serafin aż otworzył usta ze zdumienia, gdy zobaczył, kto siedzi przy stoliku najbliżej schodów. Dobrze, że gość akurat patrzył w drugą stronę i nie zauważył nieszczególnie inteligentnego wyrazu twarzy młodzieńca. Jednak trzeba przyznać Serafinowi, że miał prawo się zdziwić. Niecodziennie spotyka się krasnoluda. W rodzinnych okolicach młodzieńca w ogóle trudno spotkać istotę inną niż człowiek. W samym Thalbondheimie często spotykało się elfów, których państwo leżało przy zachodnich granicach, albo ludzi z Północy. Thalbondheim był otwarty na inne rasy w przeciwieństwie do jednokulturowej Alarii, państwa elfów, czy Sewalii, ojczyzny ludzi. Krasnoludy były ludem, który w ogóle nie przepadał za kontaktami z innymi. Zamieszkiwali góry na terenach tak zwanych Wideł Północy, obszaru na północ od granic Thalbondheimu szczególnie nieprzyjaznego dla uczciwych ludzi. Mówiło się, że jest to kraj wygnańców, bo mieszkały tam istoty z różnych powodów wygnane ze swoich krajów. Prawda była taka, że nie istniała tam żadna władza. Rządziło prawo silniejszego. Poza górami, które nieoficjalnie należały do krasnoludów, ziemia należała do tego, kto obroni ją przed innymi. Krasnoludom pasowała taka sytuacja, zapewniała im spokój. Gdyby utworzyli oficjalne państwo ciągle musieliby przyjmować i wysyłać posłów, wtrącać się w to, co się dzieje na świecie. Oczywiście nawet wśród nich były wyjątki lubiące podróże. Dzięki temu świat w ogóle dowiedział się o istnieniu rasy krasnoludów. „Ten musi być właśnie takim wyjątkiem” pomyślał Serafin. Mężczyzna siedział spokojnie popijając piwo. Widać było, że bardzo stara się nie zamoczyć gęstej, przykrywającej usta brody, ale było to niewykonalne. Ubrany był zwyczajnie, w prostą koszulę i spodnie, ale na stole leżał potężny topór - nieodłączny atrybut każdego krasnoluda. Serafin postąpił krok w przód. W tym momencie gość gospody odwrócił się. Zobaczywszy młodzieńca uśmiechnął się szeroko. - Patrz gospodarzu! – krzyknął – Nasz młody podróżny się obudził. Widzę, że jesteś jeszcze blady. Siadaj. Piwa dla gościa, barmanie! Kufel dobrego piwa na pewno cię rozgrzeje. Krasnolud wypowiedział to wszystko właściwie siłą sadzając Serafina koło siebie przy stoliku. Zanim młodzieniec zorientował się, co się dzieje już stał przed nim kufel piwa. Jego towarzysza nie opuszczał entuzjazm. Za jednym razem wypił pół swojego piwa, poczym znowu zagadał: - Śnieżyca cię przysypała, prawda? Nie, nie odpowiadaj, najpierw napij się. Tak w ogóle, jestem Dogan. Krasnolud jak zauważyłeś. - Serafin Vita. – pośpiesznie przedstawił się młodzieniec, starając się wbić między słowa mężczyzny. - Miło Cię poznać Serafinie. No, jak się już napiłeś to opowiadaj. Jak znalazłeś się tutaj w środku zimy? Na nieszczęście to pytanie nie mogło zostać pozostawione bez odpowiedzi. Dogan momentalnie zamilknął czekając na odpowiedź. Serafin powtórzył swoją historię opowiedzianą Rakonowi, poczym streścił wydarzenia w Anumbar i na drodze. W czasie mówienia zwrócił uwagę na dwóch mężczyzn siedzących po drugiej stronie sali. Gdy Serafin zszedł obaj byli pochłonięci rozmową. Jeden starszy, już siwy mężczyzna siedział twarzą do młodzieńca, ale zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na innych gości. Jedyną osobą, którą zauważał był jego towarzysz. Drugi mężczyzna był wyraźnie młodszy. Siedział tyłem, ale kilka razy odwrócił się i Serafin przelotnie widział jego twarz. Starszy miał na sobie eleganckie, bogate ubranie, jego rysy także zdradzały szlacheckie pochodzenie. Do pasa miał przypięty miecz, ale szczegóły jego wyglądu nie były widoczne z takiej odległości. Młodszy miał na sobie płaszcz, a że siedział tyłem młodzieniec nie mógł zobaczyć, co pod nim. Wyraźnie widoczne za to były dwie katany przewieszone przez oparcie krzesła. Widocznie czuł się w gospodzie pewnie skoro tak wieszał broń. Gdy Serafin skończył opowieść, krasnolud począł wspominać wszystkie ciężkie zimy, które przeżył. Młodzieniec właściwie go nie słuchał, patrzył się z zainteresowaniem na parę po drugiej stronie. Dogan jednak ciągnął swoje historie nie zwracając uwagi na brak zainteresowania. W pewnym momencie młodszy z gości wstał. Pochylił się jeszcze na chwilę i szepnął coś starszemu, poczym odwrócił się w stronę Serafina i krasnoluda. Przez moment młodzieniec i młody mężczyzna przyglądali się sobie. Serafin nie bez zdziwienia stwierdził, że nie patrzy na człowieka. Po drugiej stronie sali stał elf. Teraz wyraźnie można było dostrzec spiczaste uszy i elfie rysy twarzy. Mężczyzna miał poważną wręcz nie przyjazną minę. Serafin nie wytrzymał długo jego wzroku i spojrzał na Dogana. Zerknął tylko na chwilę i zobaczył jak elf rozmawia z gospodarzem. W tym momencie krasnolud jakby dopiero zauważył, że młodzieniec interesuje się czymś innym. Rozejrzał się, aby zobaczyć co zainteresowało jego rozmówcę. W tym momencie elf ruszył w stronę wyjścia i po chwili już go nie było. - Pewnie zastanawiasz się, kim jest ten elf. – odezwał się Dogan. – Nazywa się Falard i jest drugą najważniejszą osoba w Bractwie. Prawdopodobnie… - Bractwie? – Serafin wszedł krasnoludowi w słowo. – Jakim Bractwie? - Herta’agon, zwanym także Bractwem Prawdy lub po prostu Bractwem. Nie słyszałeś o Bractwie? – Serafin pokręcił przecząco głową – Bractwo powstało, aby pilnować sprawiedliwości na całym kontynencie i chociaż bezpośrednio podlega królowi Thalbondheimu to jego działania są uznawane w większości państw. Wielkim Mistrzem jest mężczyzna, który tam siedzi. – pokazał na człowieka po drugiej stronie sali. – Falard jest jego prawą ręką. Jeśli chodzi o sprawy Bractwa to wszystko będziesz załatwiać z nim. - A ty należysz do Bractwa? – zapytał młodzieniec. - Ja dopiero chcę do niego należeć. Widzisz… Bractwo szkoli własnych adeptów, głównie wybierając dzieci z biednych chłopskich rodzin. Dbają, aby ich uczniowie nie ulegali wpływom i byli całkowicie oddani Bractwu. Jednak główne siły to nie adepci. Bractwo przyciąga najlepszych rycerzy, poszukiwaczy przygód, łowców, ogólnie wszystkich o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Prawdopodobnie tysiące przedstawicieli wszystkich ras tego kontynentu przewinęło się przez siedzibę Bractwa. Nie każdy został przyjęty. To właśnie stanowi o sile tej organizacji. Tutaj nie liczą się podziały, przekonania. - A siedziba Bractwa mieści się tutaj w gospodzie? - W gospodzie?? Musiałeś być już naprawdę nieprzytomny jak tu przychodziłeś skoro nie zauważyłeś największej twierdzy w Thalbondheimie, a może i na całym kontynencie. - Twierdzy? - Sam zobacz. Dogan wstał, a za nim Serafin. Obaj wyszli z gospody. Serafin zastanawiał się czy krasnolud nie żartuje sobie z niego. Przecież zobaczyłby, gdyby był tutaj zamek. Jednak, kiedy młodzieniec wyszedł, przekonał się, że to nie żart. Przed nim znajdował się długi i wysoki mur. Za nim Serafin mógł zobaczyć wieże zamku. Mur prawdopodobnie okalał wzgórze, więc tereny twierdzy były ogromne. Młodzieniec zauważył także, iż gospoda miała połączenie z murami. Część głównej sali musiała znajdować się już po drugiej stronie. Ogrom twierdzy naprawdę był przytłaczający. Serafin nie mógł zrozumieć, dlaczego wcześniej nie zobaczył zamku. - Stoisz właśnie przed Główną Bramą zamku Agon. – powiedział krasnolud z taką duma jakby co najmniej sam był właścicielem twierdzy.
***
Serafin leniwie otwierał powieki. Mimo, że słońce wpadało przez okno i raziło go prosto w oczy, młodzieniec nie miał ochoty wstawać z łóżka. Był naprawdę wczesny ranek, jednak Serafin był świadom, że ma obowiązki do wykonania. Młodzieniec powoli podniósł się z łóżka. W misce z wodą opłukał twarz, poczym szybko się ubrał. Gotowy już do wyjścia westchnął. Ten sam rytuał powtarzał od trzech miesięcy odkąd, za wstawiennictwem Dogana oraz oczywistym protestem Falarda, zamieszkał w zamku. Mieszkając przez miesiąc w karczmie pozyskał sobie przyjaciół wśród członków Bractwa. Poprosili oni Wielkiego Mistrza, aby Serafin mógł zamieszkać za murami twierdzy. Młodzieniec był wdzięczny ponieważ, mimo wszelkich starań gospodarza, gospoda nie była najlepszym miejscem do przetrwania zimy. Cała inicjatywa spotkała się jednak z silnym protestem Falarda. Elf był bardzo ostry i konserwatywny, uparcie zasłaniał się regulaminem Bractwa. Przynajmniej tak mówią plotki, ponieważ nikt nie słyszał rozmów Mistrza z przybocznym. Mimo tego Serafin otrzymał pokój - w skrzydle dla służby, z zakazem poruszania się poza wyznaczony niewielki obręb twierdzy, a także z pewnymi obowiązkami. Był to niewielki sukces Falarda w powstałym konflikcie między nim a Serafinem. Z biegiem czasu wszyscy zaczęli odczuwać zimną wojnę między nimi. Nikt właściwie nie wiedział, z jakiego powodu elf tak bardzo nie lubi młodzieńca, jednak niechęć była wyraźnie widoczna. Każdego ranka zadaniem Serafina było nakarmienie koni i posprzątanie stajni. Ten obowiązek był przyjemny, młodzieniec lubił prace wśród zwierząt, zresztą wychował się na wsi, więc nie była to dla niego nowość. Jednak budynki stajenne w twierdzy były odpowiednio duże, nakarmienie każdego konia i zamiecenie wszędzie zajmowało dobre dwie godziny. Po pracy Serafin udał się, jak zwykle, do gospody. Nie poznał wejścia od wewnątrz, Falard zadbał, żeby nie miał tam wstępu. Protest strażników budzonych codziennie wcześnie rano, nie przekonały elfa do zmiany zdania. Toteż młodzieniec, jak co dzień zadzwonił po strażnika, aby mu otworzył. Zaspany mężczyzna nawet nie pofatygował się przywitać Serafina, widywał go codziennie o tej samej wczesnej porze, nie był w nastroju do uprzejmości. Młodzieniec nie przejmował się niezadowoleniem strażników, spokojnie przeszedł przez bramę, poczym udał się do gospody. Gdy tylko stanął w drzwiach usłyszał: - No wreszcie! Serafin miał czasami wrażenie, że Dogan wstaje jeszcze przed nim i czeka specjalnie w gospodzie. Krasnolud prawie codziennie od wczesnego ranka siedział i popijał piwo. Serafin dosiadł się do stolika przyjaciela. - Krasnoludy w ogóle sypiają? – zapytał młodzieniec ziewając. - Oczywiście! Długie, głębokie drzemki to podstawa egzystencji krasnoludów. – zaśmiał się Dogan. - Drzemki… - Nie martw się, niedługo będziesz mógł pospać dłużej. - Zważając na fakt, że elfy są długowieczne, a Falard do starości się nawet nie zbliża, niedługo wydaje się mało realne. On mnie pewnie przeżyje i jeszcze mojego trupa będzie do pracy gonił. - Wyśpisz się jeszcze przed jego lub twoją śmiercią zapewniam cię. Udało mi się dowiedzieć, że prawa ręka Mistrza wyrusza do stolicy za dwa dni. Serafin nie odpowiedział, tylko odetchnął i wyciągnął się na krześle. Droga konno do Iletiddy, stolicy Thalbondheimu, trwała co najmniej tydzień, czyli powrotu Falarda można się było spodziewać nie wcześniej niż po dwóch tygodniach. Właściwie tylko elf zmuszał go do prac w zamku, inni członkowie Bractwa byli mu przychylni, a Wielki Mistrz nie zajmował się takimi sprawami. Dogan zaśmiał się widząc reakcję młodzieńca. Barman przyniósł im dwa piwa, szepcząc, że trzeba to uczcić. - Hanas! Wróciłeś! – nagle krzyknął krasnolud W czasie, gdy Serafin z Doganem świętowali, do gospody wszedł inny członek Bractwa. Był to bardzo wysoki mężczyzna o jasnych, prawie białych włosach, ale ciemnej cerze. Twarz miał szczupłą, o wyraźnych rysach, które zdradzały dojrzały wiek. Hanas był typowym przedstawicielem Nomadów, pustynnego, wędrownego ludu, zamieszkującego wschodnie krańce kontynentu. Na jego ramionach widoczny był rashmir, specjalna podróżna opończa. Hanas podszedł do Serafina i Dogana. Przywitali się według nomadzkiej tradycji. Nowoprzybyły ukłonił się głęboko, a witani odpowiedzieli skinieniem głowy. Po dopełnieniu formalności rzucili się sobie w ramiona. Hanas został wysłany z misją dla Bractwa ponad dwa miesiące wcześniej. Oficjalnie jego zadanie było tajne, nieoficjalnie wszyscy wiedzieli, że miało związek z licznymi podpaleniami w wioskach i miastach w całym południowym Thalbondheimie. - Mam nadzieję, że wróciłeś z dobrymi wieściami, bo jeśli ze złym to lepiej wracaj skąd przyjechałeś. - zażartował Dogan - Niestety Doganie, chyba mogę już zawrócić, bo wieści nie są pomyślne dla nas. – ponuro odparł Hanas. - Co masz na myśli? – zainteresował się Serafin. - Najpierw powinienem zdać raport Mistrzowi. - Mistrz na pewno śpi, a jak szepniesz nam kilka słów to świat się nie zawali. - Chyba, że świat Falarda, ale to akurat sama korzyść. - Widzę, że wasze stosunki się nie zmieniły Serafinie. Obaj z krasnoludem jesteście tutaj od niedawna. Zapewniam was, że Falard jest doskonałym przywódcą i wartościowym członkiem Bractwa. - Ty jak zwykle taki poważny. Nastała cisza. Towarzysze w milczeniu popijali piwo. Niepomyślne wieści Hanasa nie wróżyły nic dobrego. Przez ostatnie cztery miesiące spłonęło kilkanaście wsi i małych miast. Zaczynały się szerzyć pogłoski, że na Thalbondheim spadła kara boska, kłócono się tylko, który bóg rzucił klątwę na kraj. Bractwo przygotowywało się do działania, prawdopodobnie dlatego Falard wyruszał do stolicy spotkać się z królem. Chwile milczenia przerwał Dogan zaczynając jedną ze swoich anegdotek. Serafin oraz Hanas od razu zaczęli komentować i śmiać się z poszczególnych fragmentów. Kilka godzin zeszło im na luźnych rozmowach i żartach. Słońce świeciło coraz mocniej, zbliżało się południe. Przez gospodę przewijali się różni członkowie Bractwa i młodzi adepci. W pewnym momencie jeden z najmłodszych uczniów nieśmiało podszedł do Hanasa. Wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale słowa jakby utkwiły mu w gardle. Dogan roześmiał się głośno: - Nie bój się chłopcze. Ten człowiek może i jest brzydki, ale nie skrzywdziłby nawet muchy. – Hanas tylko uniósł brwi i przewrócił oczami. - Jeśli on się kogoś boi to…