Fantasy · 50 min czytania
Sen Sokoła IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Trzy dni później panował w zamku duży ruch. Wieść, że część członków Bractwa wyrusza na Martwe Wyspy opanowała fortecę. Podczas, gdy plotki roznosiły się jak najgorsza zaraza, Serafin przygotowywał się do wyjazdu. Widomość, że Mistrz wyznaczył go, żeby jechał z Falardem zdumiała go niesamowicie. Tym bardziej, że nie został mianowany członkiem Bractwa. Serafin nie do końca wiedział, co to oznacza. Obawiał się, że chcą się go po prostu pozbyć z zamku. Chociaż wyprawa wyglądała na ważną i wiele jej aspektów było owianych tajemnicą, Serafin mógł przeceniać wagę misji. Wiedział, że jakiś klasztor na Martwych Wyspach poprosił o pomoc w zwalczeniu narastających ataków goblinów. Młodzieńca bardzo zdziwiła wieść, że na tych wyspach w ogóle żyją ludzie. Wszyscy jednak przeczuwali, że kryje się za tym coś jeszcze. Dla Serafina największym minusem wyprawy był Falard. Elf wyraźnie nie popierał decyzji Mistrza o udziale młodzieńca. Dawał to po sobie poznać na każdym kroku. Serafin miał wrażenie, że Falard śledzi go tylko po to by móc pokazać mu, jaki jest bezużyteczny. Oczywiście było to tylko złudzenie, ponieważ każdy wiedział, że elf spędza większość dnia z Wielkim Mistrzem omawiając szczegóły wyprawy.
Nadchodził czas wyjazdu. Serafin, ubrany w podróżny strój, sprawdzał czy wszystkie jego rzeczy są przytroczone do siodła. Sam się tym zajmował, ale wolał sprawdzić. Chociaż właściwie trudno powiedzieć, że na grzbiecie Serafinowego konia leżało siodło. Młodzieniec nigdy nie używał siodła i rumak nie był do tego przyzwyczajony. Serafin użył więc nakładki ze skóry z paskami do przyczepiania bagażu i delikatnego popręgu. Stanowiło to dobre rozwiązanie zarówno dla konia jak i dla jeźdźca. Ustaliwszy, że wszystko jest na swoim miejscu, zajrzał do podręcznej torby przewieszonej przez ramię. Unosił się z niej zapach ziół. Serafinowi udało się uzupełnić swoje zapasy o leki i maści jemu nieznane, powszechne natomiast w tym regionie. Bardzo natomiast żałował, że wielu starych zapasów nie mógł uzupełnić. Pomijając fakt, że nie znano tutaj leków, które stosował Serafin, nie rosły tu niektóre rośliny powszechne w okolicach gór. Mimo to torba była dość dobrze zaopatrzona. Gdy sprawdził już wszystko usłyszał uderzenie w dzwon oznajmiające wyjazd większej grupy z zamku. Szybko zarzucił kołczan ze strzałami oraz łuk na plecy, poczym poprawił miecz na pasie. Tutejsi kowale zrobili, co mogli by doprowadzić stary ojcowski miecz do użytku. Według tego, co twierdził ojciec ostrze to było w rodzinie od pokoleń. Po lekkiej odnowie ponownie wyglądało jak porządny miecz. Następnie wyprowadził konia ze stajni na plac, gdzie czekali już członkowie Bractwa. Wszyscy dopinali jeszcze koniom popręgi. Falard stał przy bramie gotowy i trzymając swojego rumaka, czekał na resztę. Gdy stwierdził, że wszyscy są już gotowi wsiadł na konia. Po chwili wszyscy już siedzieli na grzbietach wiernych zwierząt. Serafin także wskoczył na swojego gniadosza.
Serafin oczekiwał, że pożegna ich Wielki Mistrz, ale ten się nie pojawił. Falard najwidoczniej go nie oczekiwał, bo ruszył niezwłocznie. Wyjechawszy z zamku skierowali się na południowy-wschód. Ich pierwszym celem były nabrzeża Zatoki Krzyku. Pierwsza połowa drogi wiodła przez lasy Gardy na skraju, których znajdował się zamek Agon. Ta droga była całkowicie bezpieczna. Lasy Gardy regularnie patrolowali członkowie i adepci Bractwa. Serafin jechał ostatni i rozglądał się dookoła karmiąc wzrok pięknem zieleni. Obok niego jechał Hanas na pustynnym koniu Regisie. Pustynne konie były wysokie i smukłe, zupełnie nie podobne do hodowanych w Thalbondheimie czy Sewalii. Przypominały natomiast trochę elfie szlachetne konie. Tuż przed Serafinem jechała natomiast Elisa Jan. Młodzieniec widywał ją wcześniej w warowni, ale nie rozmawiali nigdy. Niewiele o niej wiedział. Tyle tylko, co powiedział mu Hanas przed wyjazdem. Elisa pochodziła z Północy. Normalnie świadczyłoby to o tym, że trzeba mieć się na baczności w jej towarzystwie, jednak, jako członek Bractwa musiała być godna zaufania. Podobno kiedyś podróżowała kradnąc bądź odzyskując ukradzione, zależnie co jej się bardziej opłacało. Do czasu aż spotkała Mistrza. Właściwie nikt nie wie, gdzie, kiedy i jak przebiegło to spotkanie. Krążą różne wersje tej opowieści. Jedyną prawdziwą zna prawdopodobnie tylko Elisa i Mistrz. Ogólnie dla większości kobieta była jedną wielka tajemnicą. Lubiła samotność, umiała słychać, ale sama niewiele mówiła. Była świetnym szermierzem. Hanas twierdził, że lepszym od niego, ale Falarda nie przewyższała. W razie potrzeby służyła także złodziejskimi umiejętnościami, chociaż, na co dzień raczej stroniła od powracania do dawnych czasów. Obok Elisy na pięknym, smukłym koniu jechała elfka, Alania. Mimo, że należała do tej samej rasy co Falard, różniła się od niego bardzo. Elfy z Alarii różniły się zależnie od miejsca, gdzie mieszkały. Elfy z południa były niższe i bardziej krępe od reszty. Należeli do najlepszych wojowników, łączyli elfią zwinność z siłą. Byli także bardziej kontaktowi. Południowa granica zawsze była dość płynna. Wielu ludzi się przez nią przekradało, także elfy się przedostawały w głąb kontynentu tą drogą. Elfy z najdalszych północnych krańców, czyli Półwyspów Kochanków były całkowitym przeciwieństwem południowych. Cechował ich bardzo wysoki wzrost i smukłość. Ich jedyną miłością była przyroda. Nie lubili kontaktów, nawet z innymi elfami rozmawiali tylko w ostateczności. W centralnej części mieszkały elfy łączące cechy obu pozostałych podras. Byli wysocy i smukli, ale nie tak delikatni jak północni krewniacy. Potrafili walczyć, chociaż unikali tej sztuki. Kontaktowali się z innymi elfami, a także innymi rasami, ale tylko gdy musieli. Alania wyglądała jak typowy elf z centrum. Była wysoka, ale zwinna i umiała dobrze walczyć. Wyglądała bardziej szlachetnie od Falarda, rysy miała bardziej delikatne. Zachowywała się jednak bardziej jak elf z południa. Chętnie poznawała świat i inne istoty, to właśnie sprowadziło ją do Bractwa. Serafin rozmawiał z nią tylko kilka razy. Zawsze była uprzejma. Chętnie rozmawiała z młodzieńcem o przyrodzie. Jako elf miała szczególny stosunek do przyrody, mimo to Serafin potrafił zrozumieć tą szczególną więź. Chociaż nie znał jej dobrze, młodzieniec miał wrażenie, że elfka jest mu najbliższa. Przed kobietami jechał Dante z Anastielem. Anastiel był magiem. Mówiono, że jednym z najpotężniejszych na kontynencie. Serafinowi kojarzył się on z kotem, który zawsze chodzi własnymi drogami. Anastiel często wyjeżdżał nikomu nic nie mówiąc i wracał równie niespodziewanie. Kiedy był w zamku miał dni, że nie wychodził w ogóle ze swojej komnaty, a czasami bawił się na równi ze wszystkimi w gospodzie. Chociaż nawet wtedy niewiele o sobie mówił. Serafin zaledwie po kilku tygodniach stwierdził, że tajemniczość to cecha, którą można przyporządkować większości członków Bractwa. Wielu w ogóle o sobie nie mówiło. Powszechne było znanie tylko imion innych członków, z którymi spędzało się dnie, tygodnie i miesiące. Anastiel nie był wyjątkiem. Najdziwniejsza była jego niespodziewana przyjaźń z Dantem. Mówiono, że to klasyczny przykład powiedzenia „przeciwieństwa się przyciągają”. Trudno powiedzieć, że byli kolegami po fachu. Dante przy Anastielu był jak chłopiec wymachujący patykiem w stosunku do mistrza fechtunku. Niekończący się potok słów Dantego rekompensował milczenie maga. Wiedza o życiu Anastiela była chyba jedyną wiadomością, której Dante nie pościł w obieg. Ich przyjaźń, chociaż bardzo osobliwa, była bardzo mocna. Nikt nie wątpił, że zrobiliby dla siebie wszystko. Natomiast przed nimi, na przedzie jechał Falard z Doganem siedzącym na niskim, krępym kucu. Krasnolud nie lubił jazdy konnej, ale potrafił utrzymać się na koniu. Mimo to przezabawnym widokiem był Dogan w galopie. Serafin pokładał się ze śmiechu, gdy zobaczył to po raz pierwszy. Krasnolud nie mogąc poprawnie operować ciałem w tym chodzie, kładł się po prostu na szyję rumakowi, bezskutecznie próbując znaleźć oparcie w nogach. Mimo dużych chęci krasnolud nie mógł opanować umiejętności właściwego balansu ciałem. Tak więc, zarówno on jak i jego rumak byli skazani na tę niewygodną pozycję.
Przebycie przez lasy Gardy zajęło im półtora dnia. Przez ten czas kompani zdążyli się zaledwie ze sobą zapoznać. Falard nie pozwalał na dłuższe przerwy w podróży i wymagał ciągłej ostrożności, mimo że lasy powinny być bezpieczne. Wieczorem drugiego dnia drogi stanęli na skraju lasu i spojrzeli na roztaczające się przed nimi Dzikie Równiny. Sąsiadowały one z przepięknymi Równinami Kahlasa, ale bardzo się od nich różniły. To miejsce należało do najbardziej niebezpiecznych w całym Thalbondheimie. Nazywano je także Zdradzieckimi Równinami. Na pierwszy rzut oka na wiele kilometrów ciągnęły się połacie traw, poprzecinanych od czasu do czasu drzewami i krzewami. Zieleń nabierała kolorów, pojawiały się już nawet letnie kwiaty. Widok napawał otuchą i zapraszał by wejść i schować się wśród przyjaznych traw. Jednak każdy, kto znał choć odrobinę tę okolicę wiedział, że lepiej nie zapuszczać się na Dzikie Równiny. Piękne połacie traw były w wielu miejscach po prostu bagniskami. Większość terenu była podmokła, jednak wszystko przykryte było piękną trawą. Nie sposób było dojrzeć, gdzie ziemia jest twarda, a gdzie zaczyna się bagno. Wiele bagien nagle się zaczynało i równie nagle kończyło, inne zachowywały się jak ruchome piaski pozwalając wędrowcom na nie wejść by nagle zacząć ich wciągać w swoje odmęty. Bardziej przesądni ludzie twierdzili, że to bogowie rzucili klątwę na te równiny. Nie mogli uwierzyć, że przyroda sama stworzyła takie miejsce.
Członkowie Bractwa powoli przedzierali się przez równiny. Nadal prowadził Falard. Za nim szedł niepewnie Anastiel, potem Elisa, Dante, Alania, Dogan, Serafin i Hanas. Taki szyk miał zapewnić pomoc mniej zwinnym wędrowcom. Elf na każdym kroku sprawdzał drogę. Czasami mogli swobodnie wszyscy iść koło siebie, a innym razem szli tuż za sobą po płytszych bagienkach. Poruszali się bardzo powoli. Drogę między lasami Gardy a wybrzeżami można by było przebyć w ciągu dwóch dni. Przebycie Dzikich Równin wymagało ostrożnego i powolnego posuwania się do przodu lub nawet nadkładania drogi i cofania się by ominąć grząskie tereny. Już po pierwszym dniu wszyscy członkowie odczuwali zmęczenie. Noc też nie przyniosła im odpoczynku. Wilgoć, zimny, wiejący w twarz wiatr nie pozwalał zasnąć. Serafin postanowił zaspokoić trochę swoją ciekawość. Wyjeżdżając mgliście znał trasę. Falard tylko ogólnie rozrysował drogę, w dodatku młodzieniec nie orientował się w tych okolicach. Teraz, kiedy wiedział jak trudna czeka ich przeprawa, zastanawiał się dlaczego skierowali się akurat na południe. Wiedział, że najbliższe przejście przez Karpidy znajduje się w jego rodzinnych okolicach. Chociaż nie było wcale najbezpieczniejsze. Większość przeprawiających się do Sewalii używała bezpiecznej przełęczy na północy. Serafin nie słyszał nigdy o istnieniu żadnego portu przy wybrzeżach zatoki Krzyku, chociaż mapy wyraźnie wskazywały na to, że dałoby się przedostać na wschód przez wyspy Wrzasku. Malutkie wysepki znajdujące się w bliskiej odległości od siebie pozwalały przeciąć zatokę Krzyku i dostać się do Sewalii. Jednak, o ile Serafin wiedział, nikt nie używał tej drogi. Przemierzając Dzikie Równiny wiedział już dlaczego. Pojawiało się więc pytanie, dlaczego oni zmierzają do nabrzeży. Młodzieniec podszedł do siedzącego nieopodal Hanasa. Nomada wpatrywał się jak zahipnotyzowany w przestrzeń obserwując okolicę.
- Wątpię, żebyś coś tam wypatrzył. Poza wodą i trawą nic tu nie ma. – powiedział Serafin siadając obok przyjaciela. - Na razie nic nie ma, ale kto wie czy coś tu nie przywędruje. - To coś musiałoby być szalone. - My nie jesteśmy szaleni, a jednak tu jesteśmy. – uśmiechnął się Hanas. - Może jednak jesteśmy szaleni. Dlaczego przeprawiamy się przez te bagna zamiast iść w stronę Czarnego Lasu i tam przedostać się przez Karpidy? - Ponieważ tamta droga jest dłuższa. – Nomada przenikliwie spojrzał na Serafina. – Nie słyszałeś o porcie Bractwa, prawda? Serafin przecząco pokręcił głową. - Tam właśnie zmierzamy. Port Bractwa został założony dawno temu, w pierwszych latach działania tej organizacji. Bractwo uznało, że potrzebuje szybkiego i bezpiecznego przejścia na drugą stronę kontynentu. Przez Dzikie Bagna niewielu miało odwagę przechodzić, więc port u wybrzeży zatoki Krzyku mógł zostać tajemnicą. Został on założony we współpracy z królem i Sewalczykami. Zarówno nasi jak i ich rycerze pilnują wysp. Do portu mają wstęp tylko najbliżsi współpracownicy króla i najbardziej zaufani członkowie Bractwa. Falard regularnie tamtędy podróżował, ale oprócz niego chyba tylko Anastiel był w tym porcie. Mówię oczywiście wyłącznie o naszej grupie. Jednak z tych, którzy zostali w warowni także niewielu mogłoby się pochwalić podróżą do portu Krzyku. Po przebyciu Równin, w ciągu zaledwie jednej doby dostaniemy się do Sewalii. - Przeprawianie się przez Dzikie Równiny warte jest tych dwóch, czy trzech dni? Równie dobrze możemy wejść do jakiegoś bagna i w ogóle nie dotrzeć do portu. - Nie martw się. Zauważyłaś pewnie, że do tej pory nie musieliśmy się wracać po śladach, ani nie wpadliśmy do żadnego bagna. Kilka pokoleń temu znaleziono bezpieczne przejście przez Dzikie Równiny, a droga ta znana jest każdemu Mistrzowi Bractwa i najbardziej zaufanym członkom, w tym Falardowi. On wie gdzie idzie, co nie zwalnia nas oczywiście z uważania gdzie stajemy. Niektóre przejścia są tak wąskie, że wystarczy zrobić krok w bok by skończyć podróż w bagnie. - A ty znasz to przejście? – uważnie patrząc na przyjaciela zapytał Serafin. - Kiedyś proponowano mi poznanie tej drogi, ale nigdy nie miałem potrzeby uczenia się jej zawiłości. Nie przeprowadziłbym nikogo przez te Równiny. Anastiel też pewnie miałby duże trudności. Tylko Falard jest w stanie nas stąd wyprowadzić.
Część 22 / 2
Obaj zamilkli. Hanas znowu uważnie obserwował horyzont. Serafin nadal siedział koło przyjaciela i rozmyślał. Ujawniano mu coraz więcej tajemnic Bractwa. Kojarzył już większość jego członków. W pewnym sensie już był członkiem Bractwa. Nie oficjalnie, ale jednak istniała wieź między nim a Bractwem i nawet Falard nie mógłby temu zaprzeczyć. Serafin powoli sobie to uświadamiał i radość ogarniała jego serce. Zaczynał rozumieć, że nawet gdyby nigdy nie został oficjalnie członkiem to zamek Agon będzie dla niego otwarty. Młodzieniec niezauważalnie się odwrócił i spojrzał na elfa. Podobnie jak reszta towarzyszy nie spał. Siedział studiując jakieś pismo przy ognisku. Nie zwracał uwagi na otoczenie, chociaż Serafin wiedział, że wystarczyłby podejrzany szmer by w jego rękach pojawiły się katany. Mimo konfliktu darzył Falarda głębokim szacunkiem. Trudno było młodzieńcowi przyznać to przed sobą, ale elf wyrastał na jego niedościgniony wzór. Chciałby mieć tyle rozwagi, wiedzy i umiejętności, co przyboczny Mistrza. Poza Doganem i Dantem, którym udało się zapaść w krótki sen, reszta wędrowców spędziła noc na nogach. Mimo to następny dzień ich nie oszczędzał. Powoli posuwali się do przodu, co jakiś czas przedzierając się przez grząskie tereny. Ścieżka wybierana przez Falarda zawsze jednak okazywała się bezpieczna. Najbardziej męczyli się członkowie nieprzyzwyczajeni do mozolnych marszów przez dzicz. Największe problemy miał Dogan. Ciężki krasnolud bardziej od reszty zapadał się w grząski teren. Ziemia zapadała się pod nim nawet wtedy, kiedy reszta nie odczuwała utrudnień. Dante był lżejszy i bardziej sprawny od krasnoluda, więc radził sobie zdecydowanie lepiej, chociaż także często ziemia się pod nim zapadała. Kolejna noc była już bardziej przychylna wędrowcom. Wiatr ucichł, a i wilgoć nie dawała się aż tak we znaki. Członkowie Bractwa zasnęli pozwalając zmęczonym ciałom odpocząć. Gdyby szli całą dobę mogliby dotrzeć do portu, dlatego wyruszyli wraz z pierwszym blaskiem. Koło południa Falard ostrzegł, że będą przechodzić przez długi i bardzo niebezpieczny odcinek. Między bagnami wiódł bardzo wąziutki przesmyk, przez który trzeba będzie iść gęsiego stawiając stopę przed stopą. Aby konie mogły się tamtędy przedostać spętano im nogi, żeby ograniczyć ich rozstaw nóg. Posuwali się jeszcze wolniej, zachowując szczególną ostrożność. Serafin szedł przedostatni wyprzedzając Hanasa, a podążając za Doganem. Krasnolud z trudem pokonywał każdy metr tej trasy. W pewnym momencie Dogan poślizgnął się i zjechał po błotnistym brzegu bagna, by znaleźć się w samym jego środku. Hanas momentalnie krzyknął na Falarda, aby się zatrzymał. Zanim elf zdążył się zorientować co się stało, Serafin już ostrożnie zbliżał się do przyjaciela. Jego lekkie ciało i uważne kroki, pozwalały mu wejść na podmokły teren i nie zapaść się. Słyszał, że Falard coś krzyczy, ale musiał się skupić na swoich krokach. W końcu, tak naprawdę zaledwie po kilku krokach, uznał, że bagno nie pozwoli mu iść dalej. Ostrożnie położył się. Jego biodra i część tułowia leżały w miejscu, gdzie uznał, że kończy się bezpieczny grunt, a ręce wysunął daleko przed siebie starając się sięgnąć krasnoluda. Dogan był w stanie złapać Serafina, ale obawiał się iż pociągnie go za sobą. Młodzieniec bez słowa spojrzał na Hanasa, ale on już był przy jego nogach mocno je trzymając. Dogan nadal miał wątpliwości, ale czuł, że coraz bardziej się zapada. Serafin mocno chwycił rękę przyjaciela i pociągnął go w górę, w tym czasie Hanas wspomagany przez Dantego wyciągali obu trzymając młodzieńca za nogi. Po chwili krasnolud był już na twardym gruncie. Falard przyglądał się wszystkiemu uważnie. Nic nie powiedział, ale dał wszystkich chwilę odpocząć, a także napoić konie prowadzone przez każdego z wędrowców za sobą. Zwierzętom nie służyła ta przeprawa, były przestraszone, a członkowie Bractwa zmuszali je do ostrożnego chodu. Każdy niekontrolowany krok konia, mógł sprawić, że razem z właścicielem znalazłby się w bagnie. Kiedy wszyscy napoili zwierzęta i przygotowali się do dalszej drogi, ruszyli ponownie. Dalszy odcinek przebyli bezpiecznie, bez żadnych przygód. Noc zastała ich wciąż przeprawiających się przez wąskie przejście. Nie było sensu zatrzymywać się na dłuższy odpoczynek. Dopiero następnego dnia dotarli do miejsca, gdzie kończyły się bagna. Falard twierdził, że ich dalsza trasa przebiega już po dużych połaciach twardego terenu. Jednak zanim ruszyli dalej zrobili sobie kilkugodzinny odpoczynek, by każdy się chociaż zdrzemnął. Nadchodził zmrok, kiedy stanęli u bram portu. Mury były niewysokie, ale mocne, wejścia strzegło czterech rycerzy. Dwóch z murów i dwóch ze strażnic na dole. Gdy wędrowcy podeszli, usłyszeli pytanie o hasło, które Falard natychmiast wypowiedział. Strażnicy szybko ich wpuścili, bez dalszych formalności. Jeden nawet przywitał się na wejściu serdecznie z elfem. Zamienili kilka słów poczym Falard poprowadził członków Bractwa w głąb mikro-miasta. Słowo „miasto” nie nadawało się właściwie do określenia portu. Znajdowało się tam kilkadziesiąt domów i kilka sklepów. Mieszkali tam jednak tylko rycerze pilnujący portu i żeglarze pływający między nabrzeżem a wyspami. Żywność dla nich trafiała do magazynów, ale wszelkie inne dobra dawano do sklepów prowadzonych przez nudzących się mieszkańców, by każdy zakupywał co było mu potrzebne.
Wędrowcy zatrzymali się przed masywnym budynkiem, przed którym stało dwóch strażników. Jeden z nich wbiegł do środka jak tylko spojrzał w oczy Falarda. Konstrukcja budynku, oraz obecność wielu rycerzy wysokich rangą zdradzała przeznaczenie budowli. Kwatera główna nie była wyższa od pozostałych budynków, była tylko solidniej zbudowana. Po chwili strażnik powrócił i razem z towarzyszem otworzyli drzwi członkom Bractwa. Do głównej sali prowadził tylko krótki korytarz. Kolejnych strażników zobaczyli dopiero przy drzwiach do sali. Główne pomieszczenie okazało się nie być wcale okazałe. Nie było większe od zwykłego pokoju w wygodnym domu. Wyposażenie także nie imponowało. Stały tam zaledwie dwa regały z mapami i książkami, kilka krzeseł oraz biurko. Na środku stał mężczyzna zbliżający się już do starości. Wśród jego ciemnych włosów było widać liczne siwe kosmyki, a twarz, zwrócona początkowo bokiem do przybyłych, poprzecinana była zmarszczkami. Ubiór jego nie zdradzał przynależności do rycerstwa, tylko miecz przy pasie z charakterystyczną rękojeścią przypominał kim jest. Mężczyzna zamienił dwa zdania z niższym oficerem, poczym zwrócił się do Falarda:
- Miło cię znowu zobaczyć szlachetny Falardzie. – powiedział podając elfowi dłoń na przywitanie. - Mnie także miło cię spotkać kapitanie. – elfickim zwyczajem pokłonił się. - Dziwi mnie jednak, że w ogóle mnie odwiedzasz. Masz wolny przejazd. Nie musisz mieć mojej zgody. - Uznałem, że powinienem ci przedstawić towarzyszących mi członków Bractwa. Mężczyzna spojrzał po wędrowcach, jakby dopiero teraz zauważył, że elf nie jest sam. Każdego po kolei zmierzył wzrokiem, poczym sięgnął po świstek papieru, zapisał coś, odcisnął pieczęć i podał Falardowi. - Właściwie i tak nie musisz mi przedstawiać swoich towarzyszy. Port jest dla Bractwa i może z niego korzystać każdy, kto uzyska pozwolenie Mistrza. Mimo to miło, że zawitałeś do mnie. - Zapamiętaj sobie ich twarze kapitanie. Możliwe, że będziemy teraz częściej korzystać z portu, a każde z nich może się niedługo pojawić tutaj beze mnie. - Zapamiętam. Szanownego pana Anastiela już miałem okazje poznać. – kapitan skinął głową na powitanie magowi. – Ale czyżby coś się działo? Niepokoją mnie twoje słowa. - Jeszcze nic się nie stało. Nie masz powodów do niepokoju, nawet jeśli coś się dzieje, nie dotyczy ciebie. - Jeśli dotyczy Thalbondheimu albo Sewalii to dotyczy także mnie. Jednak nie czas na taką rozmowę. Pewnie jesteście zmęczeni. Odpocznijcie więc, a za kilka godzin statek będzie gotowy do rejsu.
Cała grupa została zaprowadzona do niewielkiego budynku w pobliżu Kwatery. Mieściło się tam kilkanaście pokoi dla podróżnych. W porcie znajdowały się jeszcze dwa takie budynku, razem mogące pomieścić około trzystu osób. Pokoje były w większości trzyosobowe. Serafin ulokował się w jednym wraz z Hanasem i Doganem, pozostałe dwa zajął Falard z Anastielem i Dantem oraz kobiety. Nie było żadnych luksusów, zaledwie łóżka i szafki, jednak po dniach spędzonych na Dzikich Równinach suche pomieszczenie traktowane było jak wygoda najwyższych standardów. Wszyscy porządnie wypoczęli w ciągu ośmiu godzin przygotowań do rejsu. Nawet Falard zapadł w długi, mocny, a co najważniejsze spokojny sen.
Właśnie zachodziło słońce, kiedy członkowie Bractwa zobaczyli przygotowany dla nich statek. Żaglowiec był średnich rozmiarów, ale przystosowany właśnie do przewozu podróżników. Posiadał specjalne pomieszczenie stajenne przeznaczone do przewozu wierzchowców, ładownie na różne specjalne towary, a przede wszystkim wygodne koje, żeby i tak strudzeni wędrowcy nie męczyli się dodatkowo na statku. Przed wejściem na pokład przywitał ich kapitan Issalach. Mężczyzna był w średnim wieku, z bardzo miłym wyrazem twarzy. Jego pradziadem był Nomada, co niezmiernie zainteresowało Hanasa. Wymieniwszy wszelkie uprzejmości, rozlokował podróżnych na statku, zapewniając im oraz ich koniom niezbędne wygody. Zapowiedział przy tym, by w razie wszelkich problemów czy próśb zgłaszać się do niego. Podróż statkiem miała trwać nie więcej niż kilka godzin. Większość trasy między nabrzeżami zatoki Krzyku wiedzie po wyspach i łączących je mostach. Woda w zatoce jest zbyt burzliwa by ryzykować niepotrzebnie rejs w poprzek. Hanas wypoczęty wdał się w długą rozmowę z kapitanem na temat jego przodków. Dogan stanowczo odmówił wejścia na pokład, wolał spędzić rejs bez widoku falującej wody. Dante natomiast znalazł rozrywkę w zabawianiu żeglarzy sztuczkami. Falard gdzieś zniknął, prawdopodobnie zaszył się w kajucie kapitana znowu coś studiując. Elisa, Alania i Anastiel podziwiali natomiast piękne wody zatoki. Serafin postanowił do nich dołączyć.
- Czyż to nie jest piękne? – westchnęła zauroczona elfka. - Słyszałam, że w zatoce nieustannie panują burze i sztormy, więc nie sposób po nich pływać. Tutaj natomiast cisza i spokój. - Nie daj się zwieść Eliso. – poważnie odpowiedział Anastiel. – Przebywałem tę drogę dwukrotnie i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby były tak małe fale. Mamy szczęście. Normalnie wody są tak wzburzone, że ten krótki rejs na najbliższa wyspę jest dla żeglarzy sprawdzianem ich umiejętności. - Często ktoś się tędy przeprawia? – zainteresował się Serafin. - Właściwie nie. Prawo korzystania z tego portu ma Bractwo oraz rycerze Thalbondheimu i Sewalii z odpowiednimi uprawnieniami od władców. Przy czym rycerze pojawiają się tutaj…