Zbrodnia · 13 min czytania
Sennik (fragment II)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudziłam się nagle wystraszona z jakiegoś powodu i z przerażeniem rozejrzałam się po pokoju szukając źródła niepokoju. Momentalnie poczułam ten znajomy zapach palonego drewna i dusznego powietrza. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam... dym. Wybiegłam na korytarz i zobaczyłam przez otwarte drzwi w dalszej części korytarza, że tylko część domu płonie. Wrzasnęłam i skierowałam się do pokoju rodziców – nie było ich tam. Ani małej siostry w kojcu. Szybko nawiedziła mnie straszna myśl: zapomnieli o mnie. Sami uciekli, a mnie zostawili. Nie mogli mnie zostawić. Oni mnie kochają. Nie mieli możliwości uratowania mnie, coś się stało i nie mogli po mnie wrócić! Tak, to musiało tak być... Cholera, dziewczyno, ratuj się! - wrzasnęłam sama do siebie w duchu. Jak strzała pobiegłam ku parterowi. Ale tu mnie coś zaskoczyło: przed nosem przeleciała mi paląca się deska z góry, która potem ciężko potoczyła się ze schodów i upadła wśród i tak już płonących mebli w wielkim salonie. Spojrzałam wystraszona na to wszystko i stwierdziłam, że w życiu przez to nie przejdę, nie uda mi się! Więc co mam robić?... Ostudził mnie kolejny kawałek płonącego kawałka sufitu i pognałam na górę. Ustałam spanikowana na środku korytarza i pomyślałam: co dalej? Co mam robić? Wyskoczyć z okna? Wparowałam znów do pokoju rodziców, który był najbliżej i wyjrzałam z okna – niestety, było za wysoko. Nawet drzewo za daleko stało, nie dałoby się do niego doskoczyć, zwłaszcza jak się miało jedenaście lat... Lecz... to lepsze niż spalenie się żywcem... przynajmniej warto spróbować. A nóż uda mi się przeżyć? Szybko zdecydowałam co muszę robić. Otworzyłam okno i powoli, bardzo powoli przełożyłam nogę. Poczułam bardzo nieprzyjemny chłód jesiennej nocy... Usiadłam na parapecie, gdy nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła!... Zamarłam i nadsłuchiwałam... ale stwierdziłam, że to ktoś musiał wołać z zewnątrz. Może zauważyli, że mnie nie ma. Jednak zdecydowanym ruchem przełożyłam także i drugą nogę. Ponownie spojrzałam w dół... Oto chwila prawdy. I... - Janet... Tym razem wyraźnie usłyszałam wołanie z dołu. Ucieszyłam się, kamień spadł mi z serca, bowiem rozpoznałam męski głos. Pierwsza myśl, jaka do mnie przyszła to to, że tata po mnie wrócił, potem dopiero dotarło do mnie, że być może będę uratowana i nie będę musiała skakać. Czym prędzej wróciłam do pokoju i wybiegłam na korytarz. Rozejrzałam się, ale... nikogo nie było. Na chwilkę wszystko zamarło, usłyszałam jedynie wielkie puknięcie mojego serca, bowiem dom palił się coraz bardziej... Znów coś usłyszałam... Niezbyt wyraźnie, ale to był męsko głos. Skierowałam się powoli na schody i zobaczyłam jakiegoś strażaka w odblaskowym stroju chodzącym po parterze. Poczułam lekki zawód ponieważ miałam cichą nadzieję, że to mój tata... Mimo to od razu zaczęłam wrzeszczeć, żeby zwrócił na mnie uwagę. I faktycznie – zaraz spojrzał się na mnie i zaczął iść w moim kierunku. Ja czym prędzej zbiegłam ze schodów i wręcz rzuciłam się facetowi w ramiona. On szybko wziął mnie na ręce i wyniósł z domu. Gdy poczułam chłodny powiew, uznałam że jestem już bezpieczna. Patrzyłam na oddalające się stopniowo podpalone drzwi domu, zaś po chwili ujrzałam również i cały dom. Moje kochane miejsce, które teraz płonęło. Poczułam się tak nieszczęśliwa jak nigdy dotąd. Zaraz usłyszałam jakieś głosy różnych ludzi i po chwili ktoś mnie zabrał z ramion strażaka i posadził na schodkach w otwartych drzwiach karetki. Od razu ktoś mnie nakrył kocem i zaczęli rozmawiać: - Matko, jak ona wygląda.. - Ile w ogóle ona ma lat?... - Może z dwanaście... - Gdzie mama? - pisnęłam. - Mama jest ciężko ranna, musiała pojechać do szpitala – powiedział ktoś. Jakiś facet podszedł do mnie i ręką sprawdził czy mam gorączkę. Odruchowo odchyliłam głowę i zawołałam: - A tata? - Tata pojechał z mamą, kochanie... - odparła jakaś kobieta - Janet, muszę cie zbadać – rzekł facet i znów położył mi rękę na czole. Nie protestowałam. - A co sie stało z siostrą? -spytałam. - Boże, o czym ona mówi... - Majaczy... Doktorze, czy ma gorączkę? - Odsuńcie się, dajcie jej powietrza... - GDZIE MOJA SIOSTRA!!! - krzyknęłam. - Nic nam nie wiadomo o drugim dziecku... - Skoro jej nie ma to rodzice ją ze sobą wzięli... - Nie martw się kochanie, wszystko będzie dobrze... - Czy jej rodzice ubezpieczyli dom? - A ktoś widział że pojechali do szpitala? Nie mogłam wytrzymać. Rozpłakałam się, zarówno słysząc rozmowę dorosłych jak i przez to, że nie było przy mnie moich rodziców. Matko, a jeśli oni po mnie już nie wrócą? A jeśli mnie już nie chcą? A jeśli już mnie nie kochają i chcieli, bym została w tym domu? No to się zdziwią – pomyślałam nagle i poczułam gniew. Największy w moim życiu. - MAMO! - wydarłam się i w tym momencie otworzyłam oczy. Od razu spojrzałam na swoje ręce i z ulgą stwierdziłam, że byłam znów siedemnastoletnią dziewczyną. Znajdowałam się znów w moim pokoju, przestraszona, ponieważ znów poczułam dziwny zapach. Zdziwiona rozejrzałam się, aż mój wzrok padł na okno. Na dworze zobaczyłam wielką smugę dymu. Nie zrozumiałam o co chodzi, lecz czym prędzej wstałam i wybiegłam z łóżka. Na korytarzu ujrzałam to, co spodziewałam się zobaczyć. Ogień. I, o dziwno, zaczęłam myśleć nie o tym jak się wydostać, tylko o tym, co mi się przed chwilą śniło. Sny zazwyczaj sie są takie same jak wspomnienia... A teraz sobie uświadomiłam, ze tak właśnie było... Mimo ze już zapomniałam jak to było, ale teraz już wiem, jak było naprawdę. Ale ... co w tym było takiego dziwnego? Nic, czego nie wiedziałam... Coś Christine musiała pomieszać... Usłyszałam trzask. Odwróciłam się w stronę salonu i zobaczyłam spadającą deskę z sufitu., po chwili toczącą sie już po schodach w dół. Co sie dzieje? - pomyślałam. Poczułam sie słabo od tego dymu... Mimo że wcześniej czegoś takiego nie było.... Tym razem pobiegłam do mojego pokoju. Czym prędzej otworzyłam okno i wystawiłam przez nie głowę, by móc nabrać świeżego powietrza. I na podwórku zobaczyłam.,.. tatę. Był sam i zaglądał do studni. Dlaczego – nie mam pojęcia i nie interesowało mnie to. Od razu krzyknęłam do niego: - TATO! TATO, POMÓŻ MI! Tata, jakby trochę zaskoczony spojrzał na mnie i... uciekł. Nic nie powiedział, nic nie zrobił.…