fantastyka · 31 min czytania
Sens
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
SENS
Widok za oknem był radosny, niczym żałobny kir moknący w listopadowej szarudze. Po obfitych opadach śniegu przyszło nagłe ocieplenie. Biały puch błyskawicznie znikał odsłaniając paskudną rzeczywistość podwórka-studni. Nadszedł czas, w którym zima jeszcze uparcie mocowała się z wiosną, choć wiadome już było, że stała na przegranej pozycji. Od murów odbijał się przeraźliwy hałas. Śmieciarze przesypywali zawartość pojemników z niemal złośliwym rozmachem. Piotr ich rozumiał, gdyby musiał wykonywać tak wredną robotę, też chciałby to jakoś odreagować. Stał w oknie od dłuższego czasu. Spoglądał na ścianę przeciwległego skrzydła kamienicy. Znał każdy jej szczegół i detal. Była jak z dawna znajome oblicze. Oblicze starca. Pęknięcia sypiącego się ze ścian tynku wyglądały niczym zmarszczki, a zacieki pod oknami przypominały sińce pod zmęczonymi oczami. Staruszek płakał spływającymi z pordzewiałych parapetów pozostałościami śniegu. W jednym z okien, jak co dzień, tkwiła głowa rzeczywistego, żywego seniora. Piotr znał go od zawsze, od dzieciństwa. W tamtych czasach sąsiad z naprzeciwka był sympatycznym, pełnym życia jegomościem, dżentelmenem starej daty. Był… Wszystko zmieniło się w jednym momencie. Staruszek został sam i codziennie sterczał w oknie obserwując bramę, w nadziei na powrót tej, bez której jego dalsze życie zapodziało sens. Dzień po dniu, w bezruchu godnym kararyjskich posągów… Piotr również czuł się wdowcem, choć nie istniał nagrobek, nad którym mógłby wylewać łzy; więcej, nie zdziwiłby się, gdyby obiekt wspomnień nagle pojawił się w bramie. Żywy i w kwitnącej formie, w dodatku najpewniej w towarzystwie tragarzy z firmy przeprowadzkowej. Zasunął firanki wściekłym szarpnięciem. Kurz zakręcił mu w nosie. Kichnął z irytacją. Spojrzał na zasłonki równie krytycznie, co bez zainteresowania. Pomyśleć, że kiedyś były białe. Kłęby tytoniowego nadały im niezdrowej, herbacianej tonacji. Klapnął na wysłużone siedzisko kanapy; sprężyny jęknęły z irytacją. Z niesmakiem rozejrzał się po wielkim pokoju. Za wielkim, za wysokim i przeraźliwie zimnym; jak to w starym budownictwie. Inną sprawą było, że Piotr nie był do końca przekonany, że panujący tu ziąb był spowodowany tylko ogromną kubaturą… Nie spodziewał się, że brak jednej osoby spowoduje, aż taką różnicę. O dziwo, nieraz marzył o tym, by ta nieobecność stała się faktem. Jeszcze raz okazało się, że pragnienia najlepiej prezentują się podczas bezsennych nocy. Rozejrzał się w poszukiwania pilota do telewizora. Zauważył go, skrzywił się; jak zwykle był o cal poza zasięgiem. Poruszył się niechętnie w jego kierunku. Kanapa wydała kolejny protestacyjny dźwięk. Cholerny rupieć. Złośliwe bydlę. Zupełnie nie trzeszczała, gdy ujrzał blade pośladki Barbary, poruszające się miarowo w górę i w dół. Nawet nie był specjalnie ciekawy nad kim się unosiły. Sam, niezbyt estetyczny zresztą widok, nie zabolał go tak bardzo, jak odgłosy wydobywające się z ust żony. Nie przypominał sobie takich efektów dźwiękowych podczas ich wspólnych zbliżeń. Uciekł… Tłumaczył sobie potem, że był to szok. Gówno prawda. Poczuł… ulgę. Wreszcie sytuacja się wyjaśniła. W końcu mógł się poczuć tym pokrzywdzonym i zdradzonym, godnym współczucia. Żałosne? Może i tak, ale prawdą było, że odczuł niemal zadowolenie. Nareszcie z czystym sumieniem mógł podjąć decyzję. Krótko się cieszył. To ona ją podjęła... Wyprowadziła się jeszcze tego samego dnia. Gdy nazajutrz próbował odciągnąć alkoholowe skoble blokujące powieki, wiedział, że jego życie straciło żałosne resztki sensu. A propos alkoholu… Rozejrzał się dokoła. Bez większej nadziei. Właściwie w ogóle bez takowej. Wszędzie walały się jedynie puste opakowania po pocieszycielce. Może w kuchni? Człowiek łudzi się przez całe życie. Zaskoczyła go energia, z jaką ruszył w rzeczonym kierunku. Hiroszima po wybuchu wcale nie wyglądała gorzej od kuchennego pomieszczenia. Piotr przez chwilę obserwował to pobojowisko. Nie, żeby bardzo się przejął zwałami brudnych naczyń i zaskorupiałymi garami. Po prostu próbował odgadnąć, gdzie mógł zakamuflować strategiczne rezerwy. Nie mógł się pozbyć nawyku, który w zaistniałej sytuacji nie miał żadnego sensu. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Zwłaszcza po pijaku. Już wiedział. Wdrapał się na taboret, zdjął kratkę wywietrznika. Była. Niewiele zostało, ale wszyscy filozofowie nakłaniali, by cieszyć się drobiazgami. Zlazł niezdarnie i czym prędzej przechylił butelkę. Skrzywił się boleśnie. Takie niedobre, a tatuś musi… Z drugiej strony patrząc, Bóg wiedział co robi. Strach pomyśleć, co by było, gdyby gorzała miała smak ambrozji. Dobrze przynajmniej, że najwyraźniej Stworzyciel zorientował się, iż wszystko spieprzył i na koniec dał swym tworom coś na pocieszenie. Oblizał się z żalem. Mało. Ciągle mało. Czyżby już przekroczył Rubikon? Przetarł twarz dłonią. Wziął do ręki małe lusterko, przed którym małżonka potrafiła godzinami toczyć walkę z bezlitosną rzeczywistością. Mimo potęgi chemii przegrywała. Z trudem przychodziło jej przyjąć do wiadomości, że czas jest hegemonem absolutnym. Popatrzył w zwierciadło. Nie był to przyjemny widok. Ziemista cera, przekrwione oczy i wory pod nimi. Wywalił do odbicia język. Wyglądało jak trupia czaszka. Historia literatury zna takiego, który gadał z nagim czerepem. Być, albo nie być. Gdyby Laertes mniej kochał siostrę, pewnie dożywający starości Duńczyk mógłby dokończyć swe pompatyczne rozważania: a jeśli być, to do cholery, po co? Poczuł nagły głód. Zawsze tak miał po pierwszym strzale. Rozejrzał się po zestawie pustych słoików zajmujących większość przestrzeni na blatach i szafkach kuchennych. Nie był typem mężczyzny potrafiącego jedynie przypalić wodę na herbatę. Wręcz przeciwnie. Był całkiem biegły w zakresie tradycyjnej kuchni, jak i otwarty na eksperymenty. Tyle tylko, że nie widział sensu w popisywaniu się swymi umiejętnościami przed odbiciem w lusterku. Przejechał palcem po etykietach na słoikach. Klopsiki, fasolka po bretońsku, flaki. Dotarł do bochenka chleba. Stuknął nim o blat. Tylko raz. Przestraszył się, że może odłupać kawałek laminatu. Ten wypiek nadawał się już tylko dla kaczek zasiedlających pobliski staw. I to pod warunkiem, że najpierw potraktuje go młotkiem. Przy okazji zje coś na mieście. Taaak… Każdy pretekst był dobry, by usprawiedliwić wizytę w monopolu. Rubikon okazał się być wątłym strumyczkiem, albo też miał liczne brody. Znajdowały się na rogu prawie każdej ulicy. Wrócił do pokoju. Gdzieś w tym przybytku Augiasza powinien znajdować się portfel. Rozgarnął leżące na stole faktury; pewnie trzeba by je zapłacić… Ich treść niezmiennie utwierdzało go w przekonaniu, że jego klasyczne wykształcenie nie ma żadnego zastosowania we współczesnym świecie. Czytał te zawiłe teksty z maksymalną koncentracją i nadal nie wiedział, za co ma płacić i dlaczego tak dużo. Widzicie to i nie grzmicie? Poczet pradziadów spoglądał na niego bez wzruszenia. To żona obwiesiła pół ściany miniaturami przodków. Jego przodków. Sama nie miała się czym pochwalić na tym polu. Zachichotał w bezproduktywnej złośliwości. Ten wątpliwego uroku wystrój miał dodać pokojowi charakteru. Dodał. Czasami Piotr czuł się tu jak w rodzinnym mauzoleum. Popatrzył z niechęcią na galerię antenatów. Odpowiedzieli mu hardym spojrzeniem. W obliczu tych mundurowych, wąsatych i groźnych facjat, poczuł się beznadziejnie żałosnym indywiduum. Wzdrygnął się na widok ponurych matron w sztywnych sukniach, spoglądających z potępieniem na zepsucie swego sukcesora. Pomiędzy umarlakami wisiała kolekcja ikon Barbary, a także spory, pięknie wycyzelowany, drewniany krucyfiks. Był stary, drewno sczerniało, miejscami nawet rozgościły się w nim korniki; mimo to był piękny. Piotr zbliżył się do rzeźby. „A ciebie jak zwykle nie ma, gdy jesteś potrzebny” – pomyślał. Bluźnierstwo? Niby dlaczego? Przecież wierzył, a przynajmniej starał się wierzyć, że wierzy. Tak rzadko o coś prosił… Zbawiciel pozostał nieruchomy, z głową niezmiennie zwieszoną w bezgranicznym cierpieniu. Przesunął palcem po krawędzi krzyża. Kłaczki kurzu opadły powoli na podłogę. Syf. Wszędzie. Czasami przychodziło mu na myśl, żeby trochę ogarnąć narastający nieład. Szybko się zniechęcał; przecież to bez sensu, zaraz trzeba będzie zaczynać od nowa. W końcu odwrócił wzrok od naściennego „ołtarzyka”. - Jestem Piotr. Polak, katolik, alkoholik – mruknął pod nosem, parafrazując poetę. Gdyby jeszcze umiał układać, tak jak on, sensowne strofy… Portfel oczywiście leżał na środku stołu. Zastanawiał się, czy kryjąca się wewnątrz karta bankomatowa nadal będzie dawała mu szansę na poprawę nastroju. Dawno nie sprawdzał stanu konta.
Debet sprostał pokładanym w nim oczekiwaniom. Piotr popijał piwo stojąc nad brzegiem stawu i obserwował krzątające się wokół rozsypanego chleba krzyżówki. Był niemal szczęśliwy. Wiatr rozwiewał mu włosy, a znieczulone synapsy pozwalały na nabranie błogosławionego dystansu do rzeczywistości. W osiągnięciu całkowitej nirwany przeszkadzało mu tylko narzucające się wokalnie towarzystwo, ratujące budżet państwa intensywną konsumpcją środków rozweselających. Trudno. Rozumiał ich, sam robił to samo. Tyle, że po cichu. Odwilż zaczęła rozkuwać lodową powłokę na stawie. Środek akwenu był jeszcze pokryty zimową zmarzliną, ale przy brzegu uwolniona woda omywała już leniwie cembrowanie. Pobudzone jej ruchem, uderzały o kamienie nagromadzone przez miesiące pozostałości po plenerowych libacjach. Staw był jak życie Piotra. Krok butelka, krok butelka… Zapalił kolejnego papierosa. Mariaż chmielu z nikotyną był bezdyskusyjny. Cip, cip, cip… Właściwie, jak się woła na kaczki? Kątem oka zauważył, że od grona „ratowników” odłączył się jeden z jego członków. Piotr był niemal pewny o co chodzi. Ostatecznie trochę znał życie. - Kierowniku, mógłbyś poczęstować papierosem? Zapytany wyciągnął paczkę; nie omieszkał jednak dodać kilku słów komentarza. - Palenie szkodzi… - Mówiłeś coś? – Facet wyglądał na szczerze zdziwionego. - Człowieku daj spokój, sponsoruję trzeciego klienta w ciągu pół godziny. Brudne paluchy interesanta zastygły w pół ruchu. - A co frajerze, zbiedniejesz? Piotr cofnął rękę, nie spodziewał się tak agresywnej reakcji; wydawało mu się, że jego uwaga była dość neutralna. - Spokojnie, po co te nerwy? - Kajtek! Weź dla wszystkich! Długo jeszcze będziesz dyskutował z tym leszczem!? – dobiegło ze strony pozostałych biesiadników. Oznaczało to, że sytuacja uległa dodatkowemu zaognieniu. - Słyszałeś jeleniu? – Faktycznie, poganiany przez kolegów mężczyzna nie mógł nikomu za-imponować gabarytami. – Wyskakuj z fajek. Nieoczekiwanie w Piotrze zaiskrzyły resztki godności. - Spierdalaj kurduplu! Myślisz, że koś daje mi papierosy w prezencie? Nie spodziewał się, że równie mizerny osobnik okaże się tak szybki i silny. Cios wymierzony idealnie w punkt powalił go na kolana, bez żadnej możliwości reakcji. Zanim, oszołomiony, zdołał zorientować się w sytuacji otrzymał kolejne dwa uderzenia. W głowie rozbłysło mu kilka supernowych, poczuł ostry, żelazisty smak krwi w ustach i bezwładnie osunął się na ziemię. Kopnięcia w brzuch złagodziło grube ubranie, ale odruchowo zwinął się w kłębek niczym szturchnięta patykiem gąsienica. Jak przez mgłę, tuż przed oczami, zobaczył ciężko obute stopy napastnika. Bezwiednie zasłonił ramionami twarz… Usłyszał rozkazujący głos lidera grupy. - Kajtek, oszczędź! Dawaj te kopciuchy, jarać się chce! Piotr poczuł na sobie ręce napastnika. Szybko namierzyły to czego szukały, po czym się cofnęły. Leżący mężczyzna odważył się uchylić powieki. Kajtek stał z jego papierosami w ręku i szyderczo szczerzył zęby. Widząc spojrzenie swej ofiary zamarkował kolejne kopnięcie i zarechotał widząc odruchową reakcję Piotra, ponownie osłaniającego głowę. Cios nie padł. Za to dało się słyszeć charakterystyczny odgłos, który nie mógł być niczym innym, jak splunięciem. W końcu pobity usłyszał oddalające się kroki. Kajtek wracał do swoich. Otrzymane razy nie bolały tak bardzo, jak obelżywe komentarze padające z ust rozbawionego towarzystwa. Przez chwilę Piotr odczuwał nieodpartą potrzebę wpełznięcia pod najbliższy kamień, właściwe miejsce dla podobnych mu robaków. Poczuł brutalne szturchnięcie w okolicy nerek. Natychmiast z powrotem zwinął się w kłębek. Znowu się zaczyna. - Długo jeszcze będziesz tak leżał? – usłyszał beznamiętne pytanie. Zaskoczony zerwał się z ziemi jak oparzony, a raczej spróbował to zrobić. Poślizgnął się na grudzie topniejącego śniegu i rozciągnął z powrotem. - Nie rób przestawienia młodzieńcze. – Głoś niewątpliwie należał do starszego człowieka, ale siły uchwytu z jaką jego właściciel targnął do pionu leżącego, mógłby pozazdrościć niejeden zapaśnik. - Zachowujesz się jak dzieciak. – Staruszek otrzepywał go energicznie. – No dobrze. Wiem jak to jest. Nieraz, kiedy wywróciłem się na lodzie, zamiast spokojnie wstać, zrywałem się na równe nogi, by natychmiast wyrżnąć z powrotem. Zamiast dbać o równowagę rozglądałem się dookoła. Wstydziłem się, że ktoś widział moje akrobacje. Bez sensu. Piotr dopiero teraz zorientował się, kto mu pomaga. Zaskoczony rozpoznał swego sąsiada z naprzeciwka. Dziwne. Myślał, że dziadyga w ogóle nie opuszcza mieszkania. - Tak jestem stary, nawet nie wyobrażasz sobie jak stary, ale nie zgadzam się z twoim określeniem. – Mężczyzna uśmiechał się wymachując nonszalancko laseczką. „Co jest, kurwa” – pomyślał Piotr. Nic innego tylko ta gorzała… - Nic mi nie jest – wychrypiał ocierając krew z nosa. - Nic ci nie będzie, ale teraz nie wszystko jest w porządku, prawda? – senior podał mu chusteczkę. – Chodź odejdziemy stąd, nie chcę żebyś znowu dostał baty. - A pan? - Ja? A po co mieliby bić biednego emeryta? – Przez chwilę Piotr odniósł ważenie, że jego towarzysz wypowiedział te słowa z niekłamanym żalem. Odeszli na bok. Starzec poprowadził go w kierunku małego placu budowy; naprawiano tu parkan otaczający park. Przysiedli na suchym fragmencie ławki. Wokół walały się sterty prętów ogrodzeniowych. Sąsiad wyciągnął z ozdobnej papierośnicy długą, czarną, cygaretkę. Zapalił z wyraźną satysfakcją. Piotr nigdy nie widział, żeby palił. Nie komentował. Czekał. - Co ty wyprawiasz? – nestor wypuścił z lubością dym. - Jak to, co? - Siedzisz w domu i chlasz. Jeśli wyjdziesz, to tylko po to, żeby chlać dalej. Widzisz w tym sens? Piotr spojrzał na mężczyznę ze złością. - Pan też siedzi całymi dniami w oknie. Oczekuje pan na to, co zdarzyć się nie może. I gdzie z kolei tu tkwi jakiś „sens”? - Mówisz o mojej żonie? – Sąsiad wydawał się być szczerze zdziwiony. – Naprawdę myślisz, że oczekuję jej cudownego powrotu? Daj spokój, od dawno miałem jej serdecznie dość. - Jak to? Przeżyliście razem tyle lat… - No właśnie. Kochałem ją, ale miłość to taki frywolny motylek. Jest piękna i krótko żyje. Pozostaje tylko przyzwyczajenie, można powiedzieć: zasiedzenie. – Mężczyzna dłubał laseczką w rozmokłej ziemi. W końcu podniósł wzrok. Twarz miał surową, ponurą, może nawet groźną. – Nic o nas nie wiesz. To był kawał dziwki, gubiła majtki na widok każdego, co bardziej dorodnego samca. Zresztą, jak się pewnie domyślasz, nie pozostawałem jej dłużny. Piotr osłupiał słysząc takie słowa z ust dystyngowanego jegomościa. - Co pan opowiada? Zawsze wydawaliście się wspaniała parą.