Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 59 min czytania

Sens Życia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SENS ŻYCIA

1.

To była bardzo ciemna, bardzo deszczowa i bardzo długa listopadowa noc. Na czarnym jak atrament niebie nie widać było żadnej gwiazdy, ani nawet kawałka jasnego księżyca. Wszystko zasłaniały chmury i krople deszczu, które spadając na drzewa i parapety domów krakowskich wywoływały przyjemne uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Zdawało się, że nad miastem unosi się czarodziejka, która czyni dzisiejszą noc niezwykłą przez samą specyfikę połączenia sił natury. Było jednak coś, co w ogólnym mroku, przykułoby czyjąś uwagę. W jednym z domów leżących na skraju pokrytej w ciemności drogi, paliło się na pierwszym piętrze słabe światło. *** Adam siedział przy niewielkim, zawalonym książkami i oświetlonym przez małą lampkę biurku. Nie wiedział, która jest godzina. Był zbyt zajęty robieniem zadania z fizyki, z którym nie mógł sobie poradzić. Podparłszy dłonią twarz wykreślił kolejne linijki z zeszytu, zauważając kolejny błąd w obliczeniach. Miał dość tego całego ciągu cyfr, znaków i dziwnych symboli. Odrzucił na bok długopis i schował na chwilę twarz w dłoniach, by pomyśleć nad tym, co będzie rano, jeśli nie przestanie się mylić. Czekało go zaliczenie, ostatni termin poprawy sprawdzianu, z którego wszyscy jego koledzy i koleżanki dostali pozytywne oceny. Był przez to postrzegany, jako ktoś mało inteligentny lub wręcz opóźniony, ale on wcale taki nie był. Po prostu nie przepadał za tym przedmiotem, chociaż powinien. Uwielbiał za to biologię, szczególnie anatomię człowieka, podobnie jak jego ojciec. W przyszłości chciał pójść w jego ślady i zostać lekarzem. Adam potrząsnął głową, ale przygnębienie go nie opuściło. Nawiedziły go natomiast kolejne przykre myśli i obrazy, które zaczęły mu się przesuwać przed oczami. Leży na skraju boiska szkolnego, trzymając się kurczowo nosa, z którego obficie płynie krew. Słyszy szum zbliżających się osób. Wszyscy stoją wokół niego, ale nikt nie wyciąga ręki, by pomóc mu wstać. Nikt nie pyta, czy coś mu się stało. Nie robią tego, ponieważ wszyscy się z niego śmieją. Nikt nie widział, że właśnie ktoś podłożył mu nogę. Znowu potrząsnął głową, nie chciał sobie tego przypominać, pamiętał, że to był jeden z jego najgorszych dni w życiu. Pojawił się za to kolejny obraz. Idzie pustym, szkolnym korytarzem, podążając w stronę toalety. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie spotkał trzech osiłków w połowie drogi. Poznał ich od razu. Należeli do szkolnej paczki wyłudzaczy pieniędzy. Przewodził im najniższy, ale najlepiej zbudowany chłopak, którego nazywali Lobo. Adam słyszał, że pozostali dwaj, podobnie jak ich lider, nie grzeszą inteligencją. „Trudno się dziwić” – pomyślał – „przecież mądrość i siła praktycznie nigdy nie idą ze sobą w parze”. Podobno dwa razy nie zdali z klasy do klasy. Niemniej jednak wiedział, że będzie miał kłopoty. Zwłaszcza, że nie miał przy sobie pieniędzy. - Gdzie lecisz, frajerku ? – zaczepił go Lobo, blokując mu przejście potężnym ramieniem. - Niedobrze mi – odpowiedział szybko Adam, przywołując grymas na twarz i starając się na nich nie patrzeć. - Masz szmal? – zapytał butnie Lobo. - Nie mam, muszę do toalety. Proszę – rzekł cicho i niewyraźnie Adam. - Co ty chrzanisz? Nie masz? Adam ruszył się z miejsca i spróbował ich wyminąć, ale silne ręce przycisnęły go do ściany. Zbladł okropnie, kiedy zobaczył, że dwóch wyrostków trzyma go z obu stron, a Lobo staje przed nim i podnosi rękę. - Zła odpowiedź – rzekł Lobo i podszedł do Adama, który kuląc się, zemdlał ze strachu. Przytomność przywrócił mu dopiero metaliczny smak krwi w ustach i dalekie śmiechy wyrostków, odbijające się echem od ścian. Spod przyciśniętych do twarzy dłoni Adama wypłynęły dwie duże łzy. Te wspomnienia zawsze budziły w nim taką reakcję. Te i wiele innych. Ale to nie była przecież jego wina. Został osaczony przez resztę grupy tylko dlatego, że przyszedł dopiero w drugim miesiącu szkoły, bo przeprowadził się z Warszawy z powodu nowej pracy ojca. Sprawę pogarszał fakt, że nie miał dość odwagi, by przeciwstawić się prześladowcom. Za każdym razem, gdy próbował to zrobić, śmiałość do działania go opuszczała, a zostawała tylko pasywność strach, który konsekwentnie przeciw niemu wykorzystywali. W takich chwilach było mu bardzo ciężko, bo brak akceptacji grupy dla piętnastolatka jest wyjątkowo bolesnym ciosem. Cieszył się, że przynajmniej jego rodzice nie są surowi i nie krzyczą na niego, ani nie biją za słabsze oceny. Jego ojciec dostał nową, bardziej opłacalną pracę w tutejszym szpitalu na stanowisku chirurga ordynatora. Matka znalazła zajęcie w sklepie odzieżowym. Rodzice kupili dom, ale lwią część musieli wziąć na kredyt. Z tego powodu ostatnie dni były ciężkie pod względem finansowym, ale chłopak nie narzekał. Wierzył rodzicom, którzy uspokajali go, że wkrótce cała sytuacja ulegnie znacznej poprawie. Ojciec od zawsze stanowił dla niego wzór. Adam pamiętał, że kiedyś przyszedł ze szkoły z podbitym okiem. - Poradzisz sobie sam, czy mam ci pomóc? – zapytał go wtedy ojciec, gdy mu się przyglądnął. - Sam sobie poradzę – odrzekł twardo Adam, patrząc gdzieś w przestrzeń. Ojciec wtedy położył mu ręce na ramionach, zmuszając go w ten sposób do popatrzenia mu się w oczy. - Jestem ostatnią osobą, której powinieneś się wstydzić. Adam popatrzył wówczas prosto w jego czarne oczy i odpowiedział trzęsącymi się wargami: – Dziękuję tato, ale wiem, co robić. Wkrótce wszystko się zmieni. Po tych wymijających słowach uwolnił się od jego rąk i pobiegł na górę do swojego pokoju, gdzie miał swój kąt, w którym często siedział i przebywał w samotności. Wiedział, że może polegać na ojcu, przecież nie na darmo oferował mu swoją chęć pomocy. Te i podobne okoliczności tylko utwierdzały go w tym, że chce być taki jak on. Adam przetarł oczy wierzchem dłoni i wstał, by zerknąć na zegarek. Druga w nocy. Uśmiechnął się krzywo i złożył leżące na biurku zeszyty. Włożył je do leżącego obok plecaka i spróbował się rozciągnąć po długim siedzeniu na krześle. Jego niebieskie oczy padły na nierozłożone jeszcze łóżko, w którym często leżał do późna w nocy, bo nie mógł zasnąć. „Dziś będzie inaczej. Już jest późno” - pomyślał. Nigdy nie wiedział, czemu zawsze kładzie się do niego wcześnie, szczególnie gdy w ogóle mu się nie chce spać. Adam przesunął wzrok na jedną z półek. Dostrzegł na niej lekko zakurzony pamiętnik, który zapełnili jego prawdziwi koledzy z Warszawy. Wziął go do ręki, by przypomnieć sobie starą szkołę, ówczesne środowisko i otworzył na pierwszej stronie. Zobaczył swoje zdjęcie zrobione przed kilku laty, a pod nim swoje imię i nazwisko. Na samym dole widniało krótkie motto, które napisał, żeby jego koledzy wiedzieli, jakie wartości są dla niego ważne. „Żyj i dać żyć innym” – głosiło. Skinął do siebie lekko głową i przewrócił kartkę. Jego oczom ukazał się piękny rysunek róży o długiej łodydze i dużych, ostrych kolcach. Pod spodem było napisane „Róże, choć cudne, też mogą zranić”. Na drugiej stronie dostrzegł dopisek napisany tym samym charakterem pisma: To miłe uczucie, gdy dostaje się od kogoś pamiętnik do wpisu. Wie się wtedy, że jest się lubianym i że osoba dająca pamiętnik chce, żeby ktoś został w jej pamięci. Chciałabym, abyś miło mnie zapamiętał, kiedy nasze drogi się rozejdą, więc pozwól, że napiszę tu jeszcze swoje motto: Przestań się bać Krzycz, jeśli zechcesz Poczuj, że żyjesz Zrozum, że jesteś! Są to według mnie mądre słowa, dlatego też spodobały mi się od razu, gdy je usłyszałam. Mam nadzieję, że Tobie też przypadną do gustu. Całuję, Magda. Adam znowu skinął głową, już tym razem z lekkim uśmiechem i przesunął wzrok na róg zagiętej strony. Nie pamiętając, co tam było napisane, ostrożnie odgiął go z powrotem. Na małej przestrzeni widniał drobny napis: Bardzo Cię lubię. Madzia. Adam delikatnie zagiął ponownie róg. Pamiętał tę dziewczynę i jej nigdy niespełzający z twarzy szczery uśmiech. Była bardzo ładna i sprytna. Zawsze, gdy miał problem z czymkolwiek, mógł liczyć między innymi na nią. Lubił jej towarzystwo oraz to nietypowe podejście do życia. „Zawsze będę miło cię wspominał, Magda. Teraz i za dwadzieścia lat.” – przemknęło mu przez myśl. Wkrótce przeglądnął cały pamiętnik, śmiejąc się cicho w niektórych momentach z poszczególnych wpisów. Całkiem zapomniał o późnej porze i potrzebie snu, a gdy odkładał go z powrotem na miejsce z uśmiechem, zobaczył, że obok leży coś jeszcze. Łańcuszek z krzyżykiem. Wziął go do ręki i nagle zdał sobie sprawę, jak dawno przestał wierzyć w Boga. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek w niego naprawdę wierzył. Odkąd pamiętał, religia nigdy w jego życiu nie zajmowała ważnego miejsca, była zawsze spychana na dalszy plan. Udawał znakomicie wierzącego młodego człowieka, bo jego rodzice byli bardzo religijni i gdyby dowiedzieli się, że on jest niewierzący, mogłoby to pociągnąć za sobą nieprzyjemne dla niego skutki. „A co jeśli on istnieje?” – pomyślał – „Jeśli to prawda, to Bóg chyba jest skończonym draniem. Na religii tyle razy nam mówiono, że Bóg jest dobry i sprawiedliwy, że złych karze, a dobrych wynagradza. Ja nie jestem złym człowiekiem, a traktują mnie w szkole gorzej niż zwierzę. Każdego ranka budzę się z bólem w brzuchu, bo boję się tam iść. Czy to jest normalne? Czemu Bóg nie sprawi, że role się odwrócą, albo że chociaż przestaną mnie prześladować? Nie wiem ile wytrzymam, żyjąc w taki sposób. Obawiam się, że niedługo. Jaką mam pewność, że jeśli ojciec mi pomoże, to oni przestaną? A jeśli będzie jeszcze gorzej? Nie chcę ryzykować… a Bóg na to nie reaguje. Bóg widzi, ale nic nie robi. Co to w takim razie za Bóg!?” – z każdym zdaniem coraz mocniej zaciskał pięści, nie zważając na to, że krzyżyk wbił mu się w rękę. „Boże, jeśli mnie słyszysz, to wiedz… że cię nienawidzę!” – rozwścieczony do ostatnich granic Adam cisnął łańcuszkiem w głąb pokoju. W tym momencie na zewnątrz potężnie grzmotnął piorun, a wiatr coraz bardziej przybierał na sile łamiąc gałęzie i próbując z wyciem wedrzeć się przez okna do krakowskich domów.

2.

Było już jasno, gdy Adam się przebudził. Zapomniał z wściekłości w nocy nastawić budzika, co odbiło się na długości snu. Zemdliło go przez chwilę, gdy rzucił okiem na zegarek. 9 rano. A miał zdawać fizykę o 8 30! Rodzice byli od rana w pracy, więc nie miał go kto wcześniej obudzić, zresztą oboje wiedzieli, że ich syn zawsze wstaje na czas. Błyskawicznie odrzucił kołdrę i wyskoczył z łóżka do łazienki, by umyć szybko zęby i wziąć ubranie, w którym zwykle chodził do szkoły. Gdy nakładał pastę na szczoteczkę, odruchowo spojrzał w lustro i przez chwilę nie mógł uwierzyć własnym oczom, oglądając swoją twarz w obiciu. Cera jakby zsiniała, policzki prawie całkiem zapadnięte, a w oczach brak życia. Otrząsnąwszy się, szybko przemył zęby i ubrał dżinsy oraz niebieską koszulę, do której poprzedniego dnia włożył klucze od domu. Wybiegł łazienki, porwał plecak i zeskakując po schodach, przesuwał wzrokiem po pustym domu. Żadnej kartki, żadnego śniadania, żadnych pieniędzy. „I tak nie ma nic czasu, jestem spóźniony już przynajmniej trzydzieści pięć minut, a myślę o jedzeniu…” – pomyślał i wyszedł z domu, zamykając drzwi na dwa zamki. Na szybkie dobiegnięcie nie mógł liczyć, wczorajsza ulewa zaowocowała litrami wody na chodnikach, którymi zawsze szedł do szkoły. Dobrze, że przynajmniej miał stosunkowo do niej blisko, inni musieli dojeżdżać tramwajami i autobusami. On raptem miał kilkaset metrów, więc nie namyślając się długo, podwinął nogawki spodni i puścił się biegiem przez kałuże, rozchlapując je dookoła z głośnym pluskiem. Po drodze myśli przemykały mu przez głowę jak błyskawice. Z całą pewnością nie zdąży już poprawić kartkówki. Był prawie pewny, że klasa weźmie jego nieobecność przez prawie całą lekcję za akt tchórzostwa, a nauczycielka mu tego nie daruje do końca gimnazjum. Pełen czarnych myśli wbiegł na wpół przemoczony do szkoły. Ściągnął szybko mokrą od deszczówki kurtkę i zawiesiwszy ją w szatni, popędził do klasy, w której powinien mieć teraz lekcję. Przystanął przed drzwiami, by nabrać tchu, zebrać myśli i zastanowić się, co właściwie ma powiedzieć nauczycielce. Nie chcąc jednak, aby zastał go dzwonek podczas tłumaczenia się, nacisnął klamkę i wszedł bez tchu do środka. Wszyscy, jak zawsze w takich momentach, zwrócili głowę w kierunku wchodzącego. Adam, starając się nie patrzeć się na osoby siedzące w ławkach, podszedł kilka kroków w stronę biurka i zaczął jąkać: - Proszę pani, ja... bardzo przepraszam, ale naprawdę nie spóźniłem się celowo. Nie zrobiłbym tego, szczególnie, że… - Siadaj, Nawrocki – przerwała mu fizyczka ostrym głosem i patrząc na niego złowrogo spod okularów-połówek – porozmawiamy na przerwie. Adam, nie zważając na lekki szmer klasy, zacisnął zęby i mruknąwszy coś do siebie, zajął miejsce w pierwszej ławce. Zza pleców dobiegł go męski głos o zaczepnym tonie: - Cześć palancie. To już doszło do tego, że boisz się przyjść nawet na lekcje? Może to i lepiej, przynajmniej mniej cię widzieliśmy. Adam nie odpowiedział na zaczepkę. Do końca lekcji siedział jak w transie, nie słuchając w ogóle nauczycielki i nie notując niczego z nowego tematu do zeszytu. Łamał sobie głowę nad tym, czy dostanie jeden za poprawę z miejsca, czy może zdoła ją ubłagać, by pisał na jutrzejszej lekcji. A może w ogóle już na to nie pozwoli? W końcu na korytarzu rozbrzmiał upragniony przez niego dzwonek. Siedział na miejscu, póki nie wyszły z klasy wszystkie osoby. Dopiero gdy zamknęły się drzwi wstał i podniósł głowę. Nauczycielka patrzyła na niego, czekając aż się odezwie. - Zapomniałem nastawić budzika, ja naprawdę chciałem poprawiać. Wiem, co mi będzie grozić, jeśli tego nie zrobię – rzekł nieco zmienionym głosem, który odbił się pogłosem od ścian pustej klasy – błagam, niech pani mi da jeszcze jedną, ostatnią szansę. Przysięgam, że jutro napiszę tę kartkówkę. Fizyczka milczała przez chwilę, po czym spojrzała na zegarek i powiedziała łagodniejszym tonem: - Nie mogę jej przełożyć, muszę być lojalna wobec klasy i samej siebie. Musisz zrozumieć, że powoli stajesz się dorosły i na niektóre rzeczy nie możesz już sobie pozwalać. Na przykład na takie spóźnienia i na usiłowanie kolejnego przełożenia kartkówki. - Ale… - Nie, Adam. Jest teraz długa przerwa, a ja nie mam dyżuru. Myślę, że jeśli się przygotowywałeś, zdążysz ją napisać do końca pauzy. Wyciągaj kartkę i długopis – dodała i odwróciła się, by napisać przykłady zadań na tablicy. Chłopak poczuł przez chwile ssanie w żołądku, gdy przypomniał sobie jego nocne próby rozwiązywania ćwiczeń. Trwało to jednak tylko chwilę, wmówił sobie bowiem, że nie na darmo zarwał pół nocy ślęcząc nad zadaniami. Rozluźnił się i mając takie podejście do sprawy, zaczął pospiesznie przepisywać z tablicy przykłady.

3.

Adam z uśmiechem na ustach opuścił salę, gdy dzwonek przestał dzwonić. Wydawało mu się, że poszło nieźle, mimo, iż wszystkiego nie zrobił. Rozwiązał zadania całkiem szybko, a kiedy zostało mu jeszcze trochę czasu na sprawdzenie, na pierwszy rzut oka, nie zobaczył błędów. Uśmiech jednak zbladł, gdy zauważył kpiące spojrzenie Piotrka Wadowskiego. I ten jego ironiczny uśmiech. Adam odwrócił wzrok, szukanie kolejnej zwady było dla niego bez sensu. Po co w ogóle zaczynać? I tak nie miał w sobie dość odwagi, by w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na jego zachowanie. Doskonale jednak wiedział, że do konfliktu dochodziło nawet wtedy, kiedy nie robił absolutnie nic, co mogłoby spowodować awanturę. Tak było i tym razem, gdyż nagle poczuł, że leci na ścianę. Na szczęście zdołał się w porę odbić rękami, by uniknąć potencjalnych złamań. Odwrócił się, by zobaczyć kto go popchnął. - Widzę, że masz już niezły refleks – rzekł wykrzywiając wargi Piotrek – nabierasz wprawy. A co powiesz na to? Adam zobaczył jego otwartą dłoń zmierzającą w kierunku swojego czoła. Tego ciosu nie zdążył już zablokować. Rozległ się charakterystyczny dźwięk klaśnięcia, a chwilę potem drwiące śmiechy. Adam poczuwszy przebłysk odwagi zawołał - Dajcie mi wreszcie spokój! Nie robię wam nic złego, skończcie to w końcu! Dlaczego tak mnie nienawidzicie?! Piotrek, który odchodził już w kierunku kolegów, odwrócił się i podszedł z powrotem. - Jeszcze nie wiesz? Przyszedłeś z zewnątrz, a w dodatku jesteś warszawiakiem. Rozległ się dzwonek na lekcje, jednak Adam nie ruszył się z miejsca. W milczeniu zimnym wzrokiem obserwował wchodzących do klasy. Gdy drzwi w końcu się zamknęły, usiadł na podłodze i objął głowę rękami. Nigdy by nie pomyślał, że tak skończy się, a raczej dopiero zacznie jego przybycie do tej szkoły. Gdyby wiedział, ubłagałby ojca, żeby nie ruszać się ze stolicy, aby zostać w niej i żyć dalej swoim życiem. Tam miał wszystko. Przyjaciół, fajnych nauczycieli, ciekawe lekcje, ładny dom. A tutaj? Wszystko odwrotnie. „Co z tego, że jestem z zewnątrz? A gdybym przyjechał z innego miasta, byłbym mniej napiętnowany? A jeśli miałbym czarny kolor skóry, to bardziej? To jest chore. W dodatku oni pewnie naprawdę myślą, że mają rację i robią dobrze. To chyba jest w tym wszystkim najgorsze. Tylu młodych ludzi, a są już tak zepsuci. A przecież mają swój rozum. Swoje sumienie. Swoją wolną wolę. Nie potrafią tak naprawdę odróżnić dobra od zła?.. Jak widać, najwyraźniej nie...” Przypomniał sobie przemówienie dyrektorki w podstawówce, wiele lat temu. - Szkoła to drugi dom i tutaj zawsze trzeba przychodzić z uśmiechem na ustach i podniesioną głową – mówiła podniosłym tonem. ”Chyba chodziło wtedy jej tylko o szkołę podstawową” – przemknęło mu przez myśl. Zmienił jednak zdanie, gdy przypomniał sobie swoją starą klasę gimnazjalną. Po prostu nie każda szkoła jest taka, jaka powinna być. To powinno się zmienić. Ktoś powinien w końcu zauważyć, co tutaj się dzieje. A może pewna osoba widzi całą sytuację, ale podobnie jak Adam, boi się zareagować? Prawie jak terroryzm. Chłopak wstał w końcu i skierował kroki w stronę toalety, by tam ochlapać twarz wodą po tym nawale myśli. Nie zrobił tego jednak, bo gdy chciał wejść do środka, odrzucił go ohydny zapach papierosów roznoszący się po całym pomieszczeniu. Niebywałe jest to, jak ludzie w tym wieku pragną bawić się w dorosłych. Adam pokręcił głową i odwrócił się by spojrzeć na gablotę, w której mieściła się gazetka o 11 listopada. Musiała ją zrobić garstka normalnych dziewcząt z tego gimnazjum albo jacyś pierwszoklasiści, którzy nie zasmakowali jeszcze tutejszego klimatu. Zresztą… i tak żadnemu z uczniów nawet nie przyszłoby na myśl, by stanąć na chwilę w tym miejscu i przeczytać, co zdarzyło się tamtego dnia. Najchętniej wyrwaliby tę gablotę ze ściany. Oczywiście dla zabawy. Adam chciał tylko spokoju na resztę dni roku szkolnego, ale wiedział, że nie może na to liczyć. Zastanawiał się, jakim sposobem ma przetrwać drugie półrocze. Unikać tego wszystkiego nie da rady, a i wciągnąć w to towarzystwo też się nie może. Gdyby nie przeświadczenie i wiara w lepszą przyszłość, którą podtrzymywał dzięki ojcu, nie miałby już po co żyć. Tak naprawdę innego celu nie posiadał. Nic, oprócz ambitnych planów na przyszłość.. Zastanawiał się czasem, co może czekać go po śmierci i nie umiał sobie tego wyobrazić. On, jako człowiek niewierzący nie myślał o światłości w tunelu, głosie, który powiedziałby mu, którędy ma iść. Samo próbowanie zdania sobie z tego sprawy jest przerażające. Egzystowanie po śmierci. Minie sto lat, a ty nadal będziesz. Minie tysiąc lat, a ty nie przeminiesz. Minie nieskończenie wiele wieków, a ty ciągle będziesz istniał Sens życia Adama ograniczał się na teraz tylko do stania się takim, jak jego ojciec – Tomasz Nawrocki. Z odrętwienia wyrwał go dzwonek na przerwę. Zorientował się, że spędził na korytarzu całą lekcję na rozmyślaniu nad tym wszystkim, co widział, przeżył i doświadczył. A była to tylko kropla w morzu. Uczniowie zalali go falą tak szybko, że nawet tego nie zauważył. Do rzeczywistości przywrócił go na dobre znajomy głos nauczycielki od polskiego, za którą nawet przepadał. - Adam, dlaczego nie było cię na lekcji? – spytała głosem zdradzającym poirytowanie. Nie wiedział, co ma właściwie odpowiedzieć. Miał chwilę zadumy? Refleksji? Oryginalne, ale na pewno nieskuteczne. - Źle się poczułem, proszę pani, boli mnie brzuch od rana i musiałem iść do higienistki. Pokiwała ze zrozumieniem głową, a wyraz jej twarzy zmienił się na łagodniejszy. - Wiem, że to ciężka szkoła. Niełatwo tutaj o dobre samopoczucie. Wyglądasz na przybitego, może mogę ci jakoś pomóc? - Pani nie może mi pomóc. I odszedł, zostawiając ją na środku korytarza.

4.

- Adam, jak było w szkole? – zagadnęła syna Anna Nawrocka. Chłopak nie lubił, gdy do niego mówiono kilka sekund po jego wejściu do domu. Nawet nie zdążył ściągnąć mokrej jeszcze kurtki. W szczególności nie znosił tego pytania: „jak było?”. „ A jak miało być? Normalnie. Znowu zrobili ze mnie popychadło. Tak jak zawsze. Ale co ty możesz o tym wiedzieć, mamo? Nie masz przecież pojęcia, co się dzieje. Potrafię starannie ukryć moje siniaki po to, byś ich nie widziała. Bo i po co masz je widzieć? - Cześć, mamo – odrzekł wieszając kurtkę – w szkole? Wspaniale. Dużo się nauczyłem. Między innymi tego, by nie zadawać za dużo pytań. - Bardzo praktyczna umiejętność – odparła Anna, uśmiechając się lekko – a jak fizyka? Mam nadzieję, że przyzwoicie. Adam poczuł lekki skurcz w żołądku, gdy przypomniał sobie swoje spóźnienie, ale odpowiedział nie dając sobie niczego poznać. - Powiedziałem wcześniej „wspaniale”. To odnosiło się również do fizyki. Mamo, nie martw się o mnie. Naprawdę umiem o siebie zadbać. To, że nie mam osiemnastu lat, wcale nie musi oznaczać, że jestem niezaradny. Anna podeszła do niego i popatrzyła mu prosto w oczy, wierząc, że dzięki temu dobrze ją zrozumie. - Synu, naprawdę ufam twoim słowom i wcale nie przeczę temu, że jesteś mądrym i rozsądnym chłopcem. Jesteś nawet aż za bardzo poważny, jak na twój wiek. Wcześniej taki nie byłeś. Młodość, to jest coś, co właśnie tracisz, więc baw się, śmiej i żartuj, bo na poważne zachowanie będziesz miał później starość. A ja tylko zapytałam jak ci poszło. Nie tyle z troski, co z ciekawości. A poza tym, wiesz na pewno, że matki, które nie martwią się o swoje dzieci, są jak ludzie, którzy posadzili kwiat, a później o nim zapomnieli. Przez brak opieki, kwiatek obumiera, a w końcu całkiem przestaje żyć. Ty jesteś takim kwiatkiem dla mnie. Nie miej mi tego za złe – kiedy zostaniesz ojcem, sam zrozumiesz – rzekła nie odrywając od niego wzroku. Adam trochę rozdrażniony tym tokiem myślenia, rzekł od razu zniecierpliwionym tonem: - Skąd wiesz jak będzie, kiedy zostanę ojcem? To może mi powiedzieć tylko tata i wcale nie musi być tak, jak mówisz, bo ja trochę się od niego różnię. Jestem młody, ale ostatnio… trochę przeszedłem i te okoliczności wcale nie wprawiają mnie w dobry humor. A śmieję się wtedy, gdy jest, z czego się śmiać. Żartuję, gdy jest, z czego żartować. Po prostu dorastam, mamo. Skoro już zaspokoiłem twoją ciekawość, to może mógłbym coś zjeść? - Jakie okoliczności? – spytała Anna, wpatrując się w niego uważnie Adam zmieszał się trochę, zdając sobie sprawę, że powiedział coś, czego nie powinien mówić. Zapomniał, że przy rozmowie z rodzicami trzeba uważnie dobierać słowa, aby nie palnąć czegoś, co wzbudziłoby niepotrzebną uwagę. „Na szczęście to nic konkretnego” – pomyślał i po chwili zastanowienia odparł: - Jest… mi trochę ciężko w szkole, dużo nauki i ta cała przeprowadzka … mało się widujemy – skłamał, nie patrząc matce w oczy. Anna potrafiła czasem wyczuć, kiedy ktoś ją okłamuje. W młodości spotykała się z chłopakami, którzy obiecywali jej różne wspaniałe rzeczy, ale widziała po ich ruchach, gestach i mowie, że nie mówią prawdy. Tak było też i w latach późniejszych, kiedy zaczęła pracować w sklepie. Umiała wyczytać z oczu kłamstwo lub prawdę, zwłaszcza w sytuacjach, w których po alkohol przychodziła młoda osoba i nie miała ze sobą dowodu i która usilnie próbowała Annę przekonać, że jest już pełnoletnia. Kobiety są dobrymi obserwatorkami. - To dopiero gimnazjum, więc nie przesadzaj z tą nauką. Skoro teraz na to narzekasz, co będziesz mówił w szkole średniej, a później na studiach, zakładając, że się na nie dostaniesz? Rozumiem, że wyjazd z Warszawy mógł cię trochę zdezorientować, ale nie wmawiaj mi chociaż, że chcesz z nami przebywać więcej czasu. Żaden z dorastających chłopców nie chce przebywać ze swoimi rodzicami. Znakomita większość woli spędzić ten czas ze swoimi kolegami, którzy ich rozumieją i z którymi mają dobry kontakt. Nie masz tutaj przyjaciół, Adam? Powiedz, o co chodzi – Nawrocka nie dawała za wygraną W chłopaku aż zawrzało. Poczuł taką wściekłość jak ostatniej nocy, gdy rzucił łańcuszkiem z Jezusem na krzyżu. Przez chwilę chciał zrobić z matką to samo, co z krzyżykiem, ale szybko się opanował. Tego, tak czy inaczej, było już za wiele. Dość pytań, dociekań i zbytniego interesowania się nim. Dość niedomówień i ciągnięcia za język. Dość tego wszystkiego. Przeszedł szybko kilka kroków bliżej w stronę matki i krzyknął jej niemal w twarz - Przestań to robić, mamo!... Po czym odwrócił się i poszedł na górę do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Anna stała jeszcze chwilę bez ruchu po trzaśnięciu, nie mogąc uwierzyć w to, że jej jedyny syn może zachowywać się w taki sposób. Celowo powiedziała ten prowokacyjny tekst, ale ta reakcja była ostatnią, jakiej się spodziewała. Teraz miała pewność, że dzieje się coś złego. Wcześniej taki nie był. Już mu to mówiła. Przed chwilą miała dowód na to, że zmienił się nie tylko pod względem swojego humoru, ale i panowania nad emocjami. „Nie wierzę, że sam wyjazd tak go zmienił. Miał tam kolegów, swoje miejsce, pewnie też jakieś cele, ale tutaj też może je mieć. Skoro postępuje w taki sposób, to znaczy, że to mu się nie udaje. Ma kłopoty w kontakcie z rówieśnikami? Dlaczego miałby je mieć? To fajny, mądry chłopiec… może chciał coś więcej od dziewczyny, która mu się podoba, a która go odrzuciła? Nie… jeśli dobrze pamiętam, to nie miał wcześniej z płcią przeciwną jakichś bliższych kontaktów. Ale zawsze jest ten pierwszy raz. A może po prostu rzeczywiście dorasta i hormony dają o sobie znać?...” Podeszła do okna, by popatrzeć na gęsty deszcz, który uderzał w okna i parapety, robiąc mały hałas. Podobnie jak i Adam, lubiła ten dźwięk. Dawał to uczucie bezpieczeństwa i ukojenia. Mówił tak nawet jej mąż. Przez chwilę zdawało się jej, że to jedyny element, który łączy Tomasza i Annę z ich synem. Właściwie, kiedy ostatni raz rozmawiała z nim tak, aby nie czuł się jak dziecko? Dawno. Nawet nie pamiętała dokładnie, kiedy. Uświadomiła sobie nagle, że to też może być pośrednią przyczyną takich sytuacji. Często zdarza się, że młodzi ludzie nie chcą mówić o swoich problemach z rodzicami. Uważają, że im nie pomogą albo, co gorsza, zaszkodzą. Zwierzają się wtedy swoim przyjaciołom, przyjaciółkom, przecież oni mają podobne problemy, są w takim samym wieku. Inni w ogóle nie otwierają się przed nikim, tylko trzymają swoje problemy w sobie i duszą się tym. Nie dają sobie pomóc, tylko po trudnościach sami w końcu znajdują rozwiązanie. To silny typ osobowości, a Anna czuła, że jej syn właśnie taką posiada. Zdała sobie właśnie sprawę, że jest w dylemacie. Zostawić go i pozwolić mu działać, czy też wejść bez pozwolenia między jego nieznane dla niej problemy i próbować mu pomóc? Adam z hukiem zamknął za sobą drzwi i od razu dopadły go wyrzuty sumienia. Siadł przy biurku i założył ręce na głowę, jakby w geście pokuty. Nie chciał tego, ale wyrzucanie mu takich rzeczy w tej sytuacji jest co najmniej nie na miejscu. „Mama nie wie, co się dzieje, a przecież chciała się dowiedzieć. W ogóle tak nie powinno być. Ale co zrobić teraz? Przeprosić i powiedzieć jej, że mam rzeczywiście problemy w szkole, z którymi, jak dotąd, sobie nie poradziłem? Wykluczone… Nie powiedzieć jej niczego i zostawić w sferze domysłów i zmartwień? To też nie w porządku. Do diabła z tym… tak źle i tak niedobrze. Ojciec na pewno by coś poradził, to mądry człowiek. Chyba najwyższy czas z nim o tym porozmawiać, bo to nie może ciągnąć się dłużej. Nie dam rady. Wydawało mi się, że podołam, ale… trzeba to jednak natychmiast zakończyć…” 5.

Tomasz dopijał kawę w dyżurce i już miał się ubierać, gdy zatrzymał go kolega z oddziału. - Możemy chwilę pogadać? – spytał Janusz Milecki. - Jasne, czemu nie? O co chodzi? Milecki zwlekał chwilę z odpowiedzią. - Mam pewne problemy. - Jakie problemy? Milecki upewniwszy się, że w sali nie ma nikogo innego, powiedział smutnym tonem: - Z synem. Chodzi do gimnazjum tak jak i twój, ale mój chłopak za bardzo wykorzystuje swoją sytuację. Ma wszystko, fajne ciuchy, komputer, telewizję, pieniądze, ale dziwnie się zachowuje. Wychodzi z domu i nie mówi, kiedy wróci, uczy się raczej słabo, a do mnie odzywa się z niechęcią i jakby z brakiem szacunku. W dodatku nie wie, do której szkoły chce właściwie iść. Nie ma na teraz jakiegoś wyższego celu niż życie towarzyskie, które w tym wieku zresztą jest też ważne, ale… nie myśli o przyszłości. Martwię się o niego i nie wiem, co mogę z tym zrobić, jak to przerwać. Pomyślałem, że może ty… coś mi doradzisz. Ja sam nie jestem psychologiem, tylko chirurgiem. Nawrocki patrzył na niego chwilę, zastanawiając się, co ma właściwie powiedzieć. Miał dobry kontakt z Adamem, ale dawał mu wolną rękę. Nie mieszał się w jego sprawy bez pozwolenia. Adam jednak go…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sens Życia — czytnik · opowiadania