Komedia · 3 min czytania
Sens życia wg Stefana
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy Stefan otworzył oczy, zobaczył że jego żona jest piękna. Podejrzane. Stefan przezornie nie dał nic po sobie poznać i powitał ją tradycyjnym „cze, skąd klikasz?”, ona zaś obdarzyła go najpromienniejszym ze swoich uśmiechów, którego nie widział u niej odkąd zaczęła uczęszczać na zajęcia bokserskie, organizowane przez lokalne koło feministyczne.
Stefan, poważnie zaniepokojony, poszedł do łazienki. Kolejna niespodzianka: miał łazienkę. W łazience lustro, w lustrze Stefan... Ale jaki Stefan! Bez skazy, bez zmarszczek, bez brzuszka, z bystrym spojrzeniem... Gdyby ktoś kiedyś postanowił zorganizować konkurs na „Stefana Roku”, nie byłoby żadnych problemów z wyłonieniem zwycięzcy.
Wyszedł do pracy. Zdążył na autobus. W autobusie panowała atmosfera wzajemnej życzliwości i tolerancji. Tym akurat nie był zdziwiony, nie po raz pierwszy wszak jechał miejskim autobusem. Chociaż był styczeń, Stefanowi świeciło słońce, a ptaki wyśpiewywały „La Cucarachę” na głosy. Było pięknie. I już Stefan miał porzucić swoje niedowierzanie i zakrzyknąć „mam na imię Stefan i jestem szczęśliwy”, ale wtedy pojął co się dzieje.
Miał raka. Dzisiaj, najpóźniej jutro umrze, a świat osładza mu właśnie ostatnie chwile życia.
Stefan postanowił więc odpuścić sobie pracę i w samotności przygotować się na spotkanie z absolutem. Wysiadł na ostatnim przystanku, hen, na…