filozofia · 8 min czytania
SHADOWBOUND -ROZDZIAŁ 1: SZWY RZECZYWISTOŚCI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kairo stał przed lustrem w przedpokoju, zapinając ostatni guzik czarnej koszuli. Robił to powoli, z chirurgiczną precyzją. Każdy ruch był wyliczony. Kiedy skończył, poprawił złoty łańcuszek, upewniając się, że krzyżyk spoczywa dokładnie na środku klatki piersiowej. Dla postronnego obserwatora był po prostu dobrze ubranym chłopakiem z osiedla. Ale Kairo widział więcej. Patrząc w taflę starego, lekko pękniętego lustra, nie widział tylko swojego odbicia. Widział, jak krawędzie mebli w przedpokoju lekko drżą, jakby rzeczywistość była kiepskiej jakości nagraniem, które co kilka sekund gubi klatki. To była iluzja. Czuł ją na skórze jak lepki, niewidzialny pył. Miasto za oknem wyło - nie dźwiękiem silników, ale skumulowaną energią tysięcy ludzi, którzy nienawidzili swojego życia. Z kuchni dobiegł brzęk tłuczonego szkła i ciężkie przekleństwo ojca. Kairo nawet nie drgnął. - Znowu zaczynasz? - głos ojca był zachrypnięty, wypełniony pogardą, która była fundamentem tego domu. Mężczyzna stanął w progu, chwiejąc się na nogach. Jego cień na ścianie był nienaturalnie długi, powykręcany, jakby próbował odkleić się od właściciela. Kairo powoli odwrócił wzrok od lustra. Jego zielone oczy nie wyrażały gniewu. Wyrażały coś znacznie gorszego dla ojca: absolutny spokój. - Wyjdź do pokoju, tato - powiedział Kairo. Jego głos przeciął gęstą atmosferę jak nóż. - Matka śpi. Jeśli ją obudzisz, sprawię, że dzisiejsza noc będzie bardzo długa. W pokoju nagle zrobiło się zimno. Ojciec Kaira otworzył usta, by coś krzyknąć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Czuł, jakby klatka piersiowa syna promieniowała ciężarem, którego nie dało się udźwignąć. Zrobił krok w tył, mrugając nerwowo, i wycofał się w mrok korytarza. Strach wygrał z alkoholem. Kairo odczekał chwilę, po czym wziął z komody skórzane rękawiczki. Musiał wyjść. Miasto pulsowało energią, której nie mógł już dłużej ignorować. Dzisiaj szwy rzeczywistości wydawały się wyjątkowo luźne. Wyszedł z mieszkania, zamykając drzwi bezszelestnie. Na klatce schodowej unosił się zapach starych piwnic i niewypowiedzianych żalów sąsiadów. Kairo zacisnął dłoń na poręczy i poczuł to - impuls. Coś go wołało. Coś, co nie należało do tego świata. Gdy tylko pchnął ciężkie, stalowe drzwi klatki, uderzyło w niego miasto. Nie był to jednak szum samochodów czy gwar rozmów. Dla Kaira był to ryk. Szedł chodnikiem, omijając kałuże, w których odbijało się szare niebo. Ludzie mijali go, pędząc w swoich sprawach, ale on widział ich inaczej. Widział niewidzialne nici, które zwisały z ich ramion i karków, ciągnąc się gdzieś wysoko w górę, w stronę wiecznie zamglonego nieba. Każdy z nich poruszał się w specyficzny, szarpany sposób. Starsza kobieta z siatkami pełnymi zakupów narzekała pod nosem na wysokie ceny. Kairo widział, jak z każdym jej słowem z jej piersi wydobywa się gęsta, szara mgła, która osiadała na chodniku jak brudny szron. To była jej frustracja. To ona budowała ten świat. Wszyscy śpicie - pomyślał, poprawiając mankiet koszuli. Przeszedł obok przystanku autobusowego. Grupa młodych mężczyzn głośno komentowała wygląd przechodzącej dziewczyny. Ich energia była ostra, postrzępiona, przypominała kolczasty drut. Jeden z nich, najwyższy, w sportowej bluze, poczuł na sobie wzrok Kaira. - Co się gapisz, eleganciku? - rzucił agresywnie, próbując zaimponować kolegom. Kairo nie zwolnił kroku. Nie zmienił wyrazu twarzy. Jedynie jego zielone oczy na ułamek sekundy rozbłysły głębszym, niemal nieludzkim odcieniem. Kiedy mijał chłopaka, aura wokół Kaira rozszerzyła się jak fala uderzeniowa. Agresor nagle urwał w pół słowa. Poczuł, jakby grunt pod jego stopami stał się miękki, a powietrze w płucach zamieniło się w ołów. Przez ułamek sekundy zobaczył prawdę: postać Kaira nie była tylko człowiekiem w koszuli. Była ciemną, stabilną wyrwą w tym niestabilnym świecie. Chłopak odprowadził Kaira wzrokiem, drżącymi rękami szukając papierosa. Jego koledzy milczeli, nie rozumiejąc, co się właśnie stało. Kairo skręcił w…