Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 21 min czytania

Shina - część III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część III

Poranek był dżdżysty. Nad pokrytą wilgocią trawą unosiła się gęsta mgła, wślizgiwała między zarośla i rozrzedzała na wzniesieniach terenu. Ciemne korony drzew falowały leniwie w rytm porywów wiatru. Okolica sprawiała wrażenie wymarłej, nawet ptaki poddały się ponuremu nastrojowi. Milczące, kryły się wśród pni. Shina przewróciła się na plecy, przetarła twarz dłonią i spojrzała na zbitą warstwę chorobliwie sinych chmur. Jeszcze nie padało, lecz deszcz wisiał w powietrzu. Przeciągnęła się silnie, odrzuciła na bok zroszony pled i wstała. Pełna energii i sympatii do świata, uśmiechnęła się serdecznie do przechodzącego obok Ariego. Zaskoczony, zamarł na moment, po czym odwrócił głowę. W tym dumnym geście kryła się niechęć oraz śmiertelna powaga. Dziewczyna obserwowała kucającego przy palenisku chłopaka, po czym wzruszyła ramionami. Zdążyła przywyknąć do bezceremonialnego zachowania towarzysza. Odwróciła się, podniosła pled i strzepnęła energicznym ruchem. Tuż za nią rozlegało się ciche postukiwanie. - Zostaw to krzesiwo. Jest za mokro, nie rozpalisz ognia - usłyszała zaspany głos Gimmela. Zerknęła kątem oka na Ariego, chcąc przekonać się, czy posłuchał rozsądnej rady. Jeszcze przez chwilę walczył z przesiąkniętymi wilgocią patykami, po czym wstał i bez słowa zbliżył się do koni. Jego ruchy były dziwnie napięte, jakby hamował złość. Rozbawiona, zachichotała pod nosem. Gimmel zwlókł się z pledu i sięgnął do juków. Podał dziewczynie dwie kromki prażonego chleba. Shina podziękowała i wrzuciła do ust kawałek chrupiącego pieczywa. Jedzenie z rodzinnych stron... - Nie jest ci zimno? - Nie. Nie czuła chłodu. Rozgrzewała ją myśl o dalszej podróży, chociaż tę piękną wizję mąciła nieco perspektywa wizyty w Fallvitnir. Jednak postanowiła nie zastanawiać się nad tym zbyt wiele. Nie powinna się zamartwiać. Wszystko będzie dobrze. Kilka minut później dosiadła klaczy i ruszyła w drogę. Zostawiła za sobą przytulną polankę i wbiła spojrzenie w ciemne, porośnięte drzewami wzgórza. Wiedziała, że nierówne pagórki i rozciągające się za nimi łąki graniczą z domem. Z pustynią Senas. Od celu dzieliły ją zaledwie trzy, może cztery dni podróży. I właśnie tam czekał ją kolejny ekscytujący etap życia. Przewodzenie klanowi u boku mężczyzny, który szesnaście lat temu był tylko łamiącym zasady chłopcem. Zerknęła na jadącego po lewej stronie Gimmela. Dosiadał wierzchowca z wielką wprawą, trzymał się prosto, jego utkwiony w dali wzrok zdradzał spokój i opanowanie, czarne włosy unosiły się i opadały w porywach wiatru. Miał w sobie coś wyjątkowego. Władczego. Poczuła w sercu delikatne ukłucie. On mógłby być przywódcą... powinien być przywódcą. Otrząsnęła się z zamyślenia i obejrzała za siebie. Zgodnie ze zwyczajem, Ari snuł się na końcu. Tym razem nie piorunował spojrzeniem jej pleców, lecz obserwował grzywę własnego konia. Shina ściągnęła wodze i wstrzymała klacz. Gimmel odwrócił się. Skinęła głową, by jechał dalej i dołączyła do młodszego z towarzyszy. Ari natychmiast rzucił jej złowrogie spojrzenie. Po raz drugi tego dnia obdarzyła go uśmiechem, lecz, tak jak się spodziewała, ten gest pojednania nie wzbudził w chłopaku wielkiego entuzjazmu. Raczej jeszcze bardziej go rozzłościł. Senasyjczyk zacisnął usta i wyprostował się w siodle. W tej chwili niemal dorównywał posturą Gimmelowi, chociaż nie miał jego charyzmy i opanowania. Postanowiła zignorować te fanaberie. Wyciągała rękę do zgody. Uznała, że najwyższy czas przełamać niepotrzebną, niedorzeczną wrogość. To tylko uprzykrzało podróż. - Cieszysz się, że wracasz do domu? - zagadnęła sympatycznie. Nie odpowiedział. Shinie opadły ramiona. Była przekonana, że to kres kwiecistej pogawędki. Westchnęła w duchu. Po co w ogóle zawracała sobie nim głowę! - Sam chciałeś po mnie przyjechać, czy ktoś cię do tego zmusił? - burknęła od niechcenia, tylko po to, by mieć czyste sumienie, że podjęła solidną próbę dotarcia do tego gbura. Nieoczekiwanie odwrócił się i błysnął białymi zębami. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Uśmiechnął się. Więc jednak poszedł po rozum do głowy i zrzucił tę okropną maskę nieprzystępności! - A jak myślisz? - odezwał się pogardliwie. No i cała nadzieja prysła... - To pewnie była dla ciebie najgorsza kara - fuknęła, rozczarowana. - Co takiego zrobiłeś, że chcieli pozbyć się ciebie z osady chociaż na parę dni? - Myślisz, że mnie przepędzili? - zaśmiał się tak ponuro, że aż Gimmel zerknął na towarzyszy przez ramię. - Nie, przyjechałem do stolicy z własnej woli. Chciałem cię poznać. Zobaczyć, czy byłaś warta... Shina zmarszczyła brwi. - Warta czego? Wbił wzrok w oczy dziewczyny. Milczał. Shina niemal wyczuła płynącą z jego źrenic, złą energię. Przełknęła ślinę. - Nie wiem, dlaczego jesteś do mnie tak negatywnie nastawiony. Mogę cię zapewnić, że starałam się i nadal będę się starała wypełniać moje zadanie najlepiej, jak potrafię. Ari prychnął tylko w odpowiedzi. Shina miała dość rozmowy. Ponagliła karuskę i dołączyła do Gimmela. U jego boku odzyskała wiarę w siebie i w innych ludzi. Czuła się bezpieczna, nie miała wrażenia, że obcuje z dzikim, czającym się do skoku zwierzęciem. Spojrzała na Ariego i wzdrygnęła się. Skupiła uwagę na podziwianiu upstrzonego krzewami, fioletowego dywanu wrzosów. Gimmel obserwował ją przez chwilę, po czym zagadnął o jakąś drobnostkę. Odpowiedziała, wdzięczna, że nie musi myśleć o słowach Ariego. Mówiła, jakby dzięki temu chciała przegnać wciąż obecny w sercu strach. Wspominała lata spędzone w stolicy, śmiała się z paru wesołych wydarzeń, wypytywała Gimmela o rodzinną osadę. Oboje umilkli dopiero wtedy, gdy z nieba lunął zimny deszcz. Rozległ się głośny, miarowy szum zacinających strug wody. Powietrze momentalnie przesyciło się odurzającym zapachem roślinności i kurzu. Gimmel zaproponował Shinie swój szal, by mogła ochronić się przed ulewą, lecz dziewczyna ani myślała rezygnować z doznawanej przyjemności. Uniosła głowę, rozchyliła usta i pozwalała, by deszcz zmywał z niej stres ostatnich godzin. Przełykała orzeźwiające krople, zaciskała powieki, cieszyła się, gdy woda spływała po czole i zaznaczała się między włosami lodowatymi strużkami. Spojrzała w ciemnoszare niebo i uśmiechnęła się. W dali, na zachodzie, poprzez gęstą warstwę chmur, przebijał się biegnący ukośną smugą, niepewny promyk słońca.

* * *

Konie, początkowo zadowolone ze świeżości, jaką przyniósł deszcz, z czasem wykazywały coraz mniejszą ochotę do podróży. Przemoczone, ze strumieniami wody skapującymi z grzyw i ogonów, szły stępem, kuląc uszy. Ciężkie kopyta rozbryzgiwały ukryte pomiędzy trawą kałuże. Shina zlustrowała wzrokiem niebo. Wąski snop światła nadal walczył z naporem gęstych chmur, jednak nie miał większych szans na zwycięstwo. Na pomoc deszczowi napływał od zachodnich łąk ogromny, ciemnoszary, skłębiony obłok. Jego nadejściu towarzyszyły zimne powiewy wiatru i szum ulewy. Senasyczycy zostawili za sobą równinę i wkroczyli na pierwsze, niezbyt okazałe pagórki. Okolicę porastała delikatna trawa, poprzez drobne źdźbła prześwitywały place jasnożółtego piachu, a drzewa niemal obejmowały się i wyciągały ku pobratymcom powyginane, sękate ramiona. Gęste korony chroniły podróżników przed deszczem, ale też sprawiały, że las zmienił się w ciemne i nieprzyjemne odludzie. Po kolejnej godzinie snucia się po dziczy jedyną zdatną do wędrówki ścieżynkę zablokowało zwalisko ogromnych, kanciastych głazów. Skały tworzyły długi, wysoki mur, na szczycie którego rosły ciemne sosny. Spływająca pomiędzy załamaniami głazów woda zbierała się w owalnym, szemrzącym źródełku. Tuż obok ział skalny prześwit. W dali rozciągał się iglasty las. Gimmel ponaglił konia i bez wahania wkroczył na wąską, wijącą się ku górze dróżkę. Shina ruszyła za nim. Ominęła zwarte, kamienne wrota i rozejrzała się po okolicy. Po prawej stronie pięła się ku niebu porośnięta mchem skalna ściana, z lewej rozciągało się strome osuwisko. W położonej poniżej dolinie rosły wysuszone, smagane wiatrem i ulewą sosny. Klacz stąpała ostrożnie po błotnistym przesmyku. Shina przyjrzała się mokremu podłożu. Wypatrzyła ledwie widoczne, wypełnione deszczem ślady podków wierzchowca Gimmela. Postanowiła podążyć jego tropem. Pociągnęła wodze w prawo, chcąc odsunąć się jak najdalej od niebezpiecznego osuwiska. Ścisnęła boki karuski. Tuż za nią podążał Ari. Ścieżka coraz bardziej zawężała się ku zdradzieckiej kotlince. Rosnące na dnie przepaści sosny przypominały wycelowane w przeciwników dzidy. Shina czuła się coraz bardziej niepewnie. Balansowanie na granicy urwiska przyprawiało ją o zawrót głowy. Bała się wysokości, jednak nie chciała okazać słabości. Postanowiła, że nie będzie patrzyła w dół. Wbiła wzrok w plecy Gimmela i starała się podążać wypróbowanym szlakiem. Naprężona, słuchała szumu deszczu, plusku kopyt o błotnistą ścieżkę, szelestu ocierających się gałęzi. Chmury przerzedziły się nieco, blade słońce zesłało ciepłe promienie, lecz zaraz znikło, zakryte przez jeden z szarych obłoków. Nagle koń Gimmela rzucił się w bok, niemal uderzył w skałę. Mężczyzna momentalnie szarpnął za wodze, zapanował nad spłoszonym rumakiem. Ten widok odebrał Shinie resztkę pewności siebie. Przestraszona, patrzyła, jak towarzysz uspokaja wałacha, ogląda się i lustruje wzrokiem fragment przesmyku. - Uważaj w tym miejscu. Staraj się iść jak najbliżej ściany. Skinęła głową na znak, że zrozumiała. Klacz stąpała wolno pod górkę. Shina błagała w duchu, by zwierzę nie zawiodło i by stawiało kopyta z jak największą ostrożnością. Uniosła wzrok i zapatrzyła się w Gimmela. Oddalił się nieco i obserwował jej poczynania. Nagle usłyszała szmer osuwającego się piasku. Karuska rzuciła się do przodu, zarywając tym samym podmyty kawałek ziemi. Spory fragment występu runął w dół, ciągnąc za sobą próbującą walczyć klacz. Rżenie konia zmieszało się z krzykiem Gimmela. Wszystko działo się błyskawicznie, jednak Shina zdołała zachować zimną krew. W nagłym impulsie wyrwała nogi ze strzemion i skoczyła ku górze. Wbiła palce w zimną, śliską ziemię i uczepiła się jej z rozpaczliwą determinacją. Kątem oka dostrzegła, jak klacz stacza się w dół osuwiska i znika między strzelistymi sosnami. Rozległo się głuche uderzenie. Potem zapanowała cisza. Shina zacisnęła powieki. Czuła paniczny lęk. Drżała na całym ciele. Zaczęła osuwać się w przepaść. Wbiła palce w gęstą maź, wsparła się stopami o…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Shina - część III — czytnik · opowiadania