Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 22 min czytania

Shina - część IX

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część IX

Gwałtowny powiew pustynnego wiatru przemknął pomiędzy namiotami, zahaczył o płonące ognisko i wzbił w niebo garść syczącego, połyskującego czerwienią żaru. Drobne iskry zafurkotały w powietrzu, ich błysk odbił się w oczach zapatrzonej w dal Shiny. Dziewczyna ocknęła się z zadumy i wygładziła nerwowym gestem sięgającą ziemi, ceremonialną tunikę. Odgarnęła włosy na plecy, pozwalając spoczywać na piersi jedynie dwóm cienkim warkoczom. Chciała prezentować się tego wieczora szczególnie korzystnie. Nikt nie mógł jej niczego zarzucić. Starania przyniosły oczekiwany efekt. Zebrane z czoła włosy odsłaniały jej świeżą, delikatną twarz, a jasny, zwiewny materiał tworzył ciekawy kontrast z oliwkową skórą i doskonale podkreślał smukłą sylwetkę. Miała nadzieję, że wygląda dobrze. W rzeczywistości wyglądała pięknie. Słyszała dobiegające z głębi osady, radosne poruszenie Senasyjczyków. Byli gotowi do wieńczącej Zaślubiny zabawy. Nie podzielała ich entuzjazmu. Czuła się podle. Nadal nie powiedziała nikomu o dziecku. Przestała też rozmyślać o swoim przyszłym mężu. Nieważne, dla kogo została wybrana. Czy go znała, czy nie, ten człowiek i tak miał zostać skrzywdzony. W ciągu ostatnich dni unikała ludzi. Przygotowywała się do obrzędu w zbawiennej samotności. Uciekała od podekscytowanych rozmów i znaczących uśmiechów. Każde nawiązujące do dzisiejszego wieczora słowo wbijało się w jej serce dotkliwym bólem. Nie chciała już dłużej niczego udawać i postanowiła się od tego cierpienia odizolować. Gdyby tylko mogła, cofnęłaby czas. Zmieniłaby tyle rzeczy… Nie nawiązywałaby z Arim jakiejkolwiek znajomości. Nie zgodziłaby się na nocleg w zajeździe. Nie pomogłaby chłopakowi w Fallvitnir. Dzięki temu nie miałaby wrażenia, że jest godną pogardy oszustką, która nie ma odwagi stawić czoła niepowodzeniom i ukrywa przed mężem haniebną przeszłość. Spojrzała w górę. Na granatowym niebie bielił się okrągły księżyc. Odetchnęła głęboko i przymknęła na moment oczy. Już i tak nie była w stanie czegokolwiek zmienić. Nie powinna się zadręczać. Kto wie, może wszystko jakoś się ułoży… Wyprostowała się i wbiła wzrok w przyozdobioną ochrowymi malowidłami ścianę namiotu. Senasyjczycy wysmarowali czerwoną pastą magiczne, zapewniające szczęście i dobrobyt symbole. Wśród dziwacznie powyginanych węży, żuków, koni i ptaków znalazło się też siedmiopromienne słońce – znak odrodzenia i płodności. Shina wykrzywiła usta w gorzkim grymasie i przesunęła się nieco w bok. Tuż przed nią znajdowało się wejście. Jako że właściwy moment ceremonii jeszcze nie nadszedł, pozostawało zakryte falującą na wietrze płachtą. Dziewczyna wiedziała, że musi czekać. Wiedziała też, że po drugiej stronie schronienia, naprzeciw niej, stoi jej przyszły mąż. Zgodnie ze zwyczajem mieli wkroczyć do obrzędowego namiotu jednocześnie, na dany przez staruchę znak. Wewnątrz znajdowali się już aktualni przywódcy osady. Zaślubiny syna oznaczały kres ich rządów. Zgodnie z tradycją natychmiast po przekazaniu obrzędowych przedmiotów musieli usunąć się w cień i zostawić swoje obowiązki nowym wodzom plemienia. Nastąpił właściwy moment. Siedząca wewnątrz namiotu kobieta wypowiedziała głośno jakąś formułkę i uderzyła trzykrotnie w rytualny pień świętego drzewa. Rozległ się głuchy, powoli zanikający ton. To już teraz… Shina odgarnęła na bok ciężką tkaninę i weszła do środka. Otoczył ją półmrok. Chociaż natychmiast spuściła wzrok, kątem oka dostrzegła, że z naprzeciwka nadchodził ubrany na jasno mężczyzna. Na szczęście nie zobaczyła jego twarzy. Nie byli jeszcze zaślubieni i nie chciała po raz kolejny łamać zwyczajów plemienia. Jeśli on także szanował prawa Senas, zbliżał się do centrum namiotu ze wzrokiem utkwionym w dwóch wygodnych, leżących naprzeciwko siebie matach. A może pamiętał wydarzenie sprzed szesnastu lat i teraz śmiał się w duchu, widząc jej nagłe podporządkowanie się tradycji? Mimo woli rozciągnęła usta w delikatnym uśmieszku, lecz szybko się opanowała i przybrała odpowiednią na to wydarzenie, skupioną minę. Kiedy przycupnęła na macie, serce omal nie rozsadziło jej piersi. Była przerażona i podekscytowana. Gdyby nie skrywana tajemnica, byłaby też zapewne szczęśliwa. Usiłowała skupić się odprawianym rytuale, próbowała pojąć słowa staruchy, lecz doskonale znane, wypowiadane formułki zlewały się w jej umyśle w jazgotliwy bełkot. Na szczęście nie musiała jeszcze reagować. Siedziała więc w bezruchu, udawała, że słucha i rozumie, co się do niej mówi, lecz jej myśli podążały własnymi torami. Wpatrywała się w brzeg maty i zastanawiała nad swoim przyszłym życiem. Kłamstwo nigdy nie przynosiło nic dobrego. Podobnie jak zatajanie prawdy. Czy powinna zaryzykować i powiedzieć mężowi o dziecku? Nie, oczywiście nie w tej chwili, ale w przyszłości… Uniosła odrobinę wzrok i zerknęła nieśmiało na siedzącego naprzeciw mężczyznę. Znajdował się tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Chociaż widziała tylko jego nogi, złożone na udach dłonie i fragment jasnej koszuli, miała wrażenie, że był ostoją dumy i opanowania. Nagle drgnęła. Stara zamilkła i naznaczyła jej czoło smugą ochry. Ten dotyk był przyjemny i orzeźwiający, jednak nie ochłodził jej rozgorączkowanych myśli. Kiedy podobny znak przyozdobił czoło mężczyzny, Shina odetchnęła pełną piersią. Oto, bez słów, stała się jego żoną i przywódczynią Senasyjczyków. Teraz, gdy decydujący moment ceremonii Zaślubin minął, miała prawo unieść głowę i spojrzeć w oczy człowieka, z którym zostało związane jej życie. A jednak wciąż siedziała ze spuszczonym wzrokiem. Policzki płonęły jej z emocji. Ktoś do niej podszedł. Usłyszała cichy szept. – Weź to, Manite. Zerknęła na niespełna pięćdziesięcioletnią, piękną w swej dojrzałości, kobietę. Natychmiast ją rozpoznała. To jej poprzedniczka. Dawna przywódczyni osady, żona stojącego obok wodza i matka jej męża. Senasyjka wyciągała ku niej niezwykle skromny, przymocowany do srebrnego łańcuszka, pomarańczowy kamień. Shina sięgnęła po ozdobę. Wiedziała, że ten wiekowy, niepozorny medalion symbolizował jedność z pustynią, wierność mężowi i mądrość wspólnie podejmowanych decyzji. Przewieszenie go przez szyję nowozaślubionego przywódcy przypieczętowywało ostatecznie ich los i kończyło spędzany w samotności początek ceremonii. Podczas połączenia pary przywódców nie były ważne słowa, lecz symboliczne gesty. Ten był z nich wszystkich najistotniejszy. Zamykał też etap skupienia i milczenia. Dalsza, o wiele bardziej radosna część rytuału odbywać się miała w obecności wszystkich Senasyjczyków. Byli przywódcy skłonili się i opuścili namiot. Ich czas minął. Bez protestu dostosowywali się do praw plemienia i pozwalali, by rządy w osadzie przejęło następne pokolenie. Shina poczuła, że mężczyzna ujmuje ją za rękę i przesuwa na nadgarstek zimną jak lód bransoletę. Wiedziała, że stanowiła ona jedność z medalionem. A więc on przysiągł. Nie mogła się dłużej wahać. Przełknęła ślinę, chwyciła ostrożnie srebrny łańcuszek i uniosła głowę. Zobaczyła wpatrzone w siebie, czarne oczy. Jej serce zamarło. Nie, to jakiś koszmar! Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego! Nie mogła dopełnić ceremonii Zaślubin z tym mężczyzną! Zacisnęła usta i opuściła medalion na uda. Obserwowała swojego partnera z narastającą zaciętością. Nie, nie założy mu medalionu na szyję. Nie połączy z nim swojego życia! Starucha wyczuła gęstniejącą wewnątrz namiotu atmosferę gniewu i nienawiści. – Manite… Shina wyprostowała się niczym strzała. – Manite, jeśli nie założysz Ariemu medalionu, nie będę mogła zakończyć ceremonii Zaślubin. A to będzie znaczyło, że zawiodłam. Że wybrałam niewłaściwą dziewczynę. Nasze plemię pozostanie bez przywódców. – Nie myliłaś się co do mnie – warknęła Shina. – To on nie powinien być wodzem. Nie potrafi robić niczego, poza łamaniem praw Senas. Niszczy je. I niszczy życie ludzi, na drodze których się pojawi. Stara nie odezwała się więcej. O nic nie pytała. Do niczego też jej nie namawiała. Po prostu czekała. Shina oddychała głęboko i wpatrywała się w twarz Ariego. Niemal do furii doprowadzał ją bijący od niego spokój i opanowanie. Dlaczego znów złamał prawo Senas i przyjechał po nią do stolicy? Dlaczego na każdym kroku okazywał jej pogardę i wrogość? Jak mógł być tak okrutny, skoro wiedział, że to właśnie z nią został spleciony jego los? Nie, nie mogła dbać o klan przy boku tego człowieka! Nikt jej do tego nie zmusi! Nagle w jej umyśle rozległo się wspomnienie słów ojca. „Jeśli zostaniesz wybrana, życie twoje i tego chłopca zostanie związane na zawsze”. Spuściła wzrok. Pamiętała swoją radość, gdy została wybrana na żonę przywódcy. Pamiętała też dumę ojca. Mimo słabego zdrowia przeprowadził ją bezpiecznie przez pustynię i pokonał w samotności powrotną drogę. Mógł zginąć, a jednak zaryzykował. Dla niej. Pozwolił, by opuściła osadę i by pobierała nauki. Nie sprzeciwiał się odwiecznym zwyczajom. Pobyt w stolicy był dla niej najwspanialszą, a jednocześnie najbardziej wymagającą przygodą. Z czasem dorosła do wypełnienia swojego zadania. Respektowała swój los. Wiedziała, że nie należy się mu sprzeciwiać. Że nic nie dzieje się bez powodu. I nagle miała się poddać? Miała tak łatwo zrezygnować z wytyczonej drogi i zawieść cały klan? Przez Ariego? Nie, nie da mu tej satysfakcji. Nie okaże się egoistką. Uniosła zdecydowanie medalion i przysunęła się odrobinę do chłopaka. Tak, jak się spodziewała, nie ułatwił jej sprawy. Siedział w bezruchu i bezustannie świdrował ją tym swoim przenikliwym, uważnym wzrokiem. Rzucał jej kłody pod nogi nawet w tak wyjątkowym momencie. Bez słowa przewiesiła mu medalion przez szyję. Niewielki kamyk opadł na jego pierś. Powróciła do dawnej pozycji. Nie słuchała zawodzącej pieśni staruchy. Wpatrywała się w skupieniu w oczy męża. Już wiedziała, skąd brał się ich niezwykły, niemal czarny kolor. Przez tęczówki wydostawało się buzujące w jego duszy zło. Zło, z którym ona będzie musiała nauczyć się żyć.

* * *

Dalszą część ceremonii Zaślubin Shina pamiętała jak przez mgłę. Miała wrażenie, że to, co się dzieje, wcale jej nie dotyczy. Nie cieszyły jej otrzymywane podarki, śpiewy rodaków, wesołe tańce ani spontaniczne okrzyki na cześć nowej pary przywódców. Siedziała w pobliżu ogromnego ogniska, u boku Ariego i w zamyśleniu obserwowała szczęśliwych, pełnych optymizmu Senasyjczyków. Ludzie, o których los miała się troszczyć, byli radośni i zadowoleni. Wypełnianie odwiecznych zwyczajów zapewniało im spokojną, przepełnioną ustatkowanymi latami przyszłość. I oto właśnie jedno z praw się dokonało. Syn przywódcy związał swój los z wybraną dla niego dziewczyną. Teraz mogła ich rozdzielić tylko śmierć. Ludzie poznali Manite i czuli, że jej pobyt w stolicy nie okazał się daremny. Żona wodza przesiąkła wiedzą i mądrością, którą od tej chwili przekazywać miała świetnie znającemu pustynne życie mężowi. Szeptali między sobą, że ci dwoje będą się doskonale uzupełniać i odegnają od nich…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%