przygoda · 24 min czytania
Shina - część V
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część V
Kiedy nazajutrz Shina zeszła na śniadanie, spakowana i gotowa do drogi, wyraźnie widać było po niej, że nie spała zbyt wiele podczas minionej nocy. Miała podpuchnięte oczy i bladą twarz. Zachowywała się też inaczej niż zwykle. Do tej pory radosna, wiecznie uśmiechnięta i chętna do rozmowy, milczała niczym zaklęta i nie spuszczała wzroku z wypełnionego kaszą talerza. Wyczuwała, że siedzący obok Gimmel zerka na nią od czasu do czasu, jednak udawała, że tego nie dostrzega. Wciąż przeżywająca sposób, w jaki została potraktowana przez Ariego, nie mogła cieszyć się towarzystwem starszego Senasyjczyka. Miała wrażenie, że on doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Rozsądek podpowiadał jej, że Ari z pewnością nie pochwalił się swoim wyczynem, jednak na myśl o tym, że Gimmel mógłby poznać prawdę, aż skuliła się na ławie. Na bogów, gdyby tylko cofnęła czas! Gdyby jeszcze raz stanęła twarzą w twarz z pijanym Arim! Wyrzuciłaby go z pokoju z jak największym hukiem, spoliczkowała, zwyzywała… Wzburzona na samą myśl, spiorunowała chłopaka nienawistnym spojrzeniem. On nie zdawał sobie sprawy z targających nią uczuć. Siedział w pewnym oddaleniu, pochylony nad swoją porcją, wsparty na ręce, skubiący od niechcenia małe kęsy. Od kiedy pojawiła się na sali, nie wypowiedział ani słowa. Nie próbował też patrzyć w jej stronę. Krew zabuzowała jej w żyłach. Zacisnęła palce na wystrzępionej łyżce. Jak on mógł ją w ten sposób potraktować?! Jak śmiał?! Gimmel obserwował ją przez moment, po czym szurnął talerzem. Wyprostował się i wstał od stołu. Zarzucił na bark leżącą obok torbę. – Jak skończycie śniadanie, przyjdźcie do stajni. Ja przygotuję konie. Shina uniosła głowę. – Idziesz? – zapytała niepewnie. – Przecież jeszcze nie zjadłeś. – Jak na was patrzę, tracę apetyt – ominął ławę i ruszył do wyjścia. Dziewczyna śledziła każdy jego krok. Nagle przestraszyła się tego, że została z Arim sam na sam. Poderwała się gwałtownie, zebrała swoje rzeczy i pobiegła za Gimmelem. Wyszła na rozświetlone słońcem podwórze i mimo woli rozciągnęła usta w uśmiechu. Urok poranka podziałał na nią niczym kojący balsam. Stała przez chwilę w bezruchu, ciesząca się rześkim, ciepłym powietrzem, wsłuchana w świergot ptaków. Gimmel zniknął za wrotami stajni, więc i ona ruszyła w tamtym kierunku. Gdy tylko przekroczyła próg pachnącego sianem pomieszczenia, natknęła się na wilkowatego psa. Natychmiast go rozpoznała i przywołała do siebie. Głaskała dużego, tulącego się do nóg zwierzaka i z każdą chwilą coraz bardziej go żałowała. Dopiero teraz, w świetle dnia, dostrzegła, jak bardzo był zaniedbany. Jego gęsta, jasna sierść zmieniła się w kołtuny, białe łapy pokrywało zaschnięte błoto, pod skórą odznaczały się wystające kości. Spojrzała w mądre, złociste oczy. – Biedaku, nie traktują cię tu dobrze... – On jest bezpański. Zerknęła na oporządzającego ogiera Gimmela. – Skąd wiesz? – To widać. Gdyby był czyjś, nie garnąłby się tak do obcych. Śpi w stajni, bo tu jest ciepło, nikt go nie przegania i może przecisnąć się przez szparę między skrzydłami wrót. Pies liznął jej dłoń. To wprawiło Shinę w jeszcze większe rozczulenie. – Aż dziw bierze, jaki jest przyjazny. Gimmel przerzucił derkę przez grzbiet konia i schylił się po siodło. – Ja bym na niego uważał – mruknął rzeczowo. – To w połowie wilk. Może być nieobliczalny. Dziewczyna przytuliła masywny łeb do szyi i uśmiechnęła się wprost w sterczące ucho. – Widziałeś? Gimmel się ciebie boi. Myśli, że możesz być niebezpieczny. – Przestaniesz się ze mnie naśmiewać, jak w końcu cię capnie. – Nie zrobi tego – Shina wyprostowała się, obdarzyła wilczura ostatnią pieszczotą i weszła do boksu ogiera. Odwiesiła torbę na jedną z belek i zabrała się do pracy. Po kilkunastu minutach znów siedziała za plecami Gimmela i patrzyła na niknący zajazd. Odjeżdżała z miejsca, które było świadkiem najbardziej poniżającego wydarzenia w jej życiu. Na wspomnienie minionej nocy zacisnęła mocno zęby. Nadal widziała przed sobą połyskujące w blasku księżyca oczy Ariego, słyszała jego przyspieszony oddech, czuła ciężar ciała... Musiała o tym jak najszybciej zapomnieć! Jej rozmyślania przerwało niespokojne rżenie. Przestraszony wierzchowiec zadudnił kopytami o ziemię. Zaciekawiona, obejrzała się za siebie. Ari zdołał uspokoić ogiera, poklepał go po szyi, po czym spiorunował spojrzeniem biegnącego wzdłuż zarośli wilczura. Mieszaniec truchtał sprężyście z nisko pochylonym łbem, zerkał na Shinę, a jego długi, wywalony jęzor niemal wlókł się po trawie. Także Gimmel dostrzegł nieproszonego towarzysza podróży. Wstrzymał rumaka, zeskoczył na ścieżkę. – Do domu! – odezwał się zdecydowanie, wskazując gestem zajazd. Wilczur zatrzymał się i ponownie wbił w Shinę jasne oczy. Dziewczyna przyglądała się, jak mężczyzna usiłuje przegonić przybłędę. Ten odbiegał kawałek między krzaki i zaraz wracał, sapiąc całą paszczą, zadowolony z okazanego zainteresowania. Gimmel znów machnął ręką. – Poszedł! – krzyknął, lecz w jego głosie pobrzmiewał ton zrezygnowania. Pies oblizał pysk i rozsiadł się na ścieżce. Szorował trawę energicznymi machnięciami ogona. Shina uśmiechnęła się, widząc bezradność towarzysza i beztroskę zwierzęcia. Zaraz jednak spoważniała i zerknęła na zsiadającego z konia Ariego. Chłopak zbliżył się do wilczura, chwycił go silnie za sierść na karku i pchnął ku zajazdowi. Rozległ się cichy skowyt, momentalnie przechodzący w głuche warknięcie. Ari wyprostował się, odsunął na bezpieczną odległość i rozejrzał po ziemi. Nagle sięgnął po okrągły kamień. Tego Shinie było już za dużo. – Zostaw go! – wrzasnęła z niezwykłą mocą. Zeskoczyła z grzbietu ogiera, podbiegła do chłopaka i wyrwała mu kamień z dłoni. Jej wzrok przeszywał Ariego na wylot. Mierzyli się spojrzeniem. W umyśle Shiny buzowało narastające napięcie, wściekłość, a także ogromna niechęć. Nawet nie próbowała opanować targających nią emocji. Na bogów, jak ja cię nienawidzę!, myślała, wpatrując się w ciemne oczy Senasyjczyka. Mam nadzieję, że o tym wiesz! I że zdajesz sobie sprawę, że prędzej czy później pożałujesz tego, co mi zrobiłeś! Nawet nie masz pojęcia, jak mnie skrzywdziłeś! Jak bardzo poniżyłeś! Przecież tak się cieszyłam na powrót do osady! A teraz co…? Ty draniu, ranienie ludzi ci nie wystarcza? Chcesz katować psy?! – Shina, musimy się go pozbyć – Gimmel przystanął tuż obok i odsunął rękę, gdy wilczur dotknął jego dłoni mokrym nosem. – Nie. Skoro chce iść, niech idzie z nami. – Chcesz go przygarnąć? Przecież on nie nadąży za końmi. To za daleko. Poza tym czym go będziemy karmić? – Zapasów mamy dość. Oddam mu moje porcje suszonego mięsa. Gimmel milczał. Wahał się, jednak ona nie miała zamiaru rezygnować. Przywiązała się do tego psa. Musiała poprawić jego los. Ruszyła w stronę ogiera. Przechodząc obok starszego z Senasyjczyków, obdarzyła go pełnym stanowczości i spokoju uśmiechem. Tym razem to ona decydowała, jak będzie wyglądała ich dalsza podróż. Gimmel zerknął po raz ostatni na sapiącego wilczura. – Może z czasem znudzi mu się gonienie za nami – mruknął do Ariego. – Niech będzie, jak ona chce. Jedźmy. Chłopak nie odpowiedział. Wrócił do ogiera i dosiadł go sprężystym skokiem. Znów wędrowali przed siebie. Mijali ogromne połacie dzikich terenów, chronili się przed upałem w cieniu drzew i cieszyli muskającymi ich twarze, łagodnymi powiewami wiatru. Shina zerkała na towarzyszącego im psa. Czasami pozostawał w tyle, jakby miał ochotę zawrócić i znów znaleźć się w doskonale znanej stajni, innym razem przyspieszał kroku i biegł przed końmi, do złudzenia przypominając swojego dzikiego kuzyna. Mimo wychudzenia i pozornie złego stanu, był niewiarygodnie wytrzymały. Tę ogromną siłę czerpał zapewne z płynącej w jego żyłach wilczej krwi. Wieczór zastał ich w rozległym brzozowym zagajniku. Gdy tylko słońce dotknęło koron drzew, wstrzymali wierzchowce i urządzili skromny obóz w pobliżu wijącej się wśród kamieni, wartkiej rzeki. Plusk wody mieszał się ze świergotem leśnych ptaków. Shina zeskoczyła na trawę, ułożyła swoje rzeczy pod brzozą i rozciągnęła zesztywniałe mięśnie. Przez moment przypatrywała się rozkulbaczającym zwierzęta towarzyszom, po czym złapała oba ogiery za wodze i poprowadziła je ku strumykowi. Zmęczone całodzienną podróżą konie zanurzyły chrapy w przyjemnie chłodnej wodzie i spokojnie gasiły pragnienie. Tuż obok nich pojawił się wilczur. Zerknął na połyskujący nurt i bez wahania zanurzył w nim łapy. Przejrzysty potok zabarwiła szara smuga roztapiającego się błota. Shina uśmiechnęła się przebiegle i chwyciła leżący w pobliżu konar. Odłamała z niego patyk i zamachała nim przed nosem psa. Ten dopadł do niej, chętny do zabawy. Jeden zamach wystarczył, by kij wylądował na drugim brzegu rzeki. Mieszaniec rzucił się w nurt z głośnym pluskiem. Przepłynął rzekę i wyszedł na brzeg, ociekający wodą i przeraźliwie chudy. Stanął nad zdobyczą, otrząsnął się, tworząc wokół siebie deszcz drobniutkich kropel i chwycił kij w zęby. Po chwili dołączył do Shiny. Dziewczyna przesunęła dłonią po jego sierści, rozplątała kilka uporczywych kołtunów. – No, wyschnij, a będziesz wyglądał, jak należy – mruknęła do siebie. Przywiązała wodze ogierów do pobliskich brzóz i zawróciła ku polance. Ari i Gimmel zdążyli rozpalić ognisko. Kucnęła przy torbie z zapasami i wyjęła kawałek suszonego mięsa. Rzuciła go psu. Ten położył się na trawie i zadowoleniem rozgryzał podarowaną kolację. Jego kły bieliły się w ciemności. Gimmel przycupnął obok niej, podał krwistoczerwone jabłko. Podziękowała i znów skupiła uwagę na psie. Także Senasyjczyk przyglądał się mu z powagą. – Skoro chcesz go zatrzymać, musisz go jakoś nazwać – odezwał się w końcu. – Kazan. Kiedy pojawiłam się w stolicy, Raan dał mi szczeniaka, który tak właśnie się wabił. Gimmel wstał, podszedł do oblizującego pachnące mięsem łapy psa i poklepał go po łbie. Uśmiechnął się, patrząc wprost w żółte oczy. – Masz się sprawować, Kazan. Wilczur uderzył ogonem o ziemię i znów zajął się resztkami kolacji.
* * *
Shina ułożyła się do spoczynku jako ostatnia. Poczekała, aż towarzyszy zmorzy sen i dopiero wtedy zagarnęła swój pled. Ulokowała się na drugim końcu polanki, jak najdalej od nich. Opatuliła się kocem i przywołała Kazana. Gdy pies rozłożył się na trawie, zatopiła palce w jego kudłatej szyi i nie spuszczała wzroku z ogniska. Płomienie stawały się coraz mniejsze, dawały coraz niklejsze światło. Nad lasem rozpościerało się usłane gwiazdami niebo. Chociaż była okropnie zmęczona, sen nie nadchodził. Oderwania się od rzeczywistości nie ułatwiały też myśli, które na powrót pojawiły się w jej podświadomości. Powracały, niczym mroczne koszmary. Uderzyła dłonią w pled. Musiała zapomnieć o postępku Ariego! Powinna zastanowić się nad tym, jak będzie wyglądało jej dalsze życie. Czy znajdzie w sobie dość odwagi, by powiedzieć przyszłemu mężowi o minionej nocy? Czy raczej powinna ukryć fakt, że została zhańbiona przez Senasyjczyka, którego obowiązkiem było bezpieczne doprowadzenie jej do domu? Co by go czekało? I co spotkałoby ją? Przegnanie, śmierć? A może chłopiec zza płomieni wykazałby wyrozumiałość? Zrozumiałby, że to nie była jej wina? Że ona nie zachęcała Ariego? Przyjąłby ją taką, jaką się stała? Nie, nie powinna na to liczyć. Jej przyszły mąż miał stać się wodzem plemienia, a to znaczyło, że powinien przede wszystkim respektować prawa klanu. Nieważne, kto kogo prowokował. Musiałby ukarać winnych. Ją i Ariego. Przejęta nagłym lękiem, spojrzała na leżącego pod brzozą chłopaka. Spał spokojnie, jego pierś poruszała się w równym oddechu, a zsunięty na lewą brew kosmyk włosów nadawał mu niemal dziecięcego uroku. Shina zacisnęła dłonie w pięści. Tylko ogromną siłą woli powstrzymała się, by nie wstać i nie zatłuc go na śmierć. Ten drań najprawdopodobniej zmarnował jej całe życie! Przekreślił coś, do czego przygotowywała się przez szesnaście długich lat! Opanowanie się zajęło jej niemal godzinę. Leżała w bezruchu, z…