przygoda · 19 min czytania
Shina - część VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część VI
Zmrok stanowił dla Shiny prawdziwe wyzwanie. Nie wiedziała, czego mogła się spodziewać. Pomimo w miarę przyjacielskiego przyjęcia nie ufała Darvowi i innym Erovanom. Obserwowała ich w napięciu, gotowa zareagować na najmniejszy nawet znak zwiastujący niebezpieczeństwo. Napój Prawdy był tylko dziecinną zabawą, przesądem bez znaczenia. Nie powinna opierać na efekcie jego skosztowania swojego podejścia do przedstawicieli wrogiego klanu. On nie mógł zdradzić prawdziwych intencji otaczających ją ludzi. Musiała liczyć tylko na siebie. Spędziła wieczór w sporej, rozgrzanej płomieniami izbie. Siedziała przy bogato zastawionym stole. Chociaż była głodna, nie jadła zbyt wiele. Wpatrywała się w twarz Darva i słuchała go z uwagą, czujna niczym dzikie zwierzę. Z początku niepewna, jakby nie zdająca sobie sprawy, że ma prawo reprezentować własny klan, przytakiwała każdemu słowu mężczyzny i nie ryzykowała sprzeczki. Jednak z każdą mijającą sekundą zyskiwała pewność siebie. Odzywała się coraz częściej. W końcu pojęła, że jej przybycie do Fallvitnir zobowiązywało ją jako przyszłą przywódczynię do polepszenia życia zamieszkujących północne zakątki pustyni pobratymców. W najgorszym razie powinna utrzymać sprawy takimi, jakie były do tej pory. Nie mogła dopuścić do pogorszenia stosunków pomiędzy Senasyjczykami a Erovanami. Ta myśl dodała jej skrzydeł. Nagle poczuła się silna i niezwykle elokwentna. Zmęczenie opuściło ją bez śladu. Patrzyła wprost w oczy Darva, wymawiała swoje pomysły z uśmiechem przyklejonym do ust, pewnym, spokojnym, lecz jednocześnie mocnym głosem. Musiała zadbać o swoje plemię. Znała też zwyczaje wrogów i skutecznie to wykorzystywała. Z czasem nabrała tak ogromnej pewności siebie, że traktujący ją z lekkim pobłażaniem Darv zmarszczył brwi, a siedzący pod ścianą Gimmel uniósł głowę i przyglądał się jej z niemym podziwem. Dziewczyna czuła na sobie jego spojrzenie i to sprawiało, że wstępowały w nią nowe pokłady energii. Chciała pokazać, na co ją stać. Odepchnęła od siebie wszelkie lęki i obawy. Zapomniała o przykrych wydarzeniach. Teraz była przedstawicielką klanu Senasyjczyków, niezależnego plemienia znoszącego z dumą trudy pustynnego życia. Jako jedna z nich, wypełniała swoje zadanie najlepiej, jak tylko potrafiła. Pertraktowała. Prześcigała się w pokojowych rozwiązaniach istniejących problemów. Łagodziła słowami zaognione konflikty. I tak niemal bez końca… Było już grubo po północy, gdy ona i Darv wspólnie uznali, że czas zakończyć tę męczącą, wymagającą wielkiego wysiłku rozmowę. Przywódca Erovanów wstał od stołu jako pierwszy i wyciągnął dłoń. – W porządku, Shino. Obiecuję, że przedstawię nasze ustalenia moim ludziom. Muszę przyznać… – zerknął na podchodzącego Gimmela – że nie spodziewałem się po Senasyjce tak bystrego umysłu i niesamowitego daru przekonywania. Gimmel obdarzył dziewczynę ciepłym uśmiechem. – Bardzo się cieszymy, że to właśnie na nią padł los podczas ceremonii Wyboru. – Możecie być z niej dumni. Wasz klan zyskał wspaniałą przywódczynię – Darv odprowadził gości do drzwi i skinął głową na pracującą przy kominku kobietę. Ta wstała, otarła zabrudzone sadzą ręce o fartuch i zbliżyła się do wyjścia. – Moja żona pokaże wam, gdzie spędzicie noc. Shina i Gimmel wyszli za Erovanką na spowite ciemnością podwórze. Uderzył w nich powiew chłodnego powietrza, dęby zaszeleściły liśćmi. Wokoło panowała przyjemna, odprężająca cisza. – Cieszę się, że rozmowy z moim mężem potoczyły się tak sprawnie. On ma trudny charakter… – kobieta zamilkła i natychmiast zmieniła temat. – Mam nadzieję, że wasze pokoiki przypadną wam do gustu. Niestety, są tylko dwa, resztę zajmują nasze dzieci i pomocnicy mojego męża. – W porządku – odezwał się Gimmel. – Dwa w zupełności wystarczą. Żona Darva obejrzała się. – A wasz towarzysz? – On się najlepiej czuje w towarzystwie koni. Shina uśmiechnęła się do siebie. Niech Ari robi, co chce. Niech nocuje w stajni. Nikt mu nie kazał pilnować ogierów. Skoro sam tak postanowił, jego wybór. Pogłaskała Kazana, który dostrzegł ją i natychmiast opuścił schronienie pod dębem. Była zmęczona. Jeśli tylko w przydzielonej jej izdebce znajdzie się czyste klepisko i koc, niczego więcej jej do szczęścia nie zabraknie. Już po chwili ominęła ogromną malwę i zaproszona gestem, weszła do prostokątnego pokoiku. Mimo ciemności zdołała dostrzec zarys ciągnącej się po lewej stronie, przykrytej owczymi skórami ławy. Wspaniale! Erovanka zapaliła kaganek i postawiła go na niewielkim pieńku. Ciepłe światło zalało drewniane, sękate ściany. Gimmel rozejrzał się po pomieszczeniu i położył w kącie torbę Shiny. Wykonał ruch, jakby chciał zostawić tu też swoje rzeczy, co wywołało natychmiastowa reakcję starszej kobiety. – Dla ciebie przygotowałam pokoik na piętrze. Tuż nad Shiną. Roześmiał się. – Nie miałem zamiaru tu zostawać – odparł, rozbawiony. Odczekał, aż żona przywódcy wyjdzie na podwórze i spojrzał dziewczynie w oczy. – Byłaś niesamowita. Wzbudziłaś respekt Darva. Ta pochwała sprawiła jej ogromną przyjemność. – Starałam się. – Nadal się boisz? Shina przysiadła na ławie. Przesunęła dłonią po miękkim runie. – Nie. Poza tym Kazan będzie ze mną – zerknęła z uśmiechem na leżącego na klepisku psa. Gimmel skinął głową, życzył jej dobrej nocy i zniknął w ciemności. Dziewczyna siedziała przez moment w bezruchu i wsłuchiwała się w dwie pary kroków. Jej towarzysz i Erovanka odeszli w lewo, wspięli się po schodach i już po chwili tuż nad nią rozległo się ciche stuknięcie drzwi. Zdjęła buty i wskoczyła pod przykrycie ze skór. Odetchnęła pełną piersią. To był pełen wrażeń dzień. Udany dzień, to musiała przyznać. Najwyższy czas, by trochę odpoczęła.
* * *
Obudziło ją ciche stuknięcie. Nie do końca przytomna, przewróciła się na plecy i usiłowała unieść powieki. Blask kaganka raził jej źrenice, więc przetoczyła się na bok i zakryła oczy dłonią. Mrugnęła raz, drugi. Wreszcie spojrzała przed siebie. Zobaczyła, że Kazan stoi przy drzwiach i wpatruje się w szparę pomiędzy skrzydłem a framugą. – To ty tak hałasujesz? – mruknęła niewyraźnie. Pies natychmiast odwrócił głowę i zaskomlał przejmująco. Shina nie zareagowała. Senna, dała się pokonać na powrót zmęczeniu. Do przytomności doprowadził ją kolejny trzask. Westchnęła i wsparła się na łokciu. Patrzyła, jak Kazan drapie łapą w drzwi. Zirytowana, zwlekła się z ławy. – Po co ja cię tu wpuszczałam… Gdy tylko uchyliła drzwi, wilczur wystrzelił na podwórze niczym szalony. Po chwili rozległo się jego basowe ujadanie. Shina przeklęła w duchu. Ten kundel pobudzi całe miasto! – Kazan! – syknęła, chcąc przywołać psa z powrotem do izby. Mieszaniec musiał ją usłyszeć, bo umilkł na moment. Dostrzegła jego przemykającą wzdłuż ogrodzenia sylwetkę. – Kazan, chodź tu! Szczeknął ostatni raz, zawróciił i przystanął w pobliżu bramy. Uniósł łeb, wpatrywał się w swoją opiekunkę bez chwili przerwy. Jego źrenice połyskiwały bielą w słabym świetle księżyca. Dziewczyna wsłuchała się w ciszę. Na szczęście ten ujadający potwór nie pobudził domowników ani nie sprowokował tutejszych psów do jazgotliwego koncertu. Przynajmniej na razie. Wyszła za próg i schyliła się nieco. Uderzyła dłońmi w uda. – No chodź – szepnęła. Kazan ani myślał spełniać polecenia. Wybiegł przez uchyloną bramę, znikł za palisadą, po czym wrócił i zaczął obwąchiwać jakiś duży, czarny przedmiot. Shina wyprostowała się i zmarszczyła brwi. Myślała, co by to mogło być. Coś tak sporego… z pewnością zwróciłaby uwagę na tę przeszkodę, gdy wjeżdżała na podwórze Darva. A jednak była przekonana, że wówczas nic tam nie leżało. Czuła ogromną chęć rozwiązania tej zagadki. Była zaciekawiona, ale też opanowywał ją narastający niepokój. Zupełnie jakby znalazła się w niebezpieczeństwie… Nagle Kazan pisnął cicho i szturchnął czarny cień nosem. To coś drgnęło bezwładnie. Shina nie zastanawiała się dłużej. Zdecydowana, zacisnęła dłonie w pięści i ruszyła przez podwórze. Uspokajały ją nieco senne milczenie miasta i obecność psa. Podejrzewała, że to jakiś kamień, torba lub worek. Gdy jednak dotarła do środka placu, poczuła, że nogi się pod nią uginają. Pojęła, że ma przed sobą leżącego, ubranego na czarno, człowieka. Zamarła na moment, przestraszona. Nie wiedziała, co powinna zrobić. Pobiec do Darva, obudzić go i powiedzieć, że któremuś z jego ludzi przydarzyło się coś złego? A może najpierw zaalarmować Gimmela? Chociaż strach paraliżował jej wolę, zbliżyła się odrobinę do leżącego i spojrzała mu w twarz. Była jednak zbyt daleko, nie rozpoznawała jego rysów. Zrobiła kolejny krok. I jeszcze jeden. Kazan zaskomlał ponownie, lecz ona nie zwróciła na to uwagi. Stała obok człowieka i patrzyła na niego z góry. Oddychała głęboko, chcąc uspokoić łomotanie serca. Doskonale znała tę twarz. Kucnęła przy leżącym. Przez chwilę wpatrywała się w niego z napięciem, nie mogąc zapanować nad tłoczącymi się w głowie myślami. Czuła zagubienie, strach, pustkę. Gniew i nienawiść. I najsilniejsze ze wszystkiego – satysfakcję. Satysfakcję z tego, co go spotkało. – Napój Prawdy cię zdradził – szepnęła. Pies trącił nosem ramię chłopaka, po czym otarł się o Shinę. Popiskiwał cicho, zupełnie jakby prosił ją, by w końcu zareagowała. Jednak ona nie chciała nic robić. Nie dla Ariego. Pozwalała, by napój Prawdy zniszczył go do cna. Gwałtowny poryw wiatru targnął jej włosami, przeniknął przez ubranie. Kazan omal jej nie przewrócił. Drgnęła, zacisnęła na moment powieki. Nie mogła mieć na sumieniu życia rodaka! Nawet takiego, którego darzyła najczystszą nienawiścią! Poderwała…