Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 21 min czytania

Shina - część VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część VII

Jechali zdecydowanym kłusem. Nie oglądali się za siebie. Bezbronni, z rannym towarzyszem z trudem utrzymującym się w siodle. Mogli tylko modlić się w duchu, by nikt z Fallvitnir nie zauważył ich potajemnego opuszczenia miasta i by nie wyruszył w pogoń. Mijały kolejne, pełne napięcia minuty. Słońce malowało pięknymi, brzoskwiniowymi barwami niebo na wschodzie, chłodny wiatr niósł ze sobą rześkość poranka. Ponaglane konie posapywały cicho, ich kopyta stukały głucho o ziemię. Na przedzie truchtał Kazan. Shina instynktownie dostosowała się do ruchów wierzchowca. Wyprostowana, przez dłuższy czas nie spuszczała wzroku z jadącego przodem Gimmela. Zastanawiała się nad jego słowami. On domyślił się, że zraniono Ariego celowo. To nie był przypadek. Co więcej, ten, kto podniósł na chłopaka rękę, chciał ukryć swój atak. Śmierć Senasyjczyka miała wyglądać na działanie napoju Prawdy. Nikt nie mógłby zarzucić Erovanom złamania dawnych obyczajów. Ani ona, ani Gimmel nie udowodniliby, że młody towarzysz zginął z ręki goszczących ich wrogów. Niby wszystko było proste i oczywiste, lecz wnikliwy umysł Shiny nie pojmował jednego: dlaczego ktoś zaatakował właśnie Ariego? Dlaczego zapolował na niepozornego, niewiele wartego zająca, skoro mógł zabić potężną, imponującą łanię? Przecież Ari był nikim. To ona miała wrócić na pustynię i przewodzić znienawidzonemu plemieniu. Gdyby tylko Erovańczyk chciał, jednym pchnięciem noża pozbawiłby Senasyjczyków szczególnej dziewczyny. Dziewczyny, która była ich przyszłością. Czyżby zaatakował dla zwykłej chęci zabicia? Nie mógł znieść obecności obcych w jego mieście i wybrał najłatwiejszą ofiarę? Przecież Ari został sam w stajni. Towarzyszyły mu tylko konie. To nie było rozsądne. Stał się zbyt łatwym celem i ktoś skrzętnie to wykorzystał. Później napastnik starał się ukryć swoją zbrodnię, dlatego ocierał ranę grubym materiałem. Nie chciał, by koszula chłopaka splamiła się krwią. Jednak pies go przegnał. Shina zacisnęła zęby. Gdyby nie Kazan… Ponagliła nieco konia. Zrównała się z Gimmelem i bezwładnie opierającym się o niego Arim. Zerknęła w twarz starszemu z towarzyszy. Był spięty i skupiony. Patrzył w dal, na równy, pokryty coraz rzadszą trawą, horyzont. Nie odezwała się. Nie miała mu nic do powiedzenia. To on powinien jej wszystko wyjaśnić. Słońce górowało nad nisko wiszącymi chmurami, a oni nadal jechali przed siebie. Chcieli zapomnieć o Fallvitnir i jak najszybciej dotrzeć do rodzinnej osady. Shina po raz kolejny spojrzała na Gimmela, po czym przeniosła wzrok na Ariego. Miał spuszczoną głowę, ręce z ledwością zaciskały się na łęku siodła. A jego pas… – Gimmel, zatrzymaj się. Drgnął, wyrwany z zadumy. – Co? – Zsiądź – przyciągnęła ku sobie wodze wierzchowca i zeskoczyła na trawę. Wygrzebała z torby małe zawiniątko. Mężczyzna posłuchał jej rady. Dopiero teraz dostrzegł to, co zauważyła wcześniej Shina. Lewy bok koszuli Ariego był przesiąknięty krwią. Ciemna plama zabarwiła też pas jego spodni. Pomógł zsunąć się towarzyszowi z siodła. Chłopak runął bez sił na piasek. Gimmel kucnął tuż obok niego. Poluźnił szary pas, uniósł koszulę i odplątał nasączony krwią supeł. Ściągnął z szyi swój własny szal i zdecydowanie rozerwał go na pół. Milczał, lecz był wyraźnie zaniepokojony stanem Ariego. Miał powody do obaw, młody Senasyjczyk wyglądał tak, jakby już przebył połowę drogi do krainy przodków. Od niego zależało, czy chłopak zawróci, czy będzie kontynuował duchową podróż ku wieczności. Shina zbliżyła się, wyciągnęła ku niemu zawiniątko. – Obłóż tym ranę. Wziął od niej paczuszkę, zajrzał do środka. – Krwawnik. – Tak. Pomoże w gojeniu. – Najpierw musimy zrobić coś, by powstrzymać krwotok – przycisnął róg szala do rany i spojrzał Ariemu w twarz. – Ma gorączkę. Daj mu trochę wody. Shina nawet się nie poruszyła. Ani myślała dotknąć się do tego drania. Gimmel dostrzegł jej niemy protest. Uniósł głowę. Brązowe oczy błysnęły irytacją. – Na co czekasz? Zacisnęła dłonie w pięści. – Dość już dla niego zrobiłam. Gimmel natychmiast wyczuł płynącą od niej złość. Spuścił wzrok, zapatrzył się w pokryty mokrą czerwienią bok chłopaka. – Sam sobie nie poradzę. Daj mu pić. Nie mogę dowieźć do osady trupa. Dziewczyna wciąż się wahała. Na nowo przeżywała to, co spotkało ją w zajeździe. Nie! Odwróciła się na pięcie i podeszła do konia. Usiadła na ziemi, całkowicie ignorując kręcącego się w pobliżu Kazana. Patrzyła z uporem na zwróconego do niej plecami Gimmela. Mocował się z opatrunkiem. Szło mu to bardzo opornie, nie mógł jednocześnie posypywać rany sproszkowanymi, suszonymi roślinami, przytrzymywać materiału i wiązać pasów. Nagle nacisnął zbyt mocno i Ari stęknął boleśnie. Otumaniony, chciał wstać, lecz towarzysz cudem odwiódł go od tego pomysłu. Chłopak padł z powrotem na piasek. Przez jego ciało zaczęły przetaczać się coraz dokuczliwsze, naprężające mięśnie, dreszcze. Gimmel widział, że stan Ariego gwałtownie się pogarsza. Odwrócił się. – Na bogów, Shina! Dziewczyna prychnęła pod nosem. Niewiele myśląc, wstała, odczepiła od juków na wpół opróżniony bukłak i podeszła do Ariego. Kucnęła obok, przyłożyła worek do jego ust. – Pij! – rozkazała. Chłopak zakrztusił się. Natychmiast zrozumiała, że on nie miał siły wykonać jej polecenia. Był spocony, rozogniony, patrzył na nią niezdrowo błyszczącymi oczyma. W jego wzroku nie było nienawiści, gniewu ani odpychającego chłodu. Ze źrenic wyzierał strach, ból i oszołomienie. Nie miała pewności, czy w ogóle pojmował, kto mu pomagał. Gimmel się nie mylił. Ten chłopak znajdował się na granicy śmierci. Musiał coś wypić, by uzupełnić ubytek straconej krwi i pokonać gorączkę. Ale jak go do tego zmusić? Ciepły oddech musnął wierzch jej dłoni. Po raz kolejny próbowała wlać mu do gardła nieco wody i znów cienka strużka spłynęła w dół jego policzków. Zaklęła. To bezcelowe. Przełamując ogromną niechęć, opadła na kolana, przysunęła się bliżej rannego i uniosła jego głowę. Oparła ją o własne udo, przytrzymała jedną ręką. Pochyliła się nad nim i przyłożyła bukłak do ust. – Połknij to – mruknęła i przechyliła powoli worek. Wpatrywała się, jak woda wpływa między wargi Senasyjczyka, moczy zęby. Ari drgnął, kaszlnął, lecz ona nie poddała się i uniosła tylko nieco wyżej jego głowę. Po chwili przełknął parę łyków źródlanej wody. Wymęczony, przymknął powieki i odetchnął cicho. Shina wyczuwała, że Gimmel przez cały czas obserwował uważnie jej zachowanie. Do tej pory nie reagowała, lecz teraz spojrzała na niego z powagą. Wokoło pobrzmiewała cisza. Tylko jakiś mały ptak przeciął z trelem naznaczone obłokami niebo. – Dziękuję. Nie zależało jej na podziękowaniach. Chciała poznać prawdę. Prawdę o tajemniczych wydarzeniach i o ludziach, którzy nagle pojawili się w jej życiu. Wstała, otrzepała ubranie. – Gimmel, co ty przede mną ukrywasz? Mężczyzna zawiązał mocny supeł na boku Ariego i także uniósł się na nogi. Zwinął zakrwawione strzępy tkaniny i wcisnął je do juków. Zachowywał się tak, jakby nie usłyszał pytania. To jej nie zniechęciło. Był jej winien wyjaśnienia. Ani myślała odpuścić. – Przyjeżdżacie po mnie o rok za późno – zaczęła z przejęciem. – Ty jesteś miły, ale Ari zachowuje się tak, jakbym była jego najgorszym wrogiem. Mówi, że pokazał się w stolicy po to, by mnie poznać i przekonać się, czy jestem czegoś tam warta. W Fallvitnir napadają na niego, chociaż nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Przynajmniej Raan mi o tym nie wspominał. Erovanowie to niszczyciele, ale szanują dawne zwyczaje. – A jednak bałaś się tam pokazać – wtrącił Gimmel. – Oczywiście, że się bałam! Wjeżdżaliśmy do siedziby naszego śmiertelnego wroga! – wybuchła. – Ty się wcale nie bałeś? Nie odpowiedział, lecz to nie zbiło jej z tropu. Nie było ważne, czy był dzielny, czy trząsł się ze strachu. To nie wiązało się z prześladującą ją zagadką. Zmrużyła oczy. – Nie chciałeś zdradzić Darvowi imienia Ariego. Nie poprosiłeś, by towarzyszył nam podczas rozmowy. Zupełnie, jakbyś przeczuwał, że coś mu grozi. I tej samej nocy omal nie zginął! – zamilkła na moment, chcąc zebrać myśli, po czym zapytała powoli – Gimmel... kim on jest? I kim ty jesteś? Młody Senasyjczyk przerzucił sobie ramię towarzysza przez kark i ostrożnie uniósł go z ziemi. Zbliżył się do konia i pomógł mu wspiąć się na siodło. – Jesteśmy twoimi współplemieńcami – mruknął, nawet nie oglądając się za siebie. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Wiedziała, że obaj należą do klanu Senasyjczyków. Zdradzały ich zarówno stroje, jak i charakterystyczny dla ludów pustyni wygląd. Wysokie, smukłe sylwetki, śniada skóra, kruczoczarne włosy i nieco skośne, brązowe oczy. Jej chodziło o bardziej szczegółowe wyjaśnienia. O to, jaką rolę odgrywali wśród swoich rodaków. Miała dość zwodzenia. Zbliżyła się do Gimmela i spojrzała mu w twarz. – Czy to ty złamałeś szesnaście lat temu nasze prawa i patrzyłeś na mnie poprzez płomienie ogniska? Ty jesteś starszym synem przywódców? Mężczyzna zerknął na nią z uwagą. Najwyraźniej znów chciał powiedzieć coś, co oznaczałoby wiele, a jednocześnie nic konkretnego. – Powiedz po prostu: tak albo nie! – wyrzuciła z siebie. – Shina, ja… – Powiedz! Wahał się. Odwrócił głowę, wpatrywał się w bok konia niczym zahipnotyzowany. Musiała zmusić go do mówienia. Inaczej nigdy nie pozna faktów. – Pogrywasz ze mną w ten sposób? Dobrze, więc każę ci zdradzić, jak jest naprawdę – syknęła. Zacisnął usta. Wyraźnie nie spodobało mu się, że ona wydaje polecenia. Że wykorzystuje przeciw niemu swoją społeczną pozycję. Jednak wiedział, że nie może się jej sprzeciwić. – Nie. Nie jestem synem przewodzącej pary. Jedźmy już – dosiadł ogiera i objął mocno Ariego. Ostrze zawodu wbiło się w jej serce, jednak nie okazała żalu. Nie dała się też tak łatwo zwieść. Złapała wierzchowca za ogłowie. Koń wstrząsnął łbem, długa grzywa połaskotała ją po ręce. – A on? – wskazała skinieniem na rannego. – On też nie jest chłopakiem, za którego go bierzesz – odparł, patrząc jej intensywnie w oczy. – Możemy już ruszać? Shina, to dźgnięcie nożem jest naprawdę paskudne. Jeśli się nie pospieszymy, on umrze. Cofnęła się o krok, lecz wciąż zaciskała palce na plecionym nachrapniku. – Powiedz mi, kim jest Irel? Oczy Gimmela rozszerzyły się ze zdumienia. – Irel? Przytaknęła krótkim skinieniem. – Dlaczego o niego pytasz? I skąd… skąd o nim wiesz? – Ari wymówił to imię w moim pokoju.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%