przygoda · 22 min czytania
Shina - część VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część VIII
Shina szybko przywykła do życia w osadzie. Z każdym dniem czuła się coraz pewniej. Wprost lgnęła do otaczających ją Senasyjczyków. Rozmawiała z nimi na niemal wszystkie tematy. Zapytana, wspominała przeszłość, opowiadała o pobycie w stolicy, poruszała sprawy związane z przyszłością. Nawiązywała nowe znajomości i odnawiała stare przyjaźnie. Chciała jak najlepiej poznać ludzi, o których miała zacząć się wkrótce troszczyć. Starała się spędzać aktywnie i pożytecznie każdą mijającą minutę. Przez szesnaście lat pozbawiona tradycyjnego, pustynnego życia, krążyła po osadzie i obserwowała uważnie nawet najbardziej zwykłą czynność. Gdy tylko mogła, dołączała do wykonywanych prac. Pomagała nosić wiadra wody z wykopanej w centrum osady studni, przypominała sobie, jak przygotowuje się tradycyjne, wypiekane na gorącym kamieniu placki, oprawiała upolowane zwierzęta i ptaki, wieczorami rozpalała ogniska, a w wolnych chwilach zajmowała się hodowanymi w pobliskiej oazie końmi. Gdy tylko widziała wspaniałe, masywne zwierzęta o długich, falujących grzywach i ogonach, doświadczała czegoś na kształt duchowego uniesienia. Czuła z nimi ogromną więź. One i Senas były kwintesencją swobody i dzikiego piękna. Kochała je. Wielokrotnie wskakiwała na grzbiet czarnego rumaka i gnała galopem przez bezkresną pustynię, mrużąc oczy i z trudem chwytając w płuca gorące, przesycone pyłem powietrze. Po takich przejażdżkach wracała do osady rozpromieniona, radosna i tak silna, że mogłaby przenosić góry. Wiedziała, że jej eskapady odbijały się echem wśród mieszkańców osady. Ludzie uważali, że postępowała nieostrożnie. Bali się o nią. Mawiali, że jako przyszła przywódczyni nie powinna pozwalać sobie na podobne wybryki. Ona wcale się tym nie przejmowała. Kochała wolność i nie miała zamiaru z niej rezygnować. Nie chciała, by rola żony wodza w jakikolwiek sposób ją ograniczała. Nie uległa nawet wówczas, gdy pewnego wieczora stara dała jej zdecydowanie do zrozumienia, że powinna zaprzestać tych praktyk. – Gnasz przed siebie jak szalona. Nie powinnaś tak postępować i ryzykować swojego zdrowia i życia, Manite! – syczała, dorzucając do palącego się przed namiotem ogniska parę połamanych polan. – Nic mi się nie stanie. Doskonale zdawałaś sobie sprawę, jaka jestem, gdy wybrałaś mnie na przyszłą przywódczynię. Kobieta potrząsnęła głową. Cisnęła do ognia ostatni patyk i przysiadła na wydrążonym pniu. – Wiedziałam, jaka byłaś i na kogo się zapowiadałaś, ale miałam nadzieję, że stolica trochę cię wychowa. Że cię ujarzmi – prychnęła ironicznie. Shina wybuchła śmiechem i pogłaskała po łbie śpiącego Kazana. – Przecież nas nie da się ujarzmić. Jesteśmy jak wilki. Niezależne i samowystarczalne. Albo jak nasze konie. Niby oswojone, a jednak dzikie. Staruszka skinęła głową. – I bardzo dobrze. Potrzebujemy naszej dzikości, inaczej pustynia szybko by nas przepędziła. Nie żywiłaby tchórzów. – Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. – Ale brawura musi mieć granice! Musisz czuć respekt do otaczającego cię świata. A ty z nim igrasz. Jeśli spadniesz z konia i skręcisz kark, okaże się, że jednak dokonałam złego wyboru. Że przekreśliłam szesnaście lat twojego życia i zmarnowałam przyszłość naszego plemienia. Nie zapominaj, że jesteś skarbem Senas, Manite. Shina spuściła wzrok. Zamyślona, pieściła palcami sterczące, psie ucho. – Powiedz… kiedy odbędzie się ceremonia Zaślubin? Kobieta zerknęła na nią i zarechotała donośnie. – Spieszy ci się? Czy jej się spieszyło? Nie, było jej dobrze tak, jak do tej pory. Spędziła w osadzie ponad tydzień, a miała wrażenie, że przybyła tu dopiero wczoraj. Chłonęła całą sobą sposób życia, którego jej tak bardzo brakowało. Gdyby tylko mogła, wcale by tego nie zmieniała i nie wychodziłaby za mąż. A jednak zdawała sobie sprawę ze spoczywających na niej obowiązków. Nie mogła się już wycofać. Tak, jak powiedział ojciec, w chwili dokonania się ceremonii Wyboru życie jej i ukrytego za płomieniami ogniska chłopca zostało związane na zawsze. To było jej przeznaczenie. – Jestem ciekawa, jaki on jest – odparła zgodnie z prawdą. Staruszka zacisnęła usta tak mocno, że na jej wargach pojawiły się pionowe zmarszczki. – Czemu jesteś ciekawa? Przecież go widziałaś. Patrzyliście na siebie, niepomni przestróg. Nie było dla was ważne, że możecie drogo za to zapłacić. Że nasz zwyczaj tego zakazuje. A więc ona także to dostrzegła! Zapamiętała wydarzenie sprzed szesnastu lat! – Byliśmy tylko dziećmi… – uśmiechnęła się niepewnie. – Byliście tylko dziećmi – powtórzyła powoli stara, jakby chciała sama siebie przekonać, że to wytłumaczenie jest cokolwiek warte. Uniosła się i otrzepała ręce – To prawda. Dziećmi, dla których groźba kary była tylko pustymi słowami. Nawet okrutna nauczka niczego was nie nauczyła. No, może ty nie miałaś nic do powiedzenia, ale on… Słysząc ostatnie zdanie, Shina zamarła. – Jak to? – zapytała z przejęciem. Kobieta pokiwała tylko głową. – Oboje igracie z losem. Jak wielka tragedia musi się wydarzyć, byście wy, młodzi, w końcu nauczyli się, że zwyczaje Senas to nie zabawa? Że ktoś, kto je łamie, musi za to zapłacić? Ale nie, wy traktujecie wolę pustyni jak zwykłe przesądy! – Złamałam zwyczaj tylko raz. Szesnaście lat temu. Teraz bym się tego nie dopuściła… Powiedz, czy to, co zrobiłam, miało jakiś wpływ na naszą osadę? Stara zerknęła na nią z ukosa. – Powinnaś powiedzieć „co zrobiliśmy”, bo nie byłaś przy tym sama. I tak. Senas uderzyła w nas wszystkich. W ciebie też. Przekonasz się, że to był bolesny cios. Shinie zabiło mocniej serce. – Co się stało? Kobieta nie miała zamiaru kontynuować rozmowy. Rzuciła jakąś błahą uwagę do przechodzącej w pobliżu, obcej Senasyjski i nie zwracając uwagi na wciąż siedzącą przy psie, czekającą na odpowiedź Manite, zniknęła wewnątrz swojego namiotu. Dziewczyna zapatrzyła się w szaroniebieskie niebo. Najpierw Gimmel, teraz stara… miała wrażenie, że każdy Senasyjczyk wie o jej życiu więcej, niż ona sama. Lecz nikt nie kwapił się, by wyjaśnić, co wydarzyło się w osadzie podczas jej nieobecności. Miała już pewność, że na to, co się stało, miała wpływ pamiętna noc. Noc, w czasie której dokonała się ceremonia Wyboru. W czasie której spojrzenia jej i chłopca splotły się, mimo wściekłego protestu ognia. Od tego się wszystko zaczęło. Coś zagadkowego, złego. I, wnioskując ze słów starej, to nadal trwa. Odetchnęła głęboko. Znów usłyszała w umyśle wyraźny głos towarzysza podróży. Potrząsnęła niecierpliwie głową. Tak, tak… dowie się wszystkiego w swoim czasie. Jednak kiedy ten moment nadejdzie?!
* * *
Shina poruszyła się niespokojnie na posłaniu. Zmarszczyła brwi i mamrocząc coś do siebie, przewróciła się na plecy. Pled, którym się okryła, spadł na wyłożoną plecioną matą podłogę namiotu. Unosiła się w jasnej, rześkiej, wypełnionej mgłą przestrzeni. Miała wrażenie, że płynie w wodnych odmętach. Było jej błogo i przyjemne. Rozpostarła ręce niczym szybujący po nieboskłonie ptak. Nagle musnęła palcami wyłaniający się z dołu, jedwabisty materiał. Znała ten dotyk. Tak samo miękka była pościel, pod którą spędzała noce podczas pobytu w stolicy. Nieoczekiwanie mgła zniknęła, a ona znalazła się w swoim dawnym pokoju. Leżała na łóżku. Jednak nie była sama. Uniosła powieki. Zobaczyła nad sobą śniadego, niespełna trzydziestoletniego, bardzo przystojnego mężczyznę. Hebanowe, półdługie włosy okalały jego twarz niczym najprawdziwsza korona, ciemnobrązowe, niemal czarne oczy wpatrywały się w nią bez chwili przerwy. Jej pierś rozsadzało szybkie dudnienie. Czuła uniesienie i narastającą przyjemność. Ciało obcego było gorące, każdy jego ruch sprawiał, że przenikały ją wibrujące fale przyjemności. Chciała, by to, co się z nimi działo, nie miało końca. Przesunęła dłonie wzdłuż jego pleców i zarzuciła mu ramiona na kark. Przygarnęła go do siebie. Poddał się jej woli, opadł na nią i namiętnie pocałował. Nie znała go, jednak wcale się tym nie przejmowała. Miała wrażenie, że to, co ich łączyło, było dobre i właściwe. Jakby w ten sposób pieczętowali i umacniali obowiązujący ich rytuał. Jakby wiązała ich niewidzialna nić. Jakaś przysięga lub obietnica… Obcy uniósł się nieco. Zapatrzyła się w nieco młodszą, równie śniadą, lecz doskonale znaną twarz. W twarz Ariego. Shina wysiliła wolną wolę i poderwała się gwałtownie. Usiadła na posłaniu. Dysząc ciężko, starała się uspokoić kołatanie serca. Przeklęła. Dlaczego nawiedził ją tak dziwny sen? Kim był ten obcy mężczyzna? I czemu nagle zmienił się właśnie w Ariego?! Nie, to, co się wydarzyło, nie było normalne! Ułożyła się z powrotem na pledzie i zapatrzyła w ciemność. Przez pewien czas słuchała łopotu płachty namiotu. Potem zamknęła oczy. Usiłowała zasnąć. Miała nadzieję, że ten dziwaczny koszmar, bo tak go odbierała, nigdy więcej nie powróci. Wiedziała, że sny są podświadomym spełnieniem snutych na jawie pragnień i marzeń, lecz ona nigdy nie patrzyła na Ariego jak na atrakcyjnego mężczyznę. Czuła do niego czystą nienawiść. Myśl o nim jako o kochanku wydawała się jej kompletnie niedorzeczna! Jak mogła śnić o czymś takim? Po tym, co jej zrobił? Wzdrygnęła się. To chore! Skuliła się na boku i odetchnęła głęboko. Zdołała zapanować nad targającymi nią emocjami, lecz nadal nie czuła się dobrze. Była osłabiona i rozdrażniona. Co więcej, mimo, że na kolację zjadła tylko kawałek prażonego chleba, wprost kotłowało się jej w żołądku. Przyłożyła dłonie do brzucha i podciągnęła kolana pod brodę. Przełknęła ślinę, lecz mdłości nie minęły. Niepewna, przeleżała w bezruchu kolejne, ciągnące się w nieskończoność, minuty. W końcu nie wytrzymała. Poderwała się na równe nogi, sięgnęła po bukłak i wypiła parę łyków zimnej wody. To, co miało jej pomóc, sprawiło, że nudności tylko się nasiliły. Nie mogła zostać dłużej w namiocie. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Potrzebowała świeżego powietrza. Odrzuciła na bok zasłaniającą wejście płachtę i wygramoliła się na zewnątrz. Wokoło panował senny spokój. Parę ognisk tliło się słabym żarem. Było ciemno, lecz niebo na wschodzie zaczęło się rozjaśniać. Shina podziwiała rozgrywający się nad pustynią spektakl barw. Obserwowała granatowo–pomarańczowe chmury wędrujące leniwie po zdającym się płonąć nieboskłonie. Tak intensywnej barwy karmazynu nie miała nawet krew. Zauroczona, uśmiechnęła się do siebie, lecz ten uśmiech momentalnie zmienił się w grymas cierpienia. Na powrót przycisnęła dłonie do brzucha i ruszyła przed siebie, na obrzeża osady. Nie chciała, by ktokolwiek widział, że działo się z nią coś niedobrego. Ominęła ostatni z namiotów. Pomiędzy zmizerowanymi, niezbyt wysokimi krzakami stało parę smagających się ogonami koni. Chociaż nie były uwiązane, z ich szyj zwisały długie, plecione arkany. Podeszła do najbliższego zwierzęcia i pogłaskała je po chrapach. W odpowiedzi na pieszczotę usłyszała ciche prychnięcie. Targnięta kolejną falą mdłości,…