przygoda · 25 min czytania
Shina - część XI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część XI
Tej nocy Shina nie spała zbyt dobrze. Przekręcała się na posłaniu z boku na bok. Wyłapywała każdy odgłos pustyni. Naprężała mięśnie, gdy senasyjskie rumaki prychały na granicy osady, gdy przecinający niebo drapieżny ptak odzywał się swoim przenikliwym głosem i gdy nagłe porywy wiatru smagały ściany namiotu. Była okropnie samotna i niespokojna. Błagała w duchu, by Ari wrócił do domu. By w końcu zakończyła się ta udręka. Lecz kroki chłopaka nie docierały do jej uszu. Nie miała pewności, czy on w ogóle żył. Skuliła się w sobie i naciągnęła pled na ramiona. Przytulna ciemność i usypiający, dobiegający z zewnątrz szum nie koiły jej nerwów. Nie uspokajały, nie sprowadzały zbawiennego snu. Leżała w bezruchu i słuchała. Czekała. I marzyła, by kłótnia z mężem była tylko złym wspomnieniem. Wycieńczona, zasnęła dopiero nad ranem, gdy wiatr ucichł nieco, a niebo na wschodzie straciło swoją atramentowo–czarną barwę. Jednak nawet oderwanie się od rzeczywistości nie oznaczało dla niej odpoczynku i ukojenia. Nawiedził ją koszmar. Słyszała basowe ujadanie Kazana. Poszczekujący rozpaczliwie pies stał na środku pustyni i rozgarniał łapami pomarańczowe hałdy. Gdy zerknęła w wykopany przez niego dół, jej oczom ukazał się przerażający widok. Miała przed sobą bladą, nieruchomą twarz Ariego. Do jego sinych ust wsypywał się piasek, martwe źrenice skierowane były wprost na nią. Cofnęła się natychmiast i nie zwracając uwagi na skamlącego wilczura, zaczęła gorączkowo zasypywać pustynny grób. Pracowała pospiesznie, do utraty sił… Ocknęła się, spocona i roztrzęsiona. W namiocie było jasno, z dworu dochodził codzienny gwar. Przetarła twarz dłonią i sięgnęła po wypełniony wodą, drewniany kubek. Upiła parę łyków i znów padła na posłanie. Oddychała głęboko i czekała, aż miną pozostałości snu. Był okropny i przerażający. Chciała o nim jak najszybciej zapomnieć. Z czasem odzyskała spokój. Mogła rozpocząć kolejny dzień. Dzień bez Ariego u boku… Niechętnie usiadła na zajęczych futrach. Przeczesała długie włosy i zagarnęła je na prawy bark. Wpatrzona w bliżej nieokreślony punkt na ścianie, zaczęła w zadumie zaplatać warkocz. Jej palce sprawnie przesuwały się po gładkich pasmach. Musi być dzielna. Jest przywódczynią. Nie ma wyjścia, musi poradzić sobie sama. Gdzieś z oddali doszedł do niej tętent końskich kopyt. Małe dziecko roześmiało się wesoło i pobiegło w głąb osady. Od wschodniej granicy pustyni zbliżały się zdecydowane kroki. Szybkie, pewne celu, do którego zmierzały. Shina zamarła. Serce załomotało jej w piersi. Czyżby…? Podniosła wzrok i zerknęła na wejście do namiotu. Szara płachta falowała leniwie, obijała się o wspierający konstrukcję kij. Kiedy odginała się nieco, do środka wpadała wąska smuga światła. Pojawiała się i znikała. Kroki zbliżały się. Nie było w nich odrobiny wahania. Nagle na łopoczący materiał padł cień człowieka. Shina nie mogła wytrzymać napięcia. Poderwała się gwałtownie, odrzuciła na wpół zapleciony warkocz na plecy i wybiegła na zewnątrz. Zmrużyła powieki, bo jaskrawe światło poraziło jej przywykłe do mroku źrenice. Wyprostowała się i poczuła, że rozczarowanie dławi ją w gardle. Nie zobaczyła przed sobą Ariego, lecz Gimmela. Westchnęła cicho i nie chcąc, by gość poczuł się urażony, obdarzyła go wymuszonym uśmiechem. – Witaj. – Witaj – umilkł na moment. – Widzę, że nie mnie się spodziewałaś… to znaczy, że Ari jeszcze nie wrócił? Pokręciła przecząco głową. – Nie. I szczerze mówiąc zaczynam tracić nadzieję, że on w ogóle wróci. Gimmel dotknął pocieszającym gestem jej ramienia. – Nie zamartwiaj się. On… – On nas po prostu zostawił! – wybuchła, zrozpaczona. – Rzucił to wszystko! Nie przejmuje się Senas, losem plemienia, tobą i twoją rodziną, o mnie już nie wspominając! Zapadła cisza. Mężczyzna wpatrywał się w bladą twarz dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że ona próbowała zapanować nad przytłaczającą ją sytuacją. Usiłowała wszelkimi możliwymi sposobami wytłumaczyć sobie postępowanie męża. Zadręczała się. Musiał wyciągnąć ją z dołka. Przeklinał Ariego za jego bezmyślne postępowanie. – Shina, znam Ariego od wielu lat. Wiem, że nie jest idealny, ale nie jest też tak okrutny, za jakiego go bierzesz. Zniknął na pustyni, bo go to wszystko przerosło. Pewnie potrzebuje trochę czasu na uporządkowanie myśli. Ale zapewniam cię, że on wróci. Losy naszego klanu nie pozostaną tylko i wyłącznie w twoich rękach. Nie bój się o to. Shina westchnęła ciężko, potarła powieki. – Przejrzyj na oczy – mruknęła niechętnie. – Jego nie ma drugi dzień. On nie wróci. Może już nie żyje. A jeśli nawet, sam powiedziałeś, że będzie knuł zemstę. – Może i tak, ale zrobię wszystko, by go od tego odwieść. Uśmiechnęła się smutno. Nie wierzyła w jego słowa. Ari nie należał do tych, którzy łatwo dawali narzucić sobie cudzą wolę. Jeśli upatrzył sobie jakiś cel, będzie do niego dążył bez względu na opinię innych. Gimmel widział jej wahanie. Zacisnął zęby. – Nie myśl o tym. Musisz teraz o siebie dbać – uśmiechnął się nagle. – Już wczoraj powinienem pogratulować ci dziecka. Shina zerknęła na niego. – Nawet, jeśli spłodził je gwałtem człowiek, którego nie cierpię? Dziękuję bardzo – w jej głosie pobrzmiewał słaby ton humoru. Gimmel poruszył się niespokojnie. – Wybacz, nie pomyślałem – starał się usprawiedliwić. – Nie przejmuj się. Jakoś to zniosę. Dziękuję. Urodzę to dziecko, postaram się je pokochać. – Na pewno pokochasz. Nie skreślaj go ze względu na jego ojca. Ono jest też twoje. Przede wszystkim twoje. Shina uśmiechnęła się lekko i przyłożyła rękę do brzucha. Gimmel miał rację. Nie tylko Ari przyczynił się do powstania nowego życia. To dzięki niej maleństwo rosło i przygotowywało się do przyjścia na świat. Było od niej zależne. Należało przede wszystkim do niej. Nieważne, kim był jego ojciec. Może z czasem się do tego przekona. Do tej pory myślała o dziecku jako o ofierze pijackiego wybryku Ariego. Na myśl o ciąży odczuwała jedynie silną niechęć. Potrzebowała czasu, by zmienić swoje podejście. Gimmel wskazał jej dobrą drogę. Spojrzała na niego z wdzięcznością. – Dziękuję za wsparcie. Sayra ma szczęście, że trafiła na takiego męża jak ty. Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i zrobił krok w tył. – Poradzisz sobie? – spojrzał dziewczynie w oczy. – Tak. Jakoś będę musiała. – Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Skinęła głową i patrzyła, jak Senasyjczyk znika za rogiem namiotu. Zdawała sobie sprawę z ciążących na nim obowiązków. Miał rodzinę, zobowiązania, nie mógł spędzić z nią całego dnia. Była mu wdzięczna za troskę i za tę krótką rozmowę. Mógłby nic nie robić. Doprowadził ją do osady i na tym jego rola się zakończyła. A jednak martwił się o nią. Jego wsparcie wiele dla niej znaczyło. Nieco uspokojona, wróciła do namiotu, przebrała się i rozpoczęła codzienną krzątaninę. Jej myśli bezustannie wybiegały ku pustyni Senas. W pewnym momencie przypomniała sobie nocny koszmar. Znów widziała przysypaną piaskiem, makabryczną twarz Ariego. Potrząsnęła gwałtownie głową. Dość! Coś w głębi serca mówiło jej, że on nie umarł. Wieczorem przekonała się, że przeczucie jej nie zawiodło. Zaczynało zmierzchać, gdy zabrała się za rozniecanie ogniska. Ułożyła w specjalnie przygotowanym okręgu drobne drewienka oraz grubsze szczapy, rozpaliła ogień. Wyprostowała się i zapatrzona w trzaskające płomienie, pogłaskała po łbie stojącego u jej boku Kazana. Nagle usłyszała zdecydowane kroki. Odruchowo obejrzała się za siebie. Zobaczyła wpatrzone w siebie, czarne oczy męża.
* * *
Shina stała w bezruchu. Jej serce łomotało niczym szalone. Nie spuszczała wzroku z twarzy Ariego. Pustynne słońce sprawiło, że jego skóra pociemniała, nabrała jasnobrązowego odcienia, oczy lśniły niczym dwa rozżarzone węgle, a hebanowe, pokryte pyłem włosy opadały mu w nieładzie na czoło. Wyglądał na wycieńczonego, ale nie stracił niczego ze swojej charakterystycznej powagi i pewności siebie. Nie witając się z nią, pogłaskał łaszącego się u jego nóg wilczura i zniknął w namiocie. Shina odetchnęła głęboko i odgarnęła za ucho niesforny kosmyk. Zapatrzyła się ogień. Więc Gimmel miał rację. Ari wrócił. Wrócił jak gdyby nigdy nic. Znów pojawił się w jej życiu. Poczuła ulgę. Przetrwał na pustyni. Będzie nadal wypełniał należne mu obowiązki. Już nie musiała wyczekiwać okropnej wieści o jego śmierci i martwić się na zapas. Ale poczuła też strach. Przecież ten chłopak mógł planować zemstę. Jak powinna się teraz zachować? Czy powinna z nim porozmawiać? A jeśli tak, to co powinna mu powiedzieć? Czy miała odnosić się do niego z wyższością i niechęcią, dając mu tym samym do zrozumienia, że nadal jest gotowa wykorzystać przeciwko niemu ciążący nad nim wybryk? Czy może rozsądniej by postąpiła, gdyby uświadomiła mu, że nie chce z nim walczyć i zapomina o całej sprawie? Nie miała pojęcia. Mogła skorzystać z pomocy Gimmela. Młody Senasyjczyk prosił, by bezzwłocznie powiadomiła go o powrocie Ariego. Planował przeprowadzić z nim poważną dyskusję. Jednak ona nie chciała wciągać go w ich małe, prywatne piekło. Jeśli mąż miał złe zamiary, czuła, że musi zmierzyć się z nim sama. Nie mogła narażać na gniew przywódcy kogoś postronnego. Wciąż myśląc o Arim, uprażyła nad ogniem parę kromek chleba i powoli skierowała się ku namiotowi. Odgarnęła płachtę i weszła do przyjemnie ciepłego, rozświetlonego blaskiem kaganka pomieszczenia. Odłożyła pieczywo na drewniany stolik i zerknęła na męża. Po chwili podeszła bliżej i pochyliła się nad nim. Ari leżał na zajęczych futrach. Jedną rękę trzymał miękko ułożoną na brzuchu, drugą zarzucił za głowę. Spał twardo i spokojnie. Jego rysy rozluźniły się, gęste rzęsy rzucały cień na śniade, pokryte czarnym zarostem policzki. Oddychał równo, pełną piersią. Musiał być okropnie zmęczony, skoro zasnął w ciągu paru minut, nawet nie doprowadzając się do porządku. Był niewiarygodnie brudny, ciemne ubranie lepiło się od potu, włosy poszarzały i straciły cały swój blask. Usta miał spękane i wysuszone na wiór. Shina mimo woli uśmiechnęła się do siebie i po cichu odsunęła od męża. Sięgnęła po kawałek chleba. Jedząc, nie spuszczała wzroku z pogrążonego we śnie chłopaka. Cieszyła się, że nie musi przeprowadzać z nim dzisiaj jakiejkolwiek rozmowy. Zyskała nieco czasu na przemyślenia. Nie chciała, by ich jutrzejsza konfrontacja zakończyła się ostrą wymianą zdań. Miała już dość ciszy lub walki. Nadeszła pora, by coś w ich małżeństwie zostało zmienione. Wiedziała, że Ari nie wyciągnie ręki do zgody, więc ona musiała zdobyć się na ten gest. Najwyższy czas, by zapomniała o przeszłości. I by on poszedł za jej przykładem. Dla dobra klanu i ich własnej rodziny. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, a jednak postanowiła spróbować. Tej nocy znów słyszała obok siebie spokojny, równy oddech męża. To ją uspokajało. Sprowadziło na nią sen. Mocny, twardy, pozbawiony koszmarów. Dodający siły i niezbędnej do przetrwania kolejnego dnia energii.
* * *
Mocne machnięcie psiego ogona smagnęło Shinę po udzie. Odwróciła się zdecydowanie, odwiązała plecioną linę od wiadra i postawiła je na piachu. Odgoniła pospiesznie Kazana i pilnując, by mieszaniec nie zaczął chłeptać wody, zanurzyła w ciemnym otworze kolejny ceber. Drewniany kubeł plusnął cicho i szybko wypełnił się po brzegi. Kilka minut później Shina chwyciła za uchwyty wiader i ruszyła w stronę namiotu. Wilczur biegł przed nią. Poranne promienie słońca odbijały się refleksami w chlupoczącej wodzie. – Witamy, Oria. Uśmiechnęła się i skinęła głową dwóm przechodzącym w pobliżu dziewczynom. One także kierowały się do studni. Od ich nóg obijały się spore, wypalane dzbany. Już po chwili znalazła się w namiocie. Ustawiła ciężkie cebry przy wejściu i rozprostowała plecy. Ari wciąż spał. Leżał na boku, z głową wpartą na wyprostowanym ramieniu. Nagle drgnął przez sen, przeciągnął się i z cichym westchnieniem przetoczył na plecy. Uniósł rękę i zakrył nią oczy. Jasność dnia bezlitośnie wyrywała go ze snu. Shina zajrzała do kufra. Pogrzebała wśród zgromadzonych rzeczy i wyciągnęła czyste spodnie oraz koszulę. Położyła ubranie na wieku i wyszła przed namiot. Przycupnęła w cieniu, na wydrążonym pniu i obserwowała kręcących się w pobliżu ludzi. Jej wzrok przenosił się z jednej twarzy na następną. Czekała. Nie…