przygoda · 29 min czytania
Shina - część XII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część XII
Nadzieja nie jest dobrą doradczynią. Tłumi rozsądek, usuwa w cień złe przeczucia i sprawia, że człowiek zachowuje się niczym naiwne dziecko. Shina wyniosła tę naukę ze stolicy. To było jedno z rzadziej powtarzanych powiedzonek Raana. On nie poddawał się słabości. Zawsze starał się postępować racjonalnie. Uważał, że jeśli nie można czegoś osiągnąć, należy czym prędzej o tym zapomnieć. Rzadko pozwalał sobie na snucie nierealnych planów. I to samo wpajał powierzonej mu pod opiekę dziewczynie. Jednak ona nie zgadzała się z nim. Jej zdaniem nadzieja była niezbędna w życiu każdego człowieka. Bez niej traciło się coś z postrzeganego świata. Nie było sensu oczekiwać nieznanego? Jedne rzeczy były oczywiste, inne całkowicie nierealne? I o tych drugich należało jak najszybciej zapomnieć? Nie, nie umiała w ten sposób postępować. Wierzyła. Miała nadzieję, że Ari się zmieni, chociaż pozornie było to niemożliwe. Mimo starań nie udawało jej się do niego dotrzeć. Nie miała na niego żadnego wpływu. A jednak nie poddawała się zwątpieniu. Postępowała zgodnie z radą Gimmela i nie przekreślała go. Nie okazywała mu pogardy, mimo że z jego oczu nadal bił chłód, odzywała się do niego jak gdyby nigdy nic, chociaż najczęściej nie otrzymywała odpowiedzi. Walczyła o normalne, w miarę szczęśliwe życie. Kiedy dopadało ją zwątpienie, zaciskała zęby i pospiesznie odganiała pesymistyczne myśli. Spoglądała na zaślubionego jej mężczyznę i przekonywała się w duchu, że w końcu nawiąże z nim kontakt. Chociaż od jego powrotu do osady wymienili między sobą zaledwie parę zdań, wyczuwała, że coś się w nim odmieniło. Nie okazywał jej jawnej nienawiści. Jego wzrok nie płonął zimnym, przeszywającym ogniem pogardy. W jego zachowaniu pojawiło się coś nowego. Coś, czego dotychczas nie dostrzegała. Ari sprawiał wrażenie zagubionego. Bywał też przygnębiony. Wieczorami siadał przed namiotem i patrzył w dal. Jego spojrzenie było mętne, dłoń przesuwała się po łbie Kazana bez większego przekonania. Shina nie mogła go rozgryźć. To nie był chłopak, którego poślubiła. Ari sprzed ucieczki na pustynię nigdy nie okazywał słabości. Ten, który powrócił, wyraźnie starał się ukryć targające nim emocje. A jednak nie robił tego wystarczająco skutecznie. Przeczuwała, że do zmiany jego postępowania przyczyniła się wiadomość o dziecku. Nienarodzone maleństwo sprawiło, że na stworzonym przez niego murze nieprzystępności pojawiło się wyraźne zadrapanie. Teraz ona musiała dopilnować, by ta drobna rysa rozproszyła wszerz i wzdłuż swoje delikatne, nierówne nitki i zburzyła całą, otaczającą go, ochronną powierzchnię. Miała nadzieję, że uda jej się tego dokonać. Gdy więc pewnego wieczora dostrzegła, że Ari jak zwykle wychodzi przed namiot i siada na progu, postanowiła mu towarzyszyć. Nie zauważona przez męża, wymknęła się bezszelestnie na zewnątrz i przystanęła za jego plecami. Nie zwracała uwagi na muskające jej twarz, ciepłe porywy wiatru ani na wpadające do oczu, ostatnie promienie słońca. Odtrąciła ocierającego się o jej nogi Kazana. Bez słowa przypatrywała się Ariemu. Chłopak podciągnął kolana, otoczył je ramionami i nie spuszczał wzroku z zabarwionego na czerwono horyzontu. Na jego przystojnej twarzy nie odznaczały się żadne uczucia. Sprawiał wrażenie całkowicie odizolowanego od otaczającego go świata, jednak Shina wiedziała, że to tylko pozory. Ari nie umiał ukrywać swoich trosk. Tak było i tym razem. Po kilku minutach poruszył się leniwie, odetchnął pełną piersią i spuścił głowę. Zamyślony, zapatrzył się we własne dłonie. Nie przeszkadzało mu, że niesiony przez wiatr pustynny pył uderzał go w twarz. Dopiero po dłuższej chwili skulił się nieco i potarł piekące, podrażnione piaskiem powieki. Siedział tak, z oczyma zasłoniętymi dłonią, nieruchomy niczym posąg. Shina patrzyła w zadumie, jak porywy wiatru głaszczą jego czarne, nierówne kosmyki, pieszczą ogorzałą skórę, targają luźną koszulę. Oto znów stała się świadkiem słabości swojego męża. On się wyraźnie czymś zamartwiał. W tym momencie nie był silnym, pewnym siebie i odpychająco ponurym młodym mężczyzną. Nagle skojarzył się jej z zagubionym chłopcem. To wystarczyło, by poczuła do niego coś na kształt współczucia. Mogła się tylko domyślać, co go gnębiło. Nie była niczego pewna, lecz to, co zobaczyła, wystarczyło, by zechciała mu pokazać, że nie jest sam. Że, gdyby tylko zechciał, otrzymałby od niej wsparcie. To mu przecież przysięgała. I on powinien dotrzymywać obietnicy z ceremonii Zaślubin. Bezszelestnie zbliżyła się do Ariego. Usiadła tuż obok i zerknęła na niego kątem oka. Instynktownie wyczuł jej obecność. Opuścił rękę, jego rysy stężały, znów stał się dumny i posępny. Wyprostował się, spojrzał przelotnie na niknące słońce i energicznie uniósł się na nogi. Bez słowa ominął Shinę i zniknął w namiocie. Dziewczyna przeklęła w duchu. Nigdy dotąd nie spotkała się z tak upartym i niezłomnym człowiekiem. Odtrącał każdy jej, dążący do porozumienia, gest. Zacisnęła zęby. Traciła cierpliwość. Wiedziała, że jej wysiłki nie wystarczą, by w końcu zniknął odgradzający ich mur milczenia i nienawiści. Ari także powinien go burzyć. On jednak zapalczywie łatał każdą pojawiającą się w nim wyrwę. A więc niech tak będzie, syknęła w myśli. Chciałam dobrze, lecz jeśli tobie na tym nie zależy, nie będę się więcej starała. Niech każde z nas ma swoje własne życie. Jakoś to zniosę!
* * *
Kolejnych parę dni minęło parze przywódców na omijaniu się wzrokiem i milczeniu. Oboje zachowywali się tak, jakby nieporadne próby wprowadzenia do ich związku odrobiny normalności nigdy nie miały miejsca. Shina dotrzymała złożonej w duchu obietnicy i nie starała się znów dotrzeć do Ariego. Skoro on sobie tego nie życzył… skoro nie przejmował się odwiecznymi prawami, miał za nic klan, własną żonę i dziecko… Nie chciała mieć z takim człowiekiem nic wspólnego. Radziła sobie sama. Wypełniała należne jej obowiązki, na nic nie narzekała i dla każdego miała dobre słowo. Wyczuwała, że Senasyjczycy bardzo ją szanują i liczą się z jej opinią. Co więcej, była lubiana. Parę razy słyszała, jak ludzie wypowiadali się o niej z najwyższym uznaniem i sympatią. Nie chciała wpadać w próżność, lecz w takich momentach robiło jej się lżej na sercu. Co dziwne, mieszkańcy osady lubili też Ariego. Niejednokrotnie wysłuchiwała wychwalających go monologów. Była zaskoczona, lecz nie mogła im zaprzeczać, by nie narazić się na podejrzenia. Uśmiechała się tylko i kiwała potwierdzająco głową. Zupełnie, jakby zgadzała się, że jej mąż to taki cudowny, dobry i dbający o klan człowiek. On? Ten ponury gbur? Przecież on potrafił tylko niszczyć odwieczne zwyczaje! Wiedziała, że chłopak doskonale ukrywał przed Senasyjczykami swoje prawdziwe nastawienie do praw Senas. Nigdy nie odmawiał pomocy. Poświęcał sprawom należną uwagę. Czasami powoływał się na wyrozumiałość pustyni, co zapewne nie przychodziło mu z łatwością. No i nie zaniedbywał obowiązujących rytuałów. Odprawiał je z kamienną miną, poważny i tak skupiony, że nie zwracał uwagi na otaczających go ludzi. Tak było i pewnego dusznego wieczora. Shina stała u boku starej, zaciskała palce na wypełnionym wodą bukłaku i przyglądała się siedzącemu przy potężnym ognisku mężowi. Dokoła zebrała się skromna garstka Senasyjczyków. To był jeden z mniej ważnych obrządków, więc niewielu mieszkańców osady postanowiło przyjść na plac po ciężkim, męczącym, wypełnionym pracą dniu. Ci, którzy się tu znaleźli, z zaciekawieniem wpatrywali się w dumnie wyprostowanego, siedzącego zaledwie metr od płomieni, przywódcę. Chłopak nie miał na sobie koszuli, a na spoconym czole widniał niewyraźny, namalowany pomarańczową ochrą, symbol. Chociaż ogień niemal muskał jego ciało, nie rezygnował. Musiał udowodnić Senas swoją siłę i determinację. Chociaż Shina stała w pewnym oddaleniu od Ariego, gorąco zapierało jej dech w piersi. Dyskretnie otarła spocone czoło i rozejrzała się po zebranych. Było wśród nich parę szepczących pomiędzy sobą kobiet, młoda dziewczyna, skupiony na Arim, niesamowicie chudy starzec i gromada wracających z polowania mężczyzn. Pomiędzy nimi stał Gimmel. Odbywający się rytuał nie wzbudzał jego zainteresowania. Dawny towarzysz podróży rozmawiał cicho z niespełna czterdziestoletnim myśliwym i tylko zerkał na Ariego. Jego wzrok ani na moment nie przebił się przez ognisko i nie spotkał z jej spojrzeniem. Żywioł powoli tracił na mocy. Płomienie syczały coraz ciszej, wzbijały w niebo coraz mniejsze garście iskier, lecz nadal walczyły ze stawiającym im czoło człowiekiem. Omiatały śmiałka gorącym powietrzem, rzucały mu w twarz zapach zwęglonego drewna i zaglądały w oczy swoimi krwistoczerwonymi, oślepiającymi źrenicami. Ari sprawiał wrażenie wycieńczonego. Ostatkiem sił trzymał się prosto, oddychał z trudnością przez uchylone usta i był tak zlany potem, że włosy lepiły się mu do twarzy, a spodnie pociemniały od wilgoci. Raz po raz przymykał powieki. Mimo wyczerpania wygrywał z uosabiającymi moc pustyni płomieniami. Ogień zanikał. – Dość. Ari posłuchał staruchy. Wspierany pełnym uznania pomrukiem zgromadzonych, wstał i podszedł do kobiety. Pozwolił, by wytarła mu z czoła resztkę symbolicznej ochry. Shina podała mu bukłak. – Napij się – odezwała się cicho. Wyciągnął po wodę drżące dłonie, przełknął parę łapczywych haustów i zerknął na dziewczynę. W jego spojrzeniu czaił się dziwny triumf. Doskonale to znała… Zacisnęła zęby. Opanowując nagłą irytację, odwróciła głowę i zapatrzyła się w dogasające, buzujące czerwienią polana. Czuła bijący od Ariego ostry zapach dymu, potu i spalenizny. Wiedziała, że z trudem utrzymywał się na nogach. Powinna mu pomóc, narzucić na jego plecy koszulę, może nawet doprowadzić go do namiotu. Jednak nic nie zrobiła. Powstrzymywał ją czający się w jego czarnych oczach błysk nienawiści. Pojawił się nagle, jakby był naturalną cząstką jego duszy. A więc wystarczyło, że okazała mu odrobinę serca i wszystko stało się takie, jak dawniej… Ari ominął ją i ruszył w kierunku namiotu. Tuż za nim kroczyła starucha. Mieszkańcy osady rozpraszali się, wracali do swoich domów. Ich sylwetki znikały, gdy opuszczali rozświetlony resztką ognia plac. Rytuał dobiegł końca, zapadała ciemność, więc nic ich tu nie trzymało. Shina odpowiedziała żegnającej się z nią dziewczynie. Idąc powoli przez plac, uniosła głowę i zapatrzyła się w usiane gwiazdami niebo. Małe punkciki połyskiwały żwawo na tle granatowego bezkresu. Były cudowne. Tylko ktoś kompletnie niewrażliwy nie zachwyciłby się ich urokiem. Ciekawe, czy Ari kiedykolwiek podziwiał ten widok? A jeśli tak, to co o nim myślał? Czy on w ogóle był zdolny dostrzec piękno otaczającego go świata? Westchnęła cicho i zbliżyła się do ciemniejącego namiotu. Już miała zamiar odgarnąć płachtę i wsunąć się do środka, gdy powstrzymał ją stłumiony, męski głos. – …co chcesz osiągnąć? Twoje zachowanie nie ma najmniejszego sensu! Gimmel! Natychmiast go rozpoznała. Poczuła irracjonalne zdenerwowanie. Po co on rozmawiał z Arim? Przecież prosiła, by tego nie robił! A jednak się tu pojawił. To, mimo nagłej złości, obudziło też w niej pewną nadzieję. Już podczas podróży zorientowała się, że ci dwaj bardzo się szanują i liczą z wzajemnymi zdaniami. Być może Gimmel wpłynie na jej męża… Zacisnęła palce na brzegu materiału i zapatrzyła się w jedno z dogasających ognisk. Czekała. Postanowiła, że przynajmniej na razie nie będzie interweniowała. Rozmowa Senasyjczyków mogła przynieść nieoczekiwany skutek. Błagała, by Gimmel dokonał tego, co jej się do tej pory nie udało. Ari nie miał najwyraźniej ochoty na jakiekolwiek dyskusje. Odzywał się rzadko i pozwalał, by to Gimmel wyrzucał z siebie całą złość. – …nie uważam, że powinieneś ją pokochać. Uczucia nie pojawiają się na zawołanie. Ale postaraj się stłumić okazywaną jej pogardę! Na bogów, myślisz, że nie zauważyłem, jak na nią przed chwilą spojrzałeś? Myślisz, że inni też tego z czasem nie dostrzegą? – Nie interesuje mnie, co zobaczą inni – burknął Ari. Shina zgrzytnęła zębami. Oczywiście, że nie. Ważny jesteś tylko ty! – A prawa Senas? A wspólne działanie? Będziesz dalej udawał, że wszystko jest w porządku? – Wiesz, co myślę o naszych prawach. – Wiem. I to mnie przeraża. Bo dzięki temu narażasz na niebezpieczeństwo całe nasze plemię. Z Shiną na czele. – Shiną? – głos Ariego przybrał ostrzejszą barwę. – Prosiła mnie, bym ją tak nazywał. Nowe imię nic dla niej nie znaczy. Ona nie czuje się pewnie w roli przywódczyni. Jak ci się wydaje, czyja to wina? Chłopak milczał przez moment. Gdy odezwał się, Shina drgnęła i odruchowo cofnęła o krok. Jej mąż musiał stać tuż przy wejściu. – Możesz wyjść? Mam na dzisiaj dość problemów klanu. Gimmel nie dał się tak łatwo zbyć. Chociaż tracił cierpliwość, kontynuował swoją myśl. – Ona nie była winna temu, co się stało. Kiedy to w końcu do ciebie dotrze?! – Tak? – odburknął Ari. – Ja uważam, że to przede wszystkim jej wina. – Nie bądź głupcem! Nie spychaj na nią odpowiedzialności za to, co się stało. Otrząśnij się i zacznij myśleć o przyszłości. Zastanów się, jak traktujesz swoją żonę. Przecież ona spodziewa się twojego dziecka! – Ja nie chciałem tego dzieciaka. – Mogłeś pomyśleć o konsekwencjach, zanim ją zgwałciłeś – syknął Gimmel wściekle. – Co, jesteś zdziwiony, że o tym wiem? Shina była tak przerażona twoim zniknięciem, że ze wszystkiego mi się zwierzyła. Obiecałem jej, że zachowam to dla siebie. Ale widząc twoje idiotyczne zachowanie coraz bardziej mnie korci, by opowiedzieć starej o twoim wybryku! Wiesz, że wtedy byłbyś skończony. Gdyby Shina nie była zagrożona tak samo jak ty, zrobiłbym to bez mrugnięcia okiem! Ari prychnął cicho. – No proszę, ależ się o nią troszczysz! – Ktoś musi…! Ari, na bogów, nie możesz być tak podły. Przecież rozmawiamy o twojej żonie i dziecku. Nie możesz życzyć im wszystkiego, co najgorsze. Oni naprawdę nic dla ciebie nie znaczą? – Nic. Nie obchodzi mnie, co się z nimi stanie. Cieszyłbym się, gdyby zniknęli na dobre z mojego życia. Shinie zawirowało przed oczyma. Oszołomiona, spuściła wzrok i odetchnęła głęboko. Nigdy dotąd nie poczuła się równie poniżona i upokorzona. Gdyby tylko nogi nie drżały jej tak bardzo, pobiegłaby przed siebie, byle dalej, wprost w ramiona pustyni. Gimmel nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Zapewne to okrutne stwierdzenie zrobiło na nim równie piorunujące wrażenie. Dziewczyna widziała oczyma wyobraźni, jak stoi w bezruchu i przenika Ariego swoim mądrym spojrzeniem. – Mam nadzieję, że kiedyś pożałujesz tych słów – odparł w końcu. – Pojmiesz,…