Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 50 min czytania

Shina - część XIII - ostatnia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część XIII

Shina wpadła do namiotu niczym wiatr. Tak jak się spodziewała, Ari nadal leżał na zajęczych skórach. Zakrywał twarz przedramionami. Drgnął, gdy usłyszał jej kroki. – Ty draniu! – syknęła i bez wahania doskoczyła do kufra. Chwyciła leżący na wieku nóż i rzuciła się w kierunku posłania. Zamachnęła się, wyprowadziła silny cios, jednak mąż przewidział ten atak. Złapał ją błyskawicznie za nadgarstek. Shina czuła gwałtowne łomotanie serca. Klęczała pochylona nad mężem. Chciała go zabić, zemścić się za to, co zrobił Gimmelowi, Sayri i małej Avell. Co zrobił jej. A tymczasem on próbował ją powstrzymać… niedoczekanie! Szarpnęła się niczym opętana. Kosmyki długich włosów opadły na jego tors i z każdym ruchem przesuwały się po śniadej skórze. Żałowała, że nie mogła opleść nimi szyi tej bestii. Udusiłaby go! Ponowiła atak, lecz i tym razem nawet nie drasnęła skóry męża. Straciła swoją szansę. Nie wykorzystała momentu zaskoczenia, w bezpośredniej walce nie miała najmniejszych szans. Była wzburzona i zdeterminowana, lecz nie dość silna, by wygrać z młodym Senasyjczykiem. Przełknęła ciężko ślinę. – Skazałeś Gimmela na śmierć. Jesteś zadowolony?! – odezwała się ochrypłym, przepełnionym rozpaczą i nienawiścią głosem. Nie odpowiedział. Rozluźnił odrobinę uścisk na przegubie żony, pozwalając, by zatamowana krew popłynęła do trzymających nóż palców. Widząc spokój Ariego, chciała krzyczeć z wściekłości. A jednak tego nie zrobiła. Okazałaby własną bezsilność, lecz nie wyprowadziłaby go z równowagi. – Oni powinni przegnać ciebie. Powinieneś zgnić na pustyni. A Gimmel… – do oczu nabiegły jej łzy, jednak zacisnęła mocno powieki i pokonała słabość – …Gimmel powinien okładać cię kijem, póki nie przestaniesz oddychać. Potem powinien tłuc twoje martwe ciało. Tak długo, jak by mu starczyło sił. Tylko na tyle zasługujesz, ty potworze! Zaatakowała po raz ostatni, lecz Ari wyprostował ramię i wzmocnił uścisk. Zapiekło. Pokonana, wypuściła nóż. Ostrze uderzyło o futro, tuż przy barku chłopaka. Opadła na matę i wyszarpnęła rękę. Pomasowała zaczerwienioną skórę. Oddychała głęboko, zmęczona i przepełniona buzującymi emocjami. Dość długo wbijała wzrok w prosty wzór plecionki. Odgarnęła włosy z policzka. Gdy usłyszała szmer odrzucanego pledu, uniosła głowę i spiorunowała spojrzeniem siedzącego na brzegu posłania chłopaka. On traktował ją jak powietrze. Obserwował falującą na wietrze płachtę. Shina przygryzła dolną wargę. Nie mogła pojąć, jakim sposobem był taki opanowany, skoro osobiście skazał na pewną śmierć człowieka, który w niczym mu nie zawinił. Co więcej, wygnany mężczyzna uratował mu życie! On naprawdę miał serce z kamienia! Nie wiedział co to sumienie, współczucie i troska o innych! Uniosła się nieco i zmarszczyła brwi. – Odwołaj to wszystko. Uratuj Gimmela. Przecież on ci nic złego nie zrobił! Dlaczego wplątałeś go w nasze sprawy?! Nie zareagował na jej słowa. Nie zamierzała się poddać. Przesunęła się w bok, znalazła naprzeciwko męża. Wpatrywała się w jego rozświetloną mdłymi promieniami słońca twarz. Miał zaciśnięte usta, w przypominających węgiel oczach tlił się niespokojny ogień. – Ari… przysięgam, że jeśli nie sprowadzisz Gimmela z powrotem do osady, powiem ludziom, jak bardzo ich oszukałeś. Zatłuką cię za to. Nie wypędzą. Zabiją – syknęła ze źle skrywaną satysfakcją. W końcu odwrócił się w jej stronę. Przez chwilę milczał, po czym uśmiechnął się cynicznie. – Myślisz, że uwierzą smarkuli, która zadrwiła z praw Senas i rozłożyła nogi przed pierwszym lepszym Senasyjczykiem? Nie wytrzymała. Zamachnęła się z całej siły i uderzyła go w twarz. Drgnął, lecz nie pokazał, jak bardzo zabolał go ten cios. Shina wpatrywała się w pojawiające się na jego policzku smugi. Trzy zadrapania, które początkowo były tylko zaczerwienieniem, w ciągu paru sekund nabrały krwistego koloru. Przypominały szramy, jakie zostawiła na jego przedramieniu pewnego deszczowego dnia. Wtedy uratował jej życie, tym razem je burzył. – Nawet nie masz pojęcia, jak ja cię nienawidzę. Chciałabym, żebyś umarł – wyrzuciła z siebie lodowatym tonem. W tej chwili mówiła prawdę. Nigdy dotąd nie była tak pewna wypowiedzianych słów. Wiedziała, że to wszystko na nic. Nie zmieni postanowienia Ariego. On chciał pogrążyć Gimmela i właśnie to zrobił. Pozbył się przyjaciela własnego brata, wyrzucił go z osady, gdy ten zaczął zagrażać jego bezpieczeństwu. Działał z podłym wyrachowaniem, nie przejmował się, że skazywał na śmierć ojca dwuletniej dziewczynki i męża młodej kobiety. Poderwała się z podłogi, otrąciła gniewnie zawadzającą płachtę i wyszła przed namiot. Wyprostowała się i obrzuciła uważnym spojrzeniem krążących w pobliżu Senasyjczyków. Mieszkańcy osady powrócili do codziennych obowiązków, lecz w powietrzu wciąż unosiło się łatwo wyczuwalne napięcie. Przechodzący obok ludzie patrzyli jej prosto w oczy. W ich wzroku kryły się pogarda i złość. Nie atakowali jej, lecz wyraźnie stracili dla niej wszelki szacunek. Tolerowali jej obecność, chociaż z pewnością marzyli, by podążyła śladem Gimmela. Nie była już dla nich przywódczynią, ale wrogiem. Ich niechęć sprawiła, że Shina poczuła się osaczona i całkowicie obca. To już nie był jej klan. Nie miała tu przyszłości. Ci ludzie ani myśleli się z nią liczyć. Odetchnęła głęboko i uniosła głowę ku niebu. Zamknęła powieki, zacisnęła dłonie w pięści. Czuła na twarzy przyjemne ciepło. Usiłowała opanować wzburzone emocje. Próbowała myśleć racjonalnie. Dokąd powinna się udać? Nie chciała wracać do namiotu. Gdyby w tej chwili zobaczyła swojego męża, znów spróbowałaby go zabić. Co za potwór! Jak Gimmel mógł twierdzić, że on nie jest wcale taki zły! Widocznie nie znał go na tyle, by dostrzec jego podłą, bestialską stronę charakteru. Na wspomnienie o dawnym towarzyszu podróży poczuła nagły żal. Zebrało się jej na płacz, więc zacisnęła mocniej powieki i przełknęła ciężko ślinę. Najpewniej już nigdy więcej go nie zobaczy. On nie wróci. Zginie na drgającej od gorąca Senas. Osieroci Avell, sprowadzi na Sayrę żałobę. Życie tych dwóch samotnych Senasyjek stanie się koszmarem. Ludzie nie zapomną, że to ich ojciec oraz mąż złamał prawa pustyni i sprowadził nieszczęście na cały klan. Znienawidzą je, tak jak znienawidzili swoją przywódczynię. Być może zaczną je prześladować… Shina otworzyła oczy i spojrzała wprost w rażącą kulę słońca. Oślepiona, spuściła głowę. Odczekała chwilę i nie zastanawiając się wiele, ruszyła przed siebie. Maszerowała szybkim, zdecydowanym krokiem, pewna celu, do którego zmierzała. Nie zwracała uwagi na przystających, obrzucających ją wyzwiskami mieszkańców osady. Omijała wzrokiem ich zacięte twarze. Nie zaufali jej słowom, zachowali się niczym żądne krwi zwierzęta, więc nic dla niej nie znaczyli. Stali się dla niej obcy, tak samo jak ona stała się obca im. Dotarła do granicy osady. Przeszła obok siedzącego w cieniu, odprowadzającego ją przenikliwym spojrzeniem staruszka i skierowała się ku solidnemu, ciemnoszaremu namiotowi. Bez wahania odgarnęła zakrywającą wejście derkę i wsunęła się do środka.

* * *

Siedząca pod ścianą, tuląca dziecko kobieta uniosła głowę. W jej jasnobrązowych oczach błysnął strach, lecz zaraz zastąpiony został przez chłodną obojętność. Senasyjka przytuliła mocniej szlochającą dziewczynkę i przyłożyła usta do jej włosów. Shina stanęła na środku pomieszczenia. Tuż obok niej ciągnęła się długa smuga słonecznego blasku. Zahaczała o wyłożoną ozdobnym nakryciem podłogę i oświetlała dwie skulone postaci. – Sayra… – Po co tu przyszłaś? – przerwała jej ostro żona Gimmela. – Nikt cię tu nie zapraszał. Wynoś się! Shina spodziewała się oschłego przywitania, lecz mimo wszystko poczuła się zraniona. Ona naprawdę nie życzyła źle rodzinie towarzysza podróży. Co więcej, chciała, by byli szczęśliwi, dlatego do rozpaczy doprowadzało ją to, co właśnie widziała. Gdyby tylko mogła zmienić ich los! Podeszła nieco bliżej. Zebrała się w sobie. – Przyszłam ci powiedzieć, że Gimmel jest niewinny. – Masz czelność się tu pojawiać i jeszcze o nim wspominać?! Shina nie zraziła się wybuchem Sayri. Doskonale ją rozumiała. Ona nie mogła zareagować inaczej. – Nie myśl o nim źle. On nie złamał prawa Senas – ciągnęła spokojnie. Kobieta uśmiechnęła się gorzko. – Wiesz, co ja teraz myślę o prawach Senas? Gimmel przysięgał mi na nie i… – urwała. – On cię nie zdradził. Uniosła głowę, odwróciła się w stronę przywódczyni. – Dlaczego mam ci wierzyć? – prychnęła pogardliwie. Shina dostrzegła, że brązowe tęczówki parę lat starszej od niej Sayri lśniły w słońcu niczym bursztyn, młodzieńcza cera jaśniała, zęby bieliły się pomiędzy pełnymi wargami, a kosmyki czarnych włosów opadały na proste, delikatnie unoszące się ku górze brwi. Żona Gimmela była uderzająco piękna. Pewna siebie i władcza. To stwierdzenie nie wywołało w niej zazdrości, lecz nagły zachwyt. Uśmiechnęła się lekko. – A dlaczego miałabyś wierzyć starej? I ludziom z osady? Co oni mogą wiedzieć o tym, co się wydarzyło podczas podróży? Kobieta wyprostowała się nieco, po czym wstała. Wzięła na ręce zmęczoną płaczem, drzemiącą Avell, podeszła do posłania i ułożyła ją na pledzie. Pogłaskała po główce, nakryła puchatym kocem. Shina nie mogła się nadziwić, ile czułości można wkładać w otulenie śpiącego dziecka. Czy i ona będzie niedługo równie troskliwa? Drgnęła, gdy Sayra zbliżyła się do niej i stanęła twarzą w twarz. – Chciałabym ci wierzyć – warknęła. – Ale sama jestem matką i wyczuwam, że jesteś w ciąży. Wiem, że między tobą a Arim nie układa się najlepiej, więc nie sądzę, by to było jego dziecko. Wniosek nasuwa się sam. Shina poczuła zirytowanie. – Więc wierzysz Ariemu? Jego kłamstwom? – Nie mam powodu, by mu nie wierzyć. To przecież przywódca. – Nie masz powodu?! A Gimmel? Naprawdę myślisz, że on byłby w stanie cię zdradzić? Sayra zawahała się. Zacisnęła usta, przez chwilę patrzyła Shinie prosto w oczy. – Zapewniam cię, że Gimmel mnie nie tknął! Myślisz, że gdybym była winna, przyszłabym do ciebie?! Żona Senasyjczyka nadal nie spuszczała wzroku ze stojącej naprzeciwko dziewczyny. Była zraniona i nie chciała dać się zwieść. A jednak coś wewnątrz niej się przełamywało. W końcu rysy jej twarzy nieznacznie złagodniały. – Mogłabym zażądać, byś przysięgła na prawa Senas. Ale nie chcę cię do tego zmuszać. Wolę mieć nadzieję… Shina potrzasnęła głową. – Przysięgam, że mówię prawdę. Urodzę dziecko Ariego. Sayra odetchnęła, po czym podeszła do zwiniętej maty i usiadła na powrót pod ścianą. Potarła twarz dłońmi, odgarnęła na plecy kosmyki włosów. Zapatrzyła się w zdobiącą podłogę wstęgę słońca. Sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej i oszołomionej tym, co ją spotkało. – Skoro jest tak, jak mówisz, dlaczego Ari skazał Gimmela na wygnanie? Dlaczego rozbił naszą rodzinę? W głosie Sayri było tyle tłumionej rozpaczy, że aż Shinie zrobiło się jej szkoda. Podeszła bliżej, kucnęła naprzeciw niej i dotknęła nieśmiałym, pocieszającym gestem jej ramienia. – Gimmel wie o czymś, co mogłoby zagrażać Ariemu. Ari bał się go, dlatego postanowił go przegnać. Sayra spojrzała na nią. – Co takiego? – zapytała po chwili. Shina zawahała się. Nie była pewna, czy powinna zdradzać Senasyjce skrywaną tajemnicę. Ona mogła zachować wieść o gwałcie chłopaka dla siebie, ale też mogła podzielić się tą wiadomością ze starą. Zapewne zrobiłaby wszystko, by tylko ratować męża. – Ari złamał kolejny zakaz Senas – szepnęła niechętnie. Sayra przesunęła wzrok na jej brzuch. Shina skuliła się nieznacznie, zupełnie, jakby chciała ukryć przed nią i tak niewidoczną jeszcze ciążę. Przeklęła w duchu. Ta kobieta była niezwykle domyślna! – A więc on z tego nie zrezygnował… Dziewczyna nie zrozumiała jej słów. Zarumieniła się lekko. – Staram się go… – Nie o tym mówię – Sayra potrząsnęła głową, widząc zawstydzenie przywódczyni. – Domyślam się, że nie oddajesz się mu z przyjemnością, o ile w ogóle z nim sypiasz. Shina stała się czujna. – Więc co miałaś na myśli? – Rozmawiałam z Gimmelem dzień przed odjazdem do stolicy… – jej głos zadrżał nieco, lecz szybko zebrała się w sobie. – Mówił mi, że Ari planuje coś złego i że on będzie musiał na ciebie uważać. Byłam przekonana, że Gimmel przesadza. Starałam się go nawet zatrzymać w osadzie… ale on się uparł. Miał nadzieję, że jakoś zapanuje nad Arim. Był przecież przyjacielem jego brata – zamyśliła się. – Więc jednak nie miał na niego takiego wpływu, jak mu się wydawało… Shina spuściła głowę. – Ja tego nie chciałam. I już ponoszę za to karę. Nie cierpię tego dziecka. Zapanowało milczenie. Shina wpatrywała się we własne dłonie. Chociaż bała się, miała nadzieję, że Sayra nikomu nie zdradzi jej tajemnicy. Żona Gimmela sprawiała wrażenie bardzo rozsądnej, nie odnosiła się też do niej z początkową niechęcią. Zapewne nie obwiniała już jej za to, co się stało. Nie chciała się zemścić. A jednak Shina czuła silne wyrzuty sumienia. Powinna to wszystko odkręcić, powinna zmusić Ariego, by sprowadził towarzysza z powrotem do osady! Przecież on był niewinny! – Przykro mi z powodu twojego męża… Sayra uśmiechnęła się ze smutkiem, lecz nic nie odpowiedziała. Nadal patrzyła na pas słonecznego blasku. Shina zacisnęła dłonie. – Przysięgam, że dopilnuję, by Ari odwołał te kłamstwa! Będzie musiał odszukać Gimmela, sprowadzić go do osady i przeprosić za to, co mu zrobił! – Oria, nie obiecuj mi czegoś, czego nie będziesz mogła dotrzymać. Przecież obie wiemy, że nie zmienisz postanowienia Ariego. – Więc się poddasz?! – Shina poderwała się na równe nogi. – Pozwolisz, by Avell wychowywała się bez ojca? Pozwolisz mu zginąć na pustyni? Powinnaś go odszukać! Sayra wstała. – I co? Mam go tu sprowadzić? Żeby ludzie go zabili? – zapytała z opanowaniem. Dziewczynie opadły ramiona. To by rzeczywiście nie było rozsądne. – Nie wiem, co robić… – przyznała się z rozpaczą, lecz zaraz jej głos stał się silny i przepełniony złością. – Jak Gimmel mógł twierdzić, że Ari nie jest zły! Nie wierzę, by śmierć brata mogła go do tego stopnia odmienić! Sayra obserwowała ją przez chwilę, po czym podeszła do posłania i przysiadła przy śpiącej Avell. Poprawiła zsuwający się z ramion małej koc, otarła palcem jej mokry od łez policzek. – Gimmel mówił prawdę – zaczęła poważnie. – Ari był kiedyś całkiem inny. Szkoda, że nie poznałaś go od tej lepszej strony. Ale po śmierci Irela całkowicie się zmienił. Nagle spadły na niego obowiązki przywódcy i odpowiedzialność za klan… wydaje mi się, że to go przerosło. Shina zamarła. Miała wrażenie, że się przesłyszała. Jak to: nagle spadły na niego obowiązki przywódcy? Odetchnęła głęboko, chcąc uspokoić przyspieszone bicie serca. Musiała się upewnić, że źle zrozumiała te słowa. – Ari był od początku wyznaczony na przywódcę, prawda? Irel był jego młodszym bratem? Sayra wbiła w nią swoje bursztynowe oczy. – Nie. To Irel był starszy. Shina poczuła się nagle strasznie słaba. Miała wrażenie, że cały świat wali się jej na głowę. Gdyby nie okrutna zemsta Senas, nie musiałaby przechodzić gehenny z Arim u boku. Nie powinna być jego żoną! – Zbladłaś. Usiądź – Sayra podprowadziła ją do maty. Shina opadła na zrulowaną plecionkę i odgarnęła za ucho kosmyk włosów. Nadal nie mogła zebrać myśli. – Nie wiedziałaś o tym? – Nie – szepnęła. – Gimmel wspomniał mi, że brat Ariego zmarł rok temu na pustyni, ale byłam przekonana, że chodziło o młodszego… – Irel był trzy lata starszy od Ariego – sprostowała Sayra i po chwili namysłu dodała. – Gimmel powiedział ci, dlaczego on zginął? – Zapytałam go o to, ale on stwierdził, że nie może złamać obietnicy danej Ariemu. Odesłał mnie do niego. – Te ich tajemnice! One nie mogły doprowadzić do niczego dobrego! – prychnęła kobieta i pochyliła się nad Shiną. Spojrzała na nią z uwagą. – Ari zakazał nam zdradzać, że to nie dla niego zostałaś wybrana. Ludzie go posłuchali i dlatego nikt ci o tym nie powiedział. Ale ja mam już tego dość! Wszystko ci wyjaśnię. – Będę ci bardzo wdzięczna… Sayra skinęła głową i przysiadła na macie tuż obok niej. – Irel był bardzo dobrze przygotowany do roli przywódcy. Rodzice byli z niego naprawdę zadowoleni, mieszkańcy osady obdarzali go zaufaniem i wielkim szacunkiem. Czasami sprzeciwiał się prawom Senas, ale nie były to żadne poważne występki, więc wszyscy udawali, że tego nie zauważają. Mimo oszołomienia Shina uśmiechnęła się do siebie. Buntownik. Już jako dziesięciolatek igrał z odwiecznymi prawami i uśmiechał się do niej poprzez płomienie ogniska. W jego wzroku krył się zadziorny błysk. Westchnęła. Dlaczego ten sympatyczny chłopak musiał umrzeć? I dlaczego została zmuszona do poślubienia jego ponurego, odpychającego brata? To nie tak powinno wyglądać! Zasmucona, słuchała opowieści Sayri. – Osiem lat temu umarł twój ojciec. Wiesz, że zgodnie z tradycją to on miał cię doprowadzić do osady. Ale skoro jego zabrakło… Irel nie dał rodzinie wyboru i powiedział, że sam sprowadzi cię do domu. A więc domysły Taali miały w sobie ziarno prawdy… – Nikt nie protestował? – zdziwiła się. – Oczywiście! Wszyscy uważaliśmy, że to zły pomysł. Przywódcy, stara… nawet Gimmel przekonywał go, by tego nie robił. Parokrotnie się o to kłócili. Ale Irel był z tych, co to nie zmieniają postanowienia. Śmiał się, że jeśli do tej pory Senas go nie ukarała, tym razem też nic złego się nie stanie, zwłaszcza, że robił to w dobrej wierze. Rok temu, na początku lata, wyruszył w drogę… Sayra urwała, więc Shina spojrzała jej w twarz. Młoda Senasyjka była poruszona. – Następnego wieczora ktoś zauważył stojącego wśród naszych koni wierzchowca Irela. Był osiodłany, miał przytroczone do boków bukłaki i torby. Ludzie przeczuwali, że synowi przywódców stało się coś złego. Zaczęli go szukać. Znaleźli go następnego poranka. Leżał na pustyni, za południową granicą oazy. Widać chciał przeczekać w cieniu drzew najgorszy skwar, później wyruszył na otwartą przestrzeń. Ujechał spory kawałek i spadł z konia. Zwierzę wróciło do osady, on nie dał rady. – Nie był dobrze przygotowany do podróży? Zabił go skwar? Czy burza piaskowa? – Nic z tych rzeczy. Ukąsił go wąż. Shina nie mogła w to uwierzyć. – Wąż? Przecież jad by go od razu nie zabił… – Bo nie zabił go od razu – potwierdziła Sayra. – Od ukąszenia musiało minąć trochę czasu. Irel zdążył rozciąć sobie nożem zranione przedramię, zacisnąć nad łokciem pas materiału, założyć opatrunek… niestety, mimo tego jad okazał się dla niego za silny. Widocznie nie zareagował dość szybko albo nie wydusił z rany całej trucizny. – Skoro spotkało go coś takiego, powinien zawrócić do osady, a nie wypuszczać się samotnie na pustynię – szepnęła Shina. Zbierało się jej na płacz. – Masz rację, powinien. To by było najrozsądniejsze. Ale on był za bardzo uparty. Pewnie podejrzewał, że poradził sobie z ukąszeniem. Może poczuł się lepiej… On nigdy nie przejmował się drobiazgami. Drobiazgami? Ukąszenie jadowitego węża było dla niego drobiazgiem? Powinien wrócić do domu, wykurować się pod uważnym okiem staruchy i dopiero wtedy ruszyć w drogę. Co dobrego przyniosła jego brawura?! Sayra oparła łokcie o kolana. Wbiła wzrok w śpiącą Avell. Dziewczynka przetoczyła się na plecy. Oddychała głęboko, jej drobna pierś unosiła się i opadała w miarowym ruchu. – Śmierć Irela sprowadziła na osadę wielką żałobę. Przez wiele dni nie mówiono o niczym innym. Ludzie twierdzili, że to Senas przeszkodziła mu dotrzeć do ciebie. Nie mieliście prawa zobaczyć się przed ceremonią Zaślubin i pustynia tego dopilnowała. Shina milczała. Nie zdradziła, że złamali zakaz szesnaście lat wcześniej. To nie miało znaczenia. – Co było dalej? Domyślam się, że obowiązek przewodzenia osadzie spadł na Ariego. – Tak. On nigdy nie zazdrościł Irelowi jego przyszłości, aż nagle miał zająć jego miejsce. Długo nie mógł się z tym pogodzić. Nie dość, że stracił brata, do którego był bardzo przywiązany, to jeszcze spadły na niego jego obowiązki. Nie chciał zostać wodzem, nie nadawał się do tej roli, ale nie miał wyjścia. W ciągu paru miesięcy bardzo się zmienił. Ucichł, spoważniał i zamknął się w sobie. Kiedyś szanował prawa Senas, po śmierci Irela po prostu je znienawidził. – I znienawidził mnie. Bo to przeze mnie zginął jego brat… – szepnęła Shina w zamyśleniu. Natychmiast pojęła, co Ari miał na myśli, mówiąc pewnego dnia, że przyjechał do stolicy z własnej woli, bo chciał się przekonać, czy ona była warta… i nagle urwał. Zapytała, czego warta. Nie odpowiedział. Teraz to pojęła. On miał na końcu języka „…warta życia Irela”. Zacisnęła dłonie w pięści. Przecież nie chciała, by jego brat zginął na pustyni! Nie powinien jej za to obwiniać! – Rodzice pozwolili mu jechać? – zapytała wzburzona, by tylko przerwać milczenie. – Nie. Podobno błagali go, by został w osadzie. Nie chcieli stracić drugiego syna. Ale on się uparł, jak rok wcześniej Irel. Gimmel też próbował wybić mu to z głowy. Widząc, że nie będzie w stanie zmienić jego zamiarów, zdecydował się mu towarzyszyć. Chciał mieć na oku jego i ciebie – Sayra spojrzała na Shinę i uśmiechnęła się ze współczuciem. – Stało się tak, jak sama powiedziałaś. On cię znienawidził. Obwinił cię za śmierć brata. Dziewczyna skinęła głową. Teraz już wszystko rozumiała. Wiedziała, skąd brała się wrogość w oczach Ariego. Z jakiego powodu bezustannie próbował ją ranić. Dlaczego unikał jej obecności. I czemu stał się taki smutny i przybity. Nie dość, że przejął obowiązki, które wcale go nie interesowały, to jeszcze zmuszony był dzielić życie z osobą, przez którą umarł drogi mu człowiek. Co więcej, pijacki wybryk sprawił, że ona spodziewała się jego dziecka. Dziecka, które powinno należeć do Irela. Schyliła głowę i wplotła palce we włosy. Starała się opanować. Musiała sobie jakoś poradzić z tą sytuacją. Po chwili wyprostowała się i zerknęła na Sayrę. – Powiedz mi… jaki był Irel? Żona Gimmela odpowiedziała uśmiechem. – Długo by opowiadać… On był całkowitym przeciwieństwem Ariego. No, może z wyjątkiem wyglądu. Fizycznie byli do siebie bardzo podobni. To był wesoły, niesamowicie inteligentny, przepełniony energią chłopak. Wiecznie uśmiechnięty, ale jak się zdenerwował, lepiej było schodzić mu z drogi. Miał w sobie coś takiego, co ciągnęło do niego połowę dziewczyn z osady – w jej oczach zalśnił na moment figlarny ognik. – Parę lat temu sama byłam w nim zadurzona. Czasami z nim flirtowałam. Jednak oboje wiedzieliśmy, że to tylko zabawa i nie przekraczaliśmy ściśle określonych granic. Gimmel musiał się bardzo starać, bym w końcu zapomniała o Irelu i zwróciła uwagę na niego. Trochę dziwnie mówić coś takiego o własnym mężu, ale on zawsze stał w cieniu przyjaciela. Irel był typem przywódcy. Rozumiesz, pewny siebie, charyzmatyczny… Shina skinęła głową. Miała już wyraźne wyobrażenie swojego niedoszłego męża. Była niemal pewna, że widziała go w jednym ze swoich snów. Tym przepełnionym emocjami i zmysłowością. Wówczas połączyło ją coś szczególnego z czarnowłosym, ciemnookim młodym mężczyzną. Było pomiędzy nimi pozytywne, wręcz wibrujące napięcie. Więc w tak niezwykły sposób spotkała człowieka, z którym złączył ją dawny rytuał. On powinien żyć. Powinien być przy niej. Powinni wspólnie sprawować rządy. Dlaczego Senas nie okazała litości? Przecież Irel nie miał złych zamiarów! Chciał tylko sprowadzić ją do rodzinnej osady! Czy z tego powodu musiał zginąć?! Jeszcze przez dłuższą chwilę siedziała w bezruchu, wpatrzona w śpiącą Avell. Myślała o tym, jak bardzo Ari zniszczył jej przyszłość. Prosiła wszystkie duchy, by pozwoliły spać małej jak najdłużej i jak najspokojniej. By chociaż na te parę godzin zesłały na nią zapomnienie, osuszyły łzy i wymazały z umysłu tęsknotę za ojcem. Zacisnęła zęby. Musiała coś z tym zrobić! Gimmel i jego rodzina nie mogą cierpieć za to, co wydarzyło się po śmierci Irela! Jeśli Ari chce się mścić, niech się mści na niej. Niech nie wplątuje w prywatne porachunki niewinnych mieszkańców osady! Wstała. Odprowadzana przez Sayrę, zbliżyła się do wyjścia z namiotu. Zacisnęła palce na płachcie, lecz zawahała się. Odwróciła się ku kobiecie, spojrzała na nią ze współczuciem. – Przepraszam, że sprowadziłam na was kłopoty. Postaram się to jakoś… Sayra pokiwała smutno głową. – Wiem, że to nie twoja wina. To zaślepiająca Ariego nienawiść. – I dlatego mu wybaczysz? Przecież on przegnał twojego męża! – Nie, nigdy mu tego nie daruję. Ale w głębi serca odczuwam ulgę, że nie kazał go zabić, a tylko przepędzić. Jestem pewna, że Gimmel żyje. I to pozwala mi mieć nadzieję, że może wszystko jeszcze jakoś się ułoży. Będę czekała na jego powrót do domu. Shina obserwowała ją jeszcze przez moment, po czym spuściła wzrok i bez słowa wyszła na zalaną słońcem pustynię. Nie chciała jej ranić i odbierać złudnych nadziei. Nie zdradziła, że oczekiwanie może być okrutniejsze od bolesnej prawdy. Przekonała się o tym na własnej skórze. A przecież ona nie wypatrywała ukochanego człowieka.

* * *

Znów szła przed siebie szybkim, sprężystym krokiem. Nie zwracała uwagi na krążących w pobliżu Senasyjczyków. Nie zginała karku pod ich przeszywającymi, miotającymi pioruny spojrzeniami. Wiedziała, że nie odważą się jej uderzyć. Nie wyrządzą jej krzywdy. Zapewne Ari dopilnował, by nie zginęła. Uznał, że

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%