Akcja · 10 min czytania
Siedem godzin od lądu.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedem godzin od lądu. Jak to w Polsce bywa, wraz z wakacjami kończy się letni sezon. Mimo iż nadal bywają jeszcze upalne dni, jednak ośrodki wypoczynkowe i plaże stają się ciche i jakby nieswojskie. Martwy posezonowy czas, to nadarzająca się okazja do wynajęcia nawet dość kosztownego ośrodka. Za o wiele niższą cenę można zakwaterować nawet w mekce letniego wypoczynku. Toteż postanowiliśmy wykorzystać tę sposobność podwójnie, załadowaliśmy do bagażnika to co nieodzowne. Jednak Piotruś jako właściciel fury, nie chciał obciążać dachu auta dwoma deskami, wobec czego, negując moje chęci, wziął jedynie swój statek. W owym czasie w Jastrzębiej Górze odbywało się międzynarodowe spotkanie vaisznawów w bhakti jodze. My co nie bądź, jako uczestnicy tego retritu, pomyśleliśmy o tym, by przy okazji pobytu nad morzem, skorzystać jeszcze z niego przed porą jesienną. Kurort stał się cichym i zdawał się być wyludnionym, wymarzone warunki do wyciszenia i medytacji. Trzytygodniowy pobyt miał ustalony napięty program od najwcześniejszej pory budzącego się dnia, do schyłku zapadających ciemności. W tym napiętym programie nie stawało miejsca na rozrywkę w formie windsurfingu. Po upływie tygodnia, od zajęć programu medytacyjno-wykładowego, samowolnie zafundowaliśmy sobie wolne. Na wagary, do Juraty pojechaliśmy w pięć osób, albowiem jedynie w owej miejscowości natrafiliśmy na marudera, który jeszcze nie spakował i nie wywiózł pływającego sprzętu. Miałem być jedynie towarzyszącym pływającemu Piotrusiowi, a takim przypadkiem mogłem też uczestniczyć w surfowaniu. Towarzyszący nam „Leon”, również chciał popróbować swoich sił w pływaniu z bomem w rękach, więc jako tego, który kiedyś prowadził szkółkę surfingu, zobowiązano mnie do przeprowadzenia dla niego szybkiego szkolenia. Płytka woda zatoki rzadko sięgająca niekiedy do pasa, ciepła jak w wannie. Słoneczko niczym w środku lata i cała plaża do naszej dyspozycji, stały wiatr od morza ku Zatoce Puckiej, coś pięknego. Jako niezły kozak i znawca sztuki, wypożyczyłem dla siebie krótkiego o małej wyporności „Fanatica”, dla ucznia wybrałem deskę niczym drzwi szeroką, o wyporności dla trzech dorosłych chłopów. Na odchodne kolega Piotr spytał bosmana „ czy łachy mielizn rozciągają się daleko w głąb zatokowych wód?” Pan odrzekł; iż koniec mielizn oznaczony jest czerwonymi chorągiewkami. Szkoląc mało kumającego Leona, myślałem by jak najszybciej uwolnić się od obowiązku jak najszybciej. Po jakiejś godzinie uznałem, że da sobie już radę sam. Zresztą decha była niewywracana, a jak wybierać i łapać w żagiel wiatr, opanował dość dobrze, jedynie miał problem ze zmianą kierunku. Wobec tego powiedziałem by nie wypływał za mieliznę, zeskakiwał z deski przed jej końcem, obracał ją dziobem w kierunku lądu i niech sobie tak pływa. Nie będąc już dłużej zobowiązanym, ruszyłem w samotny rejs. Pływając na jeziorach kurs zawsze kończył się na jakimś brzegu, gdy wiatr nawet kręcił, również dopływało się do widocznego brzegu. Na zatoce wiatr nie kręcił, był stały, a nie porywczy w swym podmuchu, ciągły, bez zawiewań i nagłej flauty. Niosło mnie z lekkością, słyszałem jedynie syk wody powstającego kilwotera za rufą. W dali, po prawej stronie majaczyła (chyba) Gdynia. Dopływałem do kolejnych chorągiewek, za nimi już czerniała głębia, fala stała się dłuższą i większą niż na płycinie. Jednak na sfalowanej powierzchni wody dostrzegałem w oddali następne chorągiewki, niosło mnie z lekkością, aż żal było odpadać i robić zwrot, więc decydowałem się płynąć do następnych chorągiewek. Po dopływaniu do następnych i następnych chorągiewek, już widziałem jedynie czerń głębiny i zero złocistego piasku zatoki. Wreszcie zdałem sobie sprawę, że nie tylko mielizny oznaczone są chorągiewkami, ale także łowiska. Znajdując się pomiędzy takimi, dostrzegłem pod wzburzoną wodą zasłony z sieci. Zrefowałem żagiel do zera, równocześnie bom odpiąwszy się od masztu zjechał po nim w dół. Rozglądnąłem się, nigdzie nawet skrawka ziemi dookoła, tylko woda, woda. W niedalekiej odległości przepływały kutry rybackie, stateczki, a deska bujała się jak olbrzymia huśtawka. Obleciał mnie z lekka cykor, woda zimna, ja jedynie w slipkach i myśl – może z przepływających kryp mnie zauważą, podpłyną i wciągną na twardy pokład. Po krótkiej rozterce umysłu, wziąłem się w garść, wiedząc iż strach z paniką mogą zgubić każdego, zatem niecodzienną sytuację postanowiłem rozwiązać z rozwagą. By uzyskać napęd i sterowność deski, należało niezwłocznie zapiąć klamrę bomu na maszcie, a tego zadania nie można wykonać, gdy żagiel jest naciągnięty. Aby opanować tą całą