Fantastyka · 30 min czytania
Siedem przecinek cztery
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- dam mu szanse, taką, jaką dałem tobie.... Nic więcej ode mnie nie usłyszała, gdy wiatr wzmagał się z każdą chwilą wznosząc tumany piasku tuż przed nami. Jakby wiedział. Ja na pewno wiedziałem. Jej plecy - nie chciałem by były ostatnią rzeczą, jaką zobaczę w swoim życiu. Jeszcze raz chciałem otwierać ogromne dębowe drzwi w apartamencie hotelu Paris. Pragnąłem smaku jajecznicy zmieszanej ze świeżością ciała po porannym prysznicu, łaknąłem soku ze świeżych pomarańcz zmieszanych ze smakiem jej ust na szklance. Chciałem spoglądać na nią taką, jaką stworzył ją sam bóg. I nie ważne, kogo on był - mój Pan Bóg czy jej Allach. Wszystko wtedy było mi jedno. Oddałbym napotkanemu wędrowcowi swoją duszę za jeszcze jeden raz. Lecz kto teraz mnie tu znajdzie? Otaczają mnie widoki, których nie kojarzę z żadnymi z miejsc mojej przeszłości. Są dla mnie zbyt obce, niepodobne do tych miejsc, które mam pod powiekami, gdy zamykam oczy.
Kula trafiła w to miejsce jak przewidziałem. Zamroczyło mnie i usiadłem. Nie miałem siły wstać. Traciłem je zbyt szybko a kolana same się ugięły. Tumany piasku wzbudzonego przez wiatr wiejący ze wschodu otaczały mnie tworząc tymczasową zasłonę, dając mi schronienie. Lecz wiedziałem, że zostanę odnaleziony. Jest blisko. Czuję to. Dziwne. Nie boli tak jak myślałem, że będzie boleć. Na filmach wiją się jakby ból przenikał ich całe ciało. Wykrzywiają twarz, na której pojawiają się różne grymasy. To takie filmowe. A ja? Nic. Tylko świst, uderzenie w brzuch i raz fala zimna raz fala ciepła. To znaczy na początku było mi trochę ciepło, teraz drżę z zimna pomimo panującego wokół bezlitosnego żaru. Jeszcze ten cholerny wiatr i ten przeklęty piasek. Przestań do cholery!
Siedzę i patrzę przed siebie starając się coś zobaczyć. Choćby jeden drobny ruch. Nic, tylko piach. Plus, że mam gogle. Szlag by mnie trafił jakbym teraz miał podrażnione oczy. Siedzę i czekam. Czekam na finał. Nawet nie tykam już przydziałowego M16. Lepkie ręce z krwi wolą uciskać brzuch, cały nią zalany. I ten przeklęty piasek jest wszędzie. Pewno wda się zakażenie. Co ja sobie myślę. Umieram, kurwa mać. Odchodzę z tego pieprzonego świata. Zrzucę mundur, odstawię M16 w kąt i będę skakał z chmurki na chmurkę. Jak będą mnie chcieli? A czemu nie? Z takim resume to od razu zatrudnią mnie w straży przybocznej Pana Boga. Jak będzie miejsce, oczywiście. Wielu z moich przyjaciół pewnie ubiega się o ten wakat. W końcu mają do tego pełne prawo. Wszyscy zginęli. He, ja też. No prawie. Jeszcze żyję. Umieram, ale żyję.
Myśl pozytywnie, myśl pozytywnie. Pieprzone podręczniki z samomotywacji. Kurs dla dobrych menagerów. Kupa wyrzuconej kasy dla kilku niepotrzebnych papierków. Po co? Mam powiedzieć mojemu wrogowi, że nie dostanie podwyżki? Może wpisać naganę do akt. Nie. Lepiej jak go od razu wyleję. Mam do tego niezbędne narzędzie. M16. O! Ręce się przykleiły do munduru. Spróbuję je oderwać. Spoglądam w dół i widzę jak już są nieźle panierowane w tańczącym wokół piaskiem. Gwałtowny ruch powinien je oddzielić od materiału. Stop. Wtedy krew szybciej opuści ciało. Nie. Wolę wolniej umierać. Chcę doczekać finału. Czekam na ból. Jest już dwie przecznice stąd, zjawi się jak długo zapowiadana gwiazda rocka. Ból w swej własnej osobie. Otumanienie gra jako suport. Ból będzie na koniec. Na finał.
Czekam a tu nic. Dupa zbita. Obiecywali niezapomniane wrażenia przy rekrutacji i co? Dupa! Pieprzony system. Zachciało mi się bohaterować. Jebany Power Ranger - karabin, manierka, komplet magazynków, do tego gogle i kask, ale w czasie pogrzebu wolałbym jednak być w garniturze.
Część 22 / 2
Wiem, że znajdzie mnie szybko, bo burza piaskowa ustaje. Wokół zaczyna roztaczać się wspaniały widok. Mury miasta, które mieliśmy zdobyć lśnią w słońcu pustyni a ciała moich towarzyszy otaczają dookoła. Po lewej z dziurą w głowie leży John. Na nim odwrócony z dziurą po drugiej stronie głowy to Mark. Miał czarne włosy a teraz są czerwone z krwi, która wypłynęła z mózgu. Po prawej Antonio i jeszcze jeden, którego nie miałem okazji poznać. Szczerze to zapomniałem jak ma na imię. Wiem tylko tyle, że jak Antonio jest z Italii. Przede mną leży czterech Angoli, to oni padli pierwsi. Tak jak padły cztery strzały oni już leżeli i podrygiwali w śmiertelnych konwulsjach. Paf, Clarke. Paf, Terry. Paf, John II. Paf, Wayne. Paf, paf, paf, paf. Cztery strzały, cztery trupy. Ten snajper jest cholernie dobry. Może, chociaż zrobi im pogrzeb. Już niedługo. O! Zaczynam pluć krwią. Trochę mi się robi niedobrze. Ciekawe gdzie trafił. Chyba w wątrobę. Ironia losu. Piłem na przyjęciach niezliczone ilości alkoholu z nadzieją, że to mnie wykończy, że będę jednym z menagerów P.Boga a tu paf, nic z tego. Zamiast alkoholu zabija cię ołów z pobliskiego miasta. Dlaczego dla mnie nie starczyło kamizelek kuloodpornych? Bo nie zdążyli ich dowieść na linię frontu, patałachy. Tylko jeden za późno wydany rozkaz, jeden za późno złożony podpis pod listą zaopatrzenia i całą naszą dziewiątkę szlag trafia. No, oczywiście za pośrednictwem tego snajpera. Bo się komuś nie chciało. Boli. Nie brzuch, tyłek od tego pieprzonego gorącego piasku. Parzy przez spodnie. Au, cholera. Nie mogę już wstać, bo zemdleję albo szybciej wyzionę ducha, a tu czeka mnie jeszcze finał. Już niedługo. Może coś zanucę. Jakiś przebój z dawnych lat... Głupi pomysł. Położę się. Tak będzie lepiej. Mury się obniżają a ich miejsce zajmuje piękne niebo i słońce, a ten skurczybyk zajebiście oślepia! Trochę odpocznę i powspominam. Nie wiem czy jest czas na rachunek sumienia, ale może na taki szybciutki starczy mi krwi.
Zaczęło się od odkrycia przez astronomów identycznej, ba, bliźniaczej planety. Później wydarzenia nabrały takiego tempa, że nie obejrzałem się a tu już pakowali mnie na transportowiec. Pięć lat świetlnych, trzy miesiące snu, pięć skoków. Kiedy się obudziłem czułem w ustach miałem gąbkę jak po nieziemskim przepiciu a obok mnie leżała gazeta. Przeniesienie akcji militarnych na X-Cb6 szansą pokój między narodami, przeczytałem. Co jak co ale wpierw bardzo się ucieszyłem, później kiedy gąbka w ustach nasączała się wodą z baniaka przyniesionego ukradkiem przez szeregowego Garcia, byłem przerażony. Nieważne, co się z nami stanie. Umieramy za nich, za tych, co pozostali pięć lat świetlnych, trzy miesiące snu, pięć skoków za nami.
Odpływam i zaczynam czuć ból. Niewielki. Coś jakby ukąszenie i później łaskotki w okolicach uda. Kolejna kulka? Jest już tak blisko? Możliwe. Leżę tutaj taki sobie z dziurą w brzuchu jakieś piętnaście minut, napewno nie dłużej. Tyle chyba zajęłoby mu dotarcie z tego piekielnego miasta, o które walczymy od dziesięciu lat. Dziesięć? Nie wiem, może dłużej. Straciłem rachubę czasu, od kiedy dali mundur, nauczyli strzelać i pokazali jak przeżyć w warunkach ekstremalnych. Tylko nie pokazali jak przeżyć z dziurą w brzuchu! Intuicyjnie uciskam ranę rękami a spomiędzy palców sączy się krew. Ciepła, lepka, prawie gotująca się ciecz. Moja krew. Nie wiem czy uciskanie jest zgodne z instrukcją żołnierza oddziałów specjalnych piechoty Narodów Zjednoczonych, ale mam to gdzieś. - Cholera! Co jest? – kolejne ukłucie i znowu łaskotki. Podnoszę głowę i otwieram oczy. Z trudem powstrzymuję wymioty, krew spływa mi kącikiem ust. No, co za gówno mnie ugryzło! Umieram a tu jakiś pająk robi sobie ze mnie aperitif. Nawet nie wiem, jaki to pająk. Oderwałem z jękiem rękę od kurtki i sięgnąłem po M16. Mojego najlepszego przyjaciela od trzech lat. Trzech? Chyba tak. Zabrali nam z jednostki kalendarze, zakazali pamiętać wyrywane kartki. Zatraciłem się w rachubie. Poczekam aż to gówno zejdzie z uda a wtedy rozkwaszę go kolbą. Jedynym potwierdzonym trafieniem tego dnia będzie jakiś wielonogi pająk, ale dobre i to. Statystyka troszkę spadnie chodź stanie i tak na rekordzie jednostki. 7,4. Pieprzone siedem przecinek cztery, szybko obliczyłem w pamięci. Każdego dnia podczas akcji zabijałem siedem przecinek cztery osoby. To tak jakby siedem i jednego pająka dziennie. Siedem celnych strzałów i jeden pająk roztrzaskany kolbą od mojego M16. Szlag by to, dochodziłem już do dziewięciu. I tak mnie nikt nie prześcignie. Najbliżej był Antonio. Teraz to on robi w liczbach. Mam rekord i nie wiem czy mam być dumny. Z tego, co moja babcia mówiła to czeka mnie piekło. W sumie dobrze wywróżyła, bo jeśli mam się tam dostać to jestem w jego przedsionku i właśnie zaczynam się smażyć. A! Trafiłem skurczybyka. Kolbą. Powinienem już tracić czucie w nogach, ale na szczęście drań nie był chyba tak groźny jak myślałem. Ba, i tak umieram. Siedem przecinek cztery. Na pewno rekord. Leżę dalej z zamkniętymi oczami. Co chwila pluję krwią i coraz bardziej tracę zmysły. Właśnie gadałem z babcią, co jest na to najlepszym przykładem. Biedaczka umarła piętnaście lat temu. Mówią, że kiedy śmierć stoi nad tobą całe życie przelatuje ci przed oczami. No nie sądzę, mi bynajmniej ta kostucha zasłania ekran. Słońce parzy i pali moją twarz. Krwawienie chyba ustało. Co z tego jak i tak nie zdobyliśmy tego miasta. Zresztą nie pamiętam, dlaczego było ono tak ważne. Pewno z jakiegoś tam generalskiego strategicznego punktu widzenia było ważne. Inne nie mogło być tak ważne jak to - przecież zostało jedno. Niszczyliśmy je wszystkie po kolei. Jedno za drugim. Taktyka spalonej ziemi, jak mówił mój dowódca. Przyjdź, zdobądź, zgwałć, zabij i spal. Tak robiliśmy aż po miesiącu uodporniłem się na wszystkie wyrzuty sumienia. W końcu jesteśmy panami świata, nowego świata, na którym się wspólnie wyrzynamy. Wszystko nam wolno. Wygrywamy a kończy się nam amunicja, co do zapasów żywności to nie wystarczą do zimy. Brakuje rekrutów. Przed chwilą dostało kulkę ośmiu moich żołnierzy. Paranoja. Chyba jakieś chmury pojawiły się na niebie, bo słońce momentami przestaje palić mnie po pysku. Ten świat jest identyczny jak ten z przed kilku lat. Pięciu świetlnych lat. A jeśli to nie chmury to chyba czas na finał. Dobrze, że przestałem pluć krwią. Może zaschła i tyle. Lecę na oparach i chyba dotrzymam do lądowania i... Tak, kapitanie dotrzymałem. Możemy lądować.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem ją. Jej twarz owiniętą czarną chustą zasłaniały częściowo jędrne piersi (o Boże, jakie piękne). To są najpiękniejsze dwie rzeczy, które przyszło mi zobaczyć w życiu. Zerknąłem też na to, co trzymała w prawej dłoni. Karabin snajperski PH 85. Celownik optyczny i przedłużana lufa. Cudeńko. To z tego mnie powaliła.
Chłopaki to z tego was załatwiła! No dziewczyno zadziwiłaś mnie bardziej niż tej nocy w Paryżu. Uklęknęła za moją głową odsłaniając słońce, które momentalnie mnie oślepiło. - Wróciłeś – jej głos był tak piękny jak śpiew rajskiego ptaka, którego nie dane mi będzie usłyszeć. - Kończ – znów krew trysnęła mi z ust. Odsunęła się na bok nie chcąc być zbrukana krwią innowiercy. Święta wojna trwa. Wciąż. A jeszcze dekadę temu kochaliśmy się namiętnie spędzając ze sobą najpiękniejsze chwile naszego życia. Kiedy zaczęła się Święta Wojna przestało ono być nasze. Teraz moje należało do Boga a jej do Allacha. Ale czy ten bóg wie gdzie my jesteśmy? - Ty umierasz – uklęknęła przy mnie z lewego boku zasłaniając mi słońce tak, że mogłem na nią popatrzyć. Te dziesięć lat nie pozostawiły na niej żadnego śladu. Nadal była tak samo piękna jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją spotkałem. Odwinęła chustę z twarzy i jej brązowe oczy patrzyły na mnie teraz spomiędzy czarnych spadających na nie włosów. Na moment zapomniałem o tym, że umieram, jak zauważyła, i spróbowałem wesprzeć się na łokciach. Krew znów trysnęła z rany. - Spokojnie, pomogę ci – pomogła. Odłożyła na bok PH 85 z celownikiem optycznym. Ten sam, który wycelowała we mnie kwadrans temu, a trafiła, bo chciała trafić. - Nie chciałam – nie wiem czy mówiła prawdę. Dziesięć lat to wiele. Pięć lat świetlnych, trzy miesiące snu, pięć skoków zrobiło swoje. Kto wie czy nie lecieliśmy tym samym transportowcem, bo mogliby nas obudzić w trakcie i powiadomić o tym a wtedy wykończylibyśmy się wzajemnie jeszcze przed lądowaniem na tym paskudnym odludziu tak łudząco podobnym do Ziemi. - Pieprzysz – chlusnąłem krwią. Wsparty na łokciach już nie uciskałem rany. Zamiast moich były tam jej dłonie, te same, które obejmowały mnie tej ostatniej nocy przed wyjazdem. - Gdybym wiedziała ... - Wiedziałaś – kiwnąłem głową plując krwią w stronę karabinka z celownikiem. – Dobrze przybliża, wiem. - Kiedy nacisnęłam spust nie wiedziałam że to ty – coś mokrego spadło mi na policzek. Nie zostało mi dużo, a tym bardziej nie chciałem ominąć finału, więc powinna się streszczać. - Kończ – krew mi się chyba skończyła, znów lecę na oparach. Położyłem głowę na tym pieprzonym skwierczącym od słońca piasku. - Nie mogę – wyszeptała, że ledwo ją mogłem usłyszeć – przepraszam, ale nie potrafię tego skończyć. Tak jak wtedy, kiedy odeszłam nie potrafiłam napisać ci, że to koniec. - Nie myśl, że skoro tu jestem, to znaczy, że szukałem cię... –krew wróciła, znów wyciekła mi kącikiem ust - ... przez te dziesięć długich lat. Pięć lat świetlnych, trzy miesiące snu, pięć skoków, przypomniałem sobie. Zamknąłem oczy. Że też ona musiała się pojawić w tej chwili. Że nie mógł skończyć tego ktoś inny. Czy ten na górze śmieje mi się teraz w twarz? Poczekaj, zaraz się spotkamy to wyjaśnimy sobie kilka spornych kwestii. - Nic się nie zmieniłeś – jej głos był naprawdę kojący. Szczerze to chciałem by położyła moją głowę na swoich udach. By głaskała moje włosy, by mówiła do mnie. Wiecznie. Miałem zamknięte oczy, lecz ją widziałem. Widziałem jak wychodziła spod prysznica tego wieczora, gdy spotkaliśmy się w hotelu. Owinięta w za mały ręcznik wcale nie chciała zakrywać ciała przede mną. Spływały po nim krople wody. Mokre włosy przyklejały się do piersi a nogi zgrabnie poruszały się w moją stronę. - Wody – wykrztusiłem. Wtedy stało się - podsunęła się do mnie i podniosła moją głowę. Następnie wsunęła się pod nią i kiedy ją kładła na uda czułem jakbym kładł się na poduszkę w hotelu Paris. - Pij – poczułem aksamitny smak wody. Nie otwieram oczu, bo nie chcę. Czuję się jak niemowlę karmione przez matkę. Z jednym wyjątkiem. Nie mam życia przed sobą, bo wkrótce się zakończy. Będzie wielki finał. Moich ośmiu towarzyszy jest już po. Teraz ich żegnam. Cześć chłopaki. - Wystarczy – odwróciłem głowę pozwalając resztce wody bukłaka spłynąć po policzku i po szyi. - Zrób to tak żebym nie czuł bólu – powiedziałem – ostatnią rzeczą, jaką chcę zobaczyć to lufę karabinu. Ostatnią rzecz, jaką chcę usłyszeć to kilk cyngla. - Bredzisz – łzy polały się po policzku i spadły na mój – nie potrafię. - To będzie wbrew tradycji, jeśli tego nie zrobisz – chyba jednak nie umrę tak szybko, bo zmysły zaczęły wracać do mnie jak dzieci z koloni. Ogromny żar lał się z nieba a ona była przy mnie osłaniając moją twarz przed słońcem. Guma na…