biografia · 11 min czytania
Siedem Wzgórz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nigdy nie miałem szczęścia do szefów. Najmilszy z nich był mój pierwszy zwierzchnik, dr Miller. To ten który wynegocjował ze mną warunki pracy oraz moją mizerną pensję. Był zawsze bardzo cierpliwy, sympatyczny i uśmiechnięty. Niestety, już pod koniec mojego pierwszego semestru dr Miller został usunięty ze stanowiska, podobno za korupcję. Jego następca, dr Johnson, który dołączył do nas na kilka lat z Południowej Karoliny, naprawdę nigdy nikomu nie ufał, i w ciągu swej kadencji narobił sobie samych wrogów. Pewnego dnia ogłosił, że otrzymał stanowisko dziekana na uniwersytecie w południowej Alabamie. Wyjechał bez pożegnania. Wybrano więc na rok zastępcę, doktora Johnsona. Był to człowiek święty: pomocny, uczciwy, pracowity, szczery. Chciał zostać szefem wydziału na dłużej, ale argumentowano, że przecież uczciwych i dobrych ludzi nikt w rektoracie nie uszanuje. Usunięto doktora Johnsona. Jak widać nie zasłużył sobie na zaufanie. Smutno było patrzeć, jak głosowali przeciw niemu wszyscy jego najserdeczniejsi przyjaciele. Tymczasem na stanowisko szefa wydziału wybrano dra Nathana Martienssena. Wysoki, bardzo szczupły, oschły. Szybki w interesach, błyskotliwy. Nowojorczyk w Midweście. Z jego grobowym wyrazem twarzy kontrastował permanentnie przylepiony do ust plastikowy uśmiech jego żony, pochodzącej z Teksasu, dr Mary Ann Potok. Martienssen zawsze ubrany był w marynarkę z krawatem i wypolerowane buty, co wywoływało w budynku pewien wizualny dysonans. Do pracy chodzi się tu w czym się chce, na luzie, a pracownicy akademiccy są ponoć najgorzej ubraną grupą zawodową w kraju. Na tle znoszonych sweterków i kamizelek, starych koszul w kratkę i kolorowych podkoszulek z wesołymi napisami, Martienssen wyglądał jak mormoński misjonarz albo właściciel domu pogrzebowego.
Nasz nowy szef szybko otoczył się grupą lojalnych mu ludzi. Były to osoby młode, zaczynające swą akademicką karierę, pochodzące zazwyczaj ze Wschodniego Wybrzeża lub ze stanów północnych, z Minnesoty lub z Michigan. Martienssen umiejętnie przekonywał starszych profesorów do przejścia na emeryturę. Dwóch z nich, dr James Konopecky i dr Reinhardt Knopf, przeszło na emeryturę w tajemniczych okolicznościach. Po trzydziestu latach pracy, zniknęli pewnego dnia z uczelni, bez słowa pożegnania. Zastanawiało, że zostali natychmiast zapomniani. Martienssen wysłał też na emeryturę profesora Aarona Cohena, sparaliżowanego poniżej pasa i jeżdżącego po budynku wózkiem inwalidzkim. Profesor Cohen cieszył się wśród studentów i profesorów ogromnym autorytetem. Trudno było pogodzić się z faktem, że po prostu nie wrócił do pracy na jesieni, ale nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Zmarła natomiast pani doktor Mary Ellen Richardson, która przepracowała na naszej katedrze 53 lata. W tydzień po jej śmierci Martienssen zorganizował aukcję jej ogromnej kolekcji sztuki indiańskiej, z której dochody użyto na renowację biblioteki. Opisano to w lokalnej prasie jako ogromny sukces Martienssena. Wszystkie osoby, które odeszły zostały zastąpione młodymi lojalistami.
Moje stosunki z Martienssenem były od samego początku dość uciążliwe. Byłem na wydziale jedynym obcokrajowcem, jedynym profesorem ze stopniami naukowymi spoza USA i jedyną osobą z obcym nazwiskiem i obcym akcentem. Poza jednym czarnoskórym profesorem, którego twarz regularnie pojawiała się we wszystkich materiałach reklamowych uniwersytetu, i mną, cała kadra wydziału składała się wyłącznie z białych Anglosasów. Martienssen patrzył na mnie zawsze z pewnym rozdrażnieniem, unikał mnie, a gdy musiało między nami dojść do spotkań załatwiał moje sprawy w trzy sekundy. Najwyraźniej podejrzewał, że są między nami ogromne różnice kulturowe i że nie tylko nie ma w moim wypadku szansy na konstruktywną współpracę, a nawet gorzej, współpraca ze mną może doprowadzić do potencjalnie niebezpiecznych w skutkach nieporozumień, na które po prostu szkoda mu czasu i energii. Jako Nowojorczyk, pewnie nasłuchał się w młodości dowcipów o głupich Polakach. Gdy patrzył na mnie na jego twarzy widać było niecierpliwość i zniechęcenie, a gdy słyszał mój akcent wyglądał jakby właśnie ugryzł kwaśne jabłko. Nie tylko zresztą on. Mój polski akcent miał na naszym wydziale moc natychmiastowego zabijania uśmiechów. Był najwyraźniej indykatorem jakiegoś moralnego upadku, zacofania, analfabetyzmu, biedy, komunizmu i Bóg jeszcze wie czego. Byłem lokalnym „Jasiem Pawie Oczko”, sławnym w latach osiemdziesiątych wrocławskim bezdomnym kaleką, który swego czasu dla własnej rozrywki straszył panie w tramwajach. Generalnie jednak, muszę przyznać, Martienssen nie podejmował żadnej inicjatywy, żeby mnie po prostu na zbity pysk z pracy wywalić. Nie knuł i nie kopał pode mną dołów. Owszem, Martiensen jeśli już musiał, potrafił niezwykle płynnie kłamać, ale były to sytuacje raczej wyjątkowe. Na co dzień zajęty był pomaganiem tym których sam wybrał i którym ufał. Nie nazwałbym tych ludzi jego przyjaciółmi, Martienssen przyjaciół bowiem nie miał, a samo pomaganie przyjaciołom uznałby pewnie za moralnie podejrzane. Natomiast jeśli chodzi o mnie, zdał sobie po kilku latach sprawę, że w moim przypadku po prostu nie miał się do czego przyczepić. Irytowało go to nieustannie, ale nie miał wyboru. Przyjął strategię