Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 26 min czytania

Siedmiu mężów pani Lizy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tym razem dla odmiany pogoda była znośna, więc Trzeci siedział na parapecie siedziby agencji czarowniczej „Tysiąc Jeden Życzeń” i wydłubywał swoją atalmą brud spod paznokci. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że atalma jest jednym z podstawowych sprzętów będących na wyposażeniu każdego człowieka parającego się magią. Obserwujący tą scenę Drugi powrócił do przeglądania najnowszych wieści z kraju i ze świata w szklanej kuli spoczywającej w złoconej oprawie na samym środku blatu wysokiego biurka. - Obrzydliwość! – skonstatował po chwili przerzucając strony. - W sieci czasoprzestrzennej? – Grubcio na chwilę przerwał swój profanacyjny proceder spoglądając spode łba na przyjaciela. – Nekrofile, piromani, pedofilia… Takie czasy! - To, co robisz ze świętym sztyletem. – poprawił mag. – Tylko go aby nie oblizuj! - Oburzasz się, jakbym tym oto poświęconym nożem miał co najmniej sam sobie jedzenie zdobywać… - uśmiechnął się tłuścioch. – A co do oblizywania, to i tak przy pomocy sztyletu dokonam kiedyś zaślubin jakiejś miłej i nadobnej panny. - Jak jej opowiem, co robiłeś ze swoim kozikiem, to ręczę, że każda się zatrzyma wpół ceremonii i ze wspólnego gniazdka nici! Po prostu nie wypije wina z kielicha kochanków po tym, jak usłyszy, co i jak sobie tym wydłubywałeś. Z korytarza dobiegło znajome „ping”. Znak to był nieomylny, że winda zatrzymała się na trzynastym piętrze przywożąc kogoś, kto życzył sobie odwiedzić agencję prowadzoną przez czarowników. - Phi! – skwitował mag. – I tak jestem przystojniejszy od ciebie! - Cześć czarusie! – huknął od progu Pierwszy rozpinając swoją cywilną kurtkę. - Cześć szefuńciu. – odpalił vice. – Nie szukaj służbowego płaszcza, oddałem go do pralni. Mistrz zrobił marsową minę. - O święty Flaurosie, akurat dzisiaj? - Czas najwyższy! Była na nim ektoplazma, wosk ze święconych świec, dwie czarowne mikstury oraz – jak mniemam – deser Grubcia. - Wypraszam sobie! – oburzył się Trzeci. – Sugerujesz, że użyłem służbowego, czarowniczego płaszcza mojego kochanego przełożonego zamiast obrusa? Zawsze korzystam z pokoju śniadań przewidzianego w przepisach BHC i „Kodeksie Czarów”! - A gdzie my mamy pokój śniadań? – zapytał mistrz celowo koncentrując swoją uwagę na paznokciach. - Gdzie popadnie. - wtrącił Drugi. – Najczęściej na parapecie, choć ostatnio był nawet w windzie. - Dobra, i co ja mam teraz zrobić? Przyjmować klientów w cywilnym ubraniu? - Weź sobie z szafy pancernej mój sweter. Ma logo Uniwersytetu Ezoterycznego, więc od biedy może być. – rzekł mag i powrócił do śledzenia newsów w czaroprzestrzeni. Mistrz wyszedł do pokoju obok, po chwili masywne zawiasy obwieściły, że potężna szafa pancerna została otwarta. Minutę później Pierwszy pojawił się w drzwiach przyodziany w ciemno zielony sweter ze złotym logiem uniwerku. - Wyglądasz w tym jak strach na wróble! – podsumował otyły czarownik. - Ale za to służbowo! - Dzięki za komplementy. – skrzywił się mistrz. – W szafie leży książka w szarym papierze; czyje to? Tłuścioch zeskoczył z „pokoju śniadań” na parapecie i podszedł do biurka. - Kryminał naszego młodego mistrza. – uśmiechnął się poklepując wpatrzonego w szklaną kulę przyjaciela po ramieniu. – Wiedziałeś, że jest miłośnikiem suspensorium? - Nie wiedziałem…! - To klasyczny hiczkok! – odparł mag zza szklanej kuli. – Pożyczyłem pół roku temu od pana Clickle i nie zdążyłem doczytać… Poza tym, jak już coś, to jestem miłośnikiem suspensu, który z suspensorium nie zbyt wiele ma wspólnego. - Dla mnie to to samo! – żachnął się Grubcio. - Jasne! Czego się można spodziewać po kruku, dla którego gaztronomia to puszczanie gazów, a kulinaria i kuluary są bardzo ściśle ze sobą związane! - Chwileczkę! – wtrącił mistrz. – Wydaje mi się, że o gastronomii to on wie wszystko. A tak poza tym, to zarzucił już karierę czarownika – kabareciarza? Drugi jęknął pokazując szefowi międzynarodowy znak z podtekstem „puknij się w czoło”. - A właśnie! – rozpromienił się Grubcio. – Opracowuję nowy numer. Znacie to? Przychodzi starsza pani hrabina do czarownika… - Aha! – palnął Pierwszy. – Z kotem na głowie. Czarownik pyta: co pani jest? Ona na to: Belfegorek! Ha, ha, ha! Świetne! - Nie! – tłuścioch machnął ręką przeganiając natrętną muchę. – To było w zeszłym miesiącu, teraz mam naprawdę świetny numer! A więc: przychodzi stara hrabina do czarownika i zaczyna tyradę: „Mistrzu, przez całe życie cieszyłam się dobrym zdrowiem, lecz ostatnio mój ochronny różaniec chyba zawiódł. Otóż puszczam – i to bardzo często - okropne wiatry, ale nic nie słychać i nic nie czuć.” - Aha! – mruknął szef ze zrozumieniem. – To te gazy z gaztronomią! - „Od kiedy tu do pana weszłam” – skrzeczał dalej Trzeci naśladując załamujący się głos starszej pani – „puściłam już przynajmniej siedem wiatrów, a pan ani nic nie słyszał, ani nic nie poczuł.” A czarownik na to: „Szanowna pani, zaiste to problem. Zaraz przygotuję magiczną miksturę z ziół, która odrobinę panią podratuje. Proszę przyjść za dni siedem, wtedy dalej porozmawiamy.” No i babina przyszła za tydzień tak, jak nakazał jej mag. Już od progu zaczyna biadolić: „Ach, mistrzu! Teraz jest jeszcze gorzej! Dalej puszczam wiatry, dalej nic nie słychać, lecz teraz potwornie śmierdzi! Co można na to poradzić?”. A mistrz na to: „Szanowna pani, cieszę się, że moja mikstura udrożniła pani górne drogi oddechowe. Teraz przygotuję pani miksturę na poprawę słuchu…” - Ha! – zaśmiał się sztucznie vice. – Nie wysiliłeś się, to stary kawał! - Stary, a w dodatku śmierdząca sprawa! – dodał czarownik z numerem jeden. - Nie znacie się na prawdziwej sztuce! - Tej przez duże „esz”? – spytał mag zza kuli. Grubcio udawał obrażonego, choć wiedział, że cała sprawa i tak skończy się śmiechem. - Malwinie się podobało! – mruknął. - Słuchaj! Dziewczyna pracuje w magazynie teatralnym od trzech lat, dniówki ma ciekawe, jak okres u bakterii chlamydomonas, a poza tym ma mózg jednobajtowy, choć przyznaję, że jest śliczna i sympatyczna. - Ho-ho! – zaperzył się gruby czarnoksiężnik. – Znalazł się koneser kobiecej urody! A ja ją lubię i tyle. Ona jedyna docenia moją vis comica! - To w nagrodę idź zrób nam kawę. – zaproponował prezes i rozsiadł się na składanym krześle obok Drugiego. – Bez cukru proszę. - Chwila! – zaooponował mag zapatrzony ciągle w wizje zawarte w szklanej kuli. – Za chwilę będziemy mieć gościa, a patrząc na wygląd, to raczej chyba do ciebie. - Pokaż! – grubas rzucił się na biurko. – O w mordę Szaksa! Wizja w szklanej kuli ukazywała wnętrze windy, wciśnięty klawisz z numerkiem 13 oraz starszą panią w płaszczyku zwieńczonym kołnierzem z lisa, grubych okularach oraz siwym kokiem na czubku głowy. Po kilku sekundach dźwięczne „ping” od strony korytarza oznajmiło, że staruszka dotarła na trzynaste piętro wieżowca Spółdzielni Usługowej, gdzie swoją siedzibę miała agencja czarowników. - Na wszelki wypadek gdyby babcia puszczała gazy, my się zmywamy i jesteśmy w pokoju obok. – Pierwszy klepnął swojego zastępcę w ramię i obaj poderwali się z krzeseł. - Przyjmij gościa. – rzucił Drugi od drzwi. – Może już zacznij kręcić ziołową miksturę na złagodzenie obrzęku śluzówki! Absolutnie zaskoczony Grubcio został sam w pokoju. Jego myśli zaczęły oscylować wokół maski przeciwgazowej, której nie było na wyposażeniu zestawu ratunkowego, lecz zostały brutalnie przerwane przez nieśmiałe pukanie do drzwi. Do pokoju wtoczyła się osobliwa staruszka, która szybko przemierzyła przestrzeń dzielącą ją od biurka i zgrabnie zajęła miejsce naprzeciw zaskoczonego czarownika. - Padam do nóżek szanownej pani. – wybełkotał Grubcio. – Czym możemy służyć w naszych skromnych progach? - Jestem hrabina Charlotte Le Blanc. – uśmiechnęła się babcia. – Mam dla panów delikatne zlecenie. Trzeciego zatkało. Jeżeli to była hrabina Le Blanc, to kim była upierdliwa staruszka z kotem Belfegorem i nieodłączną blachą szarlotki? - Problem ze zwierzątkiem? - Całe szczęście Pusia czuje się dobrze. – madamme Le Blanc wyszczerzyła wszystkie zęby w szczerym uśmiechu. – Ostatnio tylko pogryzła sofę. - Aha. Biedna sofa! – palnął mag i zapytał – Więc w czym mogę pomóc? Babcia siedział jakby zmieszana zezując na rozmówcę spod grubych okularów. - Chodzi… - przerwała w pół słowa. - … o … - ciągnął tłuścioch. - … no …chciałam upiec wnusiowi takie same korzenne ciasteczka, jakie ma w swojej cukierni pan Clickle. - Nawalił piekarnik? – zdziwił się mag. – Potrzebny pani monter! - Ależ skąd! – babcia wyciągnęła mieszek brzęczących monet. – Sto dwadzieścia krugerandów za zdobycie przepisu. Grubcia zatkało. Niestety, nie było czym popić. - To majątek! – wystękał na bezdechu. – Za przepis? Hrabina zrobiła pełną politowania minę. - Widać, że wnuków pan nie ma, młody człowieku. Dla wnusia robi się wszystko! - Oczywiście madamme! - Podjadę za trzy godziny. – staruszka z trudem podniosła się z krzesła. – Tymczasem popytajcie o ta recepturę. Trzeci usłużnie odprowadził ja aż do windy. - Proszę na nas polegać, madamme. – zapewnił na odchodnym. – Do widzenia. Wracając do biura uchylił drzwi do sąsiedniego pokoju. - Możecie już wyjść. – mruknął zamyślony. – Babcia aż tak nie nasmrodziła. Pierwszy podszedł do szklanej kuli i delikatnym ruchem ręki załączył urządzenie. Wymruczał coś w gardłowym języku starosumeryjskim i po chwili wewnątrz przyrządu zamajaczyła wizja staruszki w windzie. Tymczasem drugi wciągał mocno powietrze w nozdrza. - Mówiłem: nie nasmrodziła. – zapewnił Grubcio. - A jednak! - Co? – spytał Pierwszy lustrując wnętrze windy. Drugi się zastanowił. - Przysiągłbym, że woda kolońska. – dodał po chwili zamyślenia. – „Antyczna” z zielonym korkiem. Przyznacie, że dość drogie i osobliwe perfumy. Mistrz zerwał się od stołu i pobiegł na korytarz. Po chwili radosne „ping” oznajmiło, że nadjechała winda. - Chodźcie! – dobiegło z korytarza. - Co wymyśliłeś? Czarownik stanął pod tablicą rozdzielczą. - Do którego klawisza sięgam czubkiem głowy? – zapytał. - Jak na moje oko „37”. – rzucił vice. Pierwszy wyszedł z windy i gestem zaprosił wszystkich z powrotem do środka. - Nasza milusia staruszka sięgała do „39” w chwili zapomnienia, kiedy przestała się garbić. - Czyli minus kok daje nam metr osiemdziesiąt wzrostu. – przytomnie skonstatował Drugi. Trzeci wychylił się przez okno, po czym po chwili usiadł na parapecie. - No to zbierzmy dane: starsza pani podszywa się pod naszą stałą klientkę, hrabinę Charlottę Le Blanc. Nieudolnie, dodam. – zaczął wywód. – Kok był zaczesany do przodu, więc albo fryzjer był idiotą, albo to była nieudolnie naciągnięta peruka. - Do tego metr osiemdziesiąt wzrostu… - wtrącił mistrz. - Właśnie. Plus potwornie owłosione nogi. – dorzucił otyły mag. – To była facet! No i wsiadła do czarnej bryki z przyciemnionymi szybami i szklaną maską na chromowanym silniku. - Się mi to nie podobie! – dodał vice i wyciągnął z kieszeni niewielką puderniczkę. Uchylił wieko, wymruczał kilka zaklęć w kierunku matowej powierzchni zwierciadła. Po chwili w lusterku ukazał się szczupły młodzieniec o szarych oczach i złotych włosach. - Cześć! Co słychać? – wypaliła wizja z lusterka. - Zależy, gdzie ucho przyłożyć. – uśmiechnął się Drugi. – Pierwiosnek, powiedz mi, kto w mieście jeździ czarną bryką z przyciemnionymi szybami i szklaną maską na chromowanym silniku? Młodzian w lustrze skrzywił się z niesmakiem. - Jest tylko jedna taka bryka! – oznajmił. – Gang z Iron Street! Nie radzę wchodzić w konszachty. Dla większości ich kontrahentów to się źle skończyło. - Fajnie. A czym się zajmują? - Narkotyki, prostytucja no i działalność legalna, bo trzeba forsę wyprać, nie? Ostatnio przejęli całą sieć drobnych ciastkarni w całym mieście, wiadomo, że na pralnię. - Dzięki! Pozdrów matkę. – uśmiechnął się do siostrzeńca mag i zamknął komunikator. - No to wszystko prawie jasne. – stwierdził Pierwszy. – Tylko po jakiego grzyba im przepis na korzenne ciasteczka Clickle`go. - Chyba wiem. – mruknął Trzeci oblizując wargi na samo wspomnienie wspaniałego smaku wyrobów najbardziej znanego mistrza cukiernictwa. – Chodzi o hit, coś, co przyciągnie klientów do podrzędnych ciastkarni tak, aby były one wiarygodne. W skarbówce nie pracują idioci i chyba wiedzą, że trudno zarobić nawet dziesięć krugerandów miesięcznie sprzedając samą watę cukrową. Nagle kolejne, radosne „ping” od strony windy przerwało wszelkie spekulacje. - Mamy klienta! – stwierdził mistrz. – Do roboty, panowie! Tymczasem drzwi do agencji się uchyliły i z pewną dozą nieśmiałości, w drzwiach pojawił się czubek melonika, chwilę zaś potem jego korpulentny właściciel. - Dzień dobry. – gość ukłonił się i zdjął melonik przykrywając nim rękojeść rzeźbionej laski. - Witam maestro! – huknął Trzeci i wybiegł gościowi na powitanie. - Grubciu, nie przesadzaj! Udusisz pana Clickle, zanim zdąży powiedzieć, z czym przychodzi! - upomniał mistrz. - Właśnie! – pan Clickle podszedł do stołu poprawiając wymięty przez opasłego maga surdut i przywitał się z pozostałymi czarownikami. – Moja sprawa jest delikatna… - ……

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Siedmiu mężów pani Lizy — czytnik · opowiadania