Pisarstwo · 27 min czytania
Sielanka rodzinna cz2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział IV
Pamiętam kiedy razem z bratem opiekowali się mną i siostra chciała udowodnić Staszkowi ( bratu mojemu) , że potrafi prowadzić ciągnik. Jechałam z nimi, bo wtedy uważałam to, za największą frajdę: po szpanować ciągnikiem do lasu i z powrotem. Ten nasz szpan skończył się małym niewypałem. Co prawda pojechaliśmy w tę, ale z powrotem przydarzyła się ,śmieszna dla mnie teraz, historia. Ot, po prostu siostra pomyliła hamulec z gazem i ciągnik jak torpeda, obarczony karą z sianem, runął z górki na pazurki. W ramach bezpieczeństwa brat ,ze mną na rękach ,wyskoczył z pędzącego pojazdu, by ochronić swoją młodszą siostrzyczkę, a potem popędził na ratunek starszej. Skończyło się na tym, że kara wywróciła się do góry nogami, a siostra rozcięła nogę. Brat musiał zająć się ponownym nakładaniem siana, by rodzice zanadto się nie czepiali i nie zabronili im wyjścia wieczornego, a ja z siostrą podrałowałam na izbę przyjęć. Tam posadzili mnie na krzesełku, a ja wystraszona o los siostry zaczęłam upuszczać łezkę po łezce. Ocierając je szybko rękawem, by nikt nie zauważył. Już wtedy wpojono mi, że z łzami należy ukrywać się w samotności, tak samo jak z uczuciami. Wszystko musi być na uwięzi. Okazywać uczucia, można jedynie czasem przytulając kogoś, nigdy jednak nie mówiąc. Tak czy siak, wtedy byłam tak przerażona , że każdy jęk siostry dobywający się zza parawanu, przyprawiał mnie o dreszcze. W końcu osłonięto zasłonę, a siostra bolesnym uśmiechem chciała mi udowodnić, że wszystko jest ok i nie powinnam się przejmować, a tym bardziej denerwować. Razem pokuśtykałyśmy do domu. Ona z szwami na nodze, a ja trzymając ją za rękę i dochodząc powoli do siebie, po tych dość traumatycznych przeżyciach. Gdy już leżałam w łóżeczku i wszyscy myśleli, że grzecznie śpię rodzinna awantura rozgorzała. Mama swoim językiem zadała bardziej bolesne rany, niż gdyby to zrobiła pasem na pupę. Ona w przeciwieństwie do taty była gorsza.... To ona kaleczyła nas emocjonalnie. Chyba nie zdawała sobie wtedy z tego sprawy, a i czasem myślę, że wciąż żyje w niewiedzy. Te rany sprawiły nam trudności w późniejszym dorosłym życiu. Mama była popędliwa i uważała, że to co robi, zawsze jest słuszne. W jej słowniku nie było takiego słowa jak: „ Przepraszam” , ale w naszym stosunku do niej widniało one na pierwszym miejscu w rejestrze. Bez tego słowa, nie można było żyć z mama w zgodzie. To ją trzeba było wiecznie chwalić, podziwiać, okazywań uwagę, jak rozkapryszonemu dziecku.
Rozdział V
Zazdrościłam siostrze, że niebawem wyjdzie za mąż i opuści ten dom. Z drugiej strony, bardzo się cieszyłam jej szczęściem i żal mi było, że będzie z daleka ode mnie i nie będzie mnie miał, kto targać za uszy przy uczeniu się literek albo cyferek. Chłopak siostry, Kazimierz, od samego początku wydał mi się sympatyczny. Może, dlatego że często chodziłam z nimi na randki i dostawałam słodycze, za obietnice milczenia. Nazywał mnie Baksiu – od Królika Buksa, ze względu na moje mleczaki. I takiego też, królika maskotkę, białego w dodatku i z kolorowymi uszami, dostałam na moje szóste urodziny. Rozsierdziło mnie to okrutnie! Co ciekawe, na samym początku, moja siostra, chodziła z jego starszy bratem Zdziskiem. Ku rozpaczy, ojciec polubił Zdziska, za jego intelektualne podejście do rzeczy, a Gośka pokochała Kazka. Tata wciąż bywam w Niemczech razem z bratem, zarabiając pieniądze, a nam kobietom, zostawiając gospodarkę na głowie. Tak więc pracowałyśmy, bo nie znałyśmy dnia ani godziny, kiedy tata powróci. Wszystko musiało być zawsze od razu gotowe, żeby nie czepiał się widząc zaniedbanie. Zawsze lubiłam powroty taty. Troszkę się go bałam, ale bardzo kochałam. Był moim autorytetem. Co tata powiedział to było święte i trzeba było każde polecenie spełnić od zaraz na życzenie. I w dodatku perfekcyjnie. Nigdy nas nie chwalił, ganił nas często. Mimo, że się staraliśmy nigdy nie okazywał nam uczuć bezpośrednio, chyba, że był zamroczony alkoholem, wtedy sprawdzał nasze pokoje, czy są ładnie posprzątane, sadzał mnie sobie na kolanach i przytulał. Czułam, że mnie kocha. I śmiem powiedzieć, że kochał mnie najbardziej z całego rodzeństwa, bo zawsze go słuchałam, mimo, że skończyło się to dla mnie tragicznie. Poza tym zawsze przywoził nam słodycze. Mnóstwo cukierków i gum do żucia, czekolad. Jednym słowem były to bardzo miłe z jego strony. Na nie kożyść, tata wracał zawsze niespodziewanie do domu i z tym wiąże się inna historia, którą bardzo dobrze pamiętam.
Rozdział VI
Część 22 / 2
Pewnej nocy, gdy Kazek nocował u siostry, tata niespodziewanie wrócił do domu. A, że dla Kazka było o wiele zdrowsze i bezpieczniejsze, by zmykał jak najszybciej, tak też uczynił. Problem polegał na tym, że drzwi odpadały, bo przez nie wchodził już tata, krzycząc donośnie: „ Kto jest tam na górze? Czy to znowu, ta skomielniańska męda?”. Szwagier, nie czekając na nic więcej, ze strachu, wyskoczył przez balkon. Zapomniał butów, więc krzyczącym szeptem zawołał: „ Gośka , buty!” Siostra rzuciła butami, tyle że w ciemności Kazek, ich znaleźć nie mógł i czym prędzej na odgłos taty, wychodzącego na balkon, rzucił się przez płot, w samych skarpetkach, do ucieczki. Potem przez rzeczkę i drogą aż do domu. Jak opowiadał, po drodze goniło go, jakieś widmo, więc uciekał nie patrząc czy to błoto czy nie. Prosto do Skomielnej. Wrócił podobno cały ubłocony i blady jak śmierć. Z perspektywy lat stwierdzam, że i tak miał wielkie szczęście. Miał o niebo lepiej, niż inni adoratorzy siostry, a całą tę sytuację rodzina, wspominamy teraz ze śmiechem. Ja z odrobiną żalu, bo ewidentnie ukazuje ona, w jakim terrorze taty żyliśmy. Mama nas tak wychowała. Inni adoratorzy siostry, kumple taty, z którymi po wypiciu jednej flaszki, oferował swoją najstarsza córkę za żonę, a po tym, jak oni, po wypiciu drugiej chcieli ją za żonę. Tata mówił, że takiemu lumpowi nie odda córki, za co tamci się objuczali i czuli się urażeni. Jak można się domyślić, w takiej sytuacji, dochodziło często do burd. Czasami taki delikwent opuszczał nasz dom w dziwny sposób, po prostu wyrzucany za fraki na ganek. To i tak, ich nie odstraszało. Niekiedy w nocy, stukali na okno siostry rzucając kamykami. Jednak jak to, po spożyciu promili bywa, zdarzało się, że trafiali zamiast w jej okno, w okno mamy. A ta, przeganiała ich słowami i wymachiwaniem ręki. Gdy to nie skutkowała, straszyła ich czym tylko się dało. Nie raz brała i gotowała wodę i wrzątkiem lała na nich z okna swojego pokoju na piętrze. Wtedy to, oni, wymachując rękami i drąc się w wniebogłosy, złorzecząc jej, zwijali manatki.
Rozdział VII
Moja siostra to mikołajowy prezent, urodziła się 6. XII. I właśnie, z tą datą, wiąże się kolejna nasza eskapada. Jakże urocza. Siostra miała szurnięta, bardzo rozrywkowa i wesołą koleżankę Alę, z którą łaziły na podryw. I tego owego wieczoru, moja siostra, ubrała mnie w różowe futerko- prezent od taty, szaliczek z króliczkiem i czapeczkę – jakby nie było wyglądałam jak różowa kuleczka i zapakowałyśmy się z Alą i jej facetem, do żuka. Siostrę podrywali różni panowie, raz po raz stawiając jej drinki, a mi , żeby przypochlebić się siostrze, kupowali czekolady. Siostra upita i ja z naręczem czekolad, w końcu dotarłyśmy do domu, gdzie Gosia wywinęła orła na schodach, tym samym tworząc sobie wielkie oczko w rajstopach. Mama, słysząc nas na schodach, wyszła i zrobiła siostrze awanturę. Nawet nie o to, że późno wróciłyśmy i w takim stanie, ale o to, że wystawiła Kazka i Zdziska ,z bukietami róż i czekających na nią, na dole od paru godzin. Siostra w alkoholowym zamroczeniu powiedziała dosadnie, żeby się wynosili i że nic ją to nie obchodzi. Jednak, mama, po uprzednim doprowadzeniu jej do jakiego takiego stanu ,sprowadziła ją na dół. Miny Kazka i Zdziska wyglądały przekomicznie. Stali z bukietami róż, nie wiedząc jak mają się zachować i co z sobą począć. Zdzisiek z herbacianymi, Kazek z czerwonymi. Przyszedł się jej oświadczyć, a siostra odprawiła go w ordynarny sposób z kwitkiem i manifestacyjnie wyszła z pokoju, zostawiając ich, na pastwę paplaniny mamy. Sama zaś, wzięła mnie za rękę i poszłyśmy do jej pokoju spać, oglądając do snu „Archiwum X”. Panicznie bałam się tego filmu, wiec cała pod kołdrą, trzęsąc się z emocji, jedynie przez szparkę w niej, spoglądałam na dwoje agentów, zmierzających się, z siłami spoza planety Ziemia. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak siostra wyszła za Kazka. Wesele było huczne i pamiętam jedynie parę scen i to, że czułam się tak zagubiona, że siedziałam na drabince i starałam się dojść do siebie, z dala od gwaru muzyki i rozmów, które przyprawiały mnie o ból głowy. Oczywiście byłam małą druhenką mojej siostry, specjalnie na tą okazje siostra mojego taty, uszyła mi z różowego woalu sukienkę z falbankami i kwiatuszkami. Oczywiście różową, jakże mogłoby być inaczej! Chrzestny, który przypominał sobie, że ma chrześnice sporadycznie i w wyjątkowych chwilach o niej pamiętał. Gdy był już mocno wstawiony,chcąc się popisać przed publiką, zaciągnął mnie za ręce, do tańca i tak mną wyokrecał, że modliłam się w duchy, by jak najszybciej to się skończyło. Po prostu, nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam nie wypuszczając na niego pokaźnego pawia. Na weselu kapela ostro przygrywała, a około 300 ludzi świetnie się bawiło. Tak świetnie, że nawet sąsiad wywijający z sąsiadka na cieniutkich obcasikach, tak nią i sobą zakręcił, że oboje wylądowali pod stołem, z nogami ku górze. Stolik niebezpiecznie się zatrząsł i zastanawa na nim zadygotała, jednak nie runęło to na nich. Śmiesznie wygrzebywali się spod tego malusieńkiego stoliczka. Na czworakach: sąsiadka raz po raz podciągając swoją kusą miniówę, obnarzającą zgrabne nogi, z rumieńcem na twarzy, sąsiad starając się zasłaniać przed tłumem, jej wyskakujące z dekoltu wdzięki. Po tym incydencie padło hasło, że dzieciaki powinny udać się na spoczynek do domu. Zatem z remizy strażackiej, gdzie odbywało się to huczne weselisko, zawieziono nas do mojego domu. Mnie, kuzynów i kuzynki. W sumie było nas dziesięciu. Nad nami miał czuwać wujek Jasiek: najmłodszy i zarazem największy menel, siostry mojego taty, a ojciec piątki dzieciaków. Niestety, a może na szczęście, wtedy już był w takim stanie, że żażącym się pyłkiem papierosa ,wypalił nie dość, że dziurę w wersalce, to jeszcze w zasłonie. I zasnąwszy, myśląc, że i my śnimy, chrapał donośnie. A my, jak to dzieciaki, podekscytowane mnóstwem słodyczy i świetna zabawa, bez nadzoru , paplając , w końcu wymyśliwszy zabawę zaczęliśmy się bawić w chowanego po ciemku, w pokoju na dole. Pech chciał, że na początku przebiegało wszystko w porządku, jednak gdy przyszła kolej na Pawła, ten uderzył z całym impetem w parapet, nabijając sobie ogromnej wielkości śliwę nad okiem i płacząc donośnie. Jak to dzieciaki, żeby nasze szachrajstwo nie wyszło na jaw i uniknąć kary zakneblowaliśmy płaczącego Pawła, a śliwę namydliliśmy. Niestety nieudolnie i za późno tego dokonaliśmy, bo wynik nocnych szarzy był widoczny na nazajutrz w postaci ogromnego siniaka tuż nad skronią. Pech chciał, że miałam spać ze starszą o dwa lata kuzynka Kaśka. Ta jednak mimo, że była wielką rajfurką, a takie towarzystwo w tedy bardzo mi imponowało i pochlebiało, miała mały problem . Bywało że moczyła się w nocy... I tak się stało i tym razem, bezceremonialnie na śpiącego mnie podlała. Wyskoczyłam szybko z łóżka i przeniosłam się na podłogę z jaśkiem i kocem. Tak znaleźli mnie rodzice i położyli do innego łóżka. Jedyne drastyczne i bardzo niemiłe zdarzenie, jakie utkwiło mi w pamięci z tego pamiętnego dnia, w życiorysie mojej siostry, był obiad! Obiad, przy którym pilnował nas groźny wujek Smoleń – szwagier mojego taty. To był koszmar siedzieliśmy wyprostowani jak struny wsuwając rosołek. Rozmowy były zakazane. To była największa tortura, bez uśmiechów, skupieni jedynie na jedzeniu i nie wyplamieniu się, za co zostalibyśmy ukarani linijka po łapach, od kochanego wujaszka. Następnego dnia wszyscy byli skacowani, co świadczyło o tym, że impreza była przednia i można było udać się na poprawiny. Tak poprawiali, że w sumie, my dzieciaki zajęliśmy się sobą sami, wymyślając co po chwila, głupsze pomysły. Najgorszym pomysłem była gra w butelkę. Pięć dziewcząt i dwóch chłopców. Chcąc nie chcąc, okazało się, że częściej wypadało całować się dziewczyna z dziewczyną. Troszkę głupie, ale właśnie podobno na tym polega młodość i dzieciństwo. Wesel siostry minęło, parę miesięcy potem zaszła w ciążę. Miałam zostać ciocią ! To było cudowne uczucie, a jakże podłechtało moje ego i podniosło moja pozycję społeczną z dzieciaka na ciocię!
Rozdział VIII
W tym to okresie zrozumiałam, że przedszkole, czy tak zwana zerówka , to dla mnie pasmo nieszczęść. Moja wychowawczynie, ruda wiedźma, jak ją w myślach nazwałam, była wprost nieznośna. Traktowała nas podle, przymilny uśmiech, gdy rodzice nas przyprowadzali i zołza dla nas, gdy znikli z pola jej widzenia. Zerówka była dla mnie najgorszym miejscem na świecie. Znając literki i cyferki okropnie się nudziłam i nie raz chciałam wcześniej wracać do domu, który wprawdzie nie był idealny ale mój własny. Jedyną przyjemnością z okresu zerówki był dla mnie bal przebierańców. Która dziewczynka w tamtym okresie nie chciała być księżniczką albo królewną. Każda z głową pełną marzeń w pięknych sukienkach z koronami lub kwiatkami na głowie. Przyjemna rzecz, z licznymi konkursami. Jednak i to miało swoje wady…