duchy · 8 min czytania
Sierociniec
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Sierociniec{/b}
{b}M{/b}ała mieścina a w niej historia niezwykła. Dom który swe korzenie na bagnach osadził. W świecie wojen i niepokoju gdzie niejednej sierocie był potrzebny dom od razu. Prowadzony przez siostry zakonne, gdzie jedyną zasadą był pacierz wypowiadany zanim się zaśnie. Podział był wzorcowy, chłopcy na prawo, a dziewczęta na lewo, chociaż o ich wieku tak naprawdę nikt nie miał pojęcia. Wynikały z tego osobliwe zdarzenia. Dla najmłodszych wijący się nocą bluszcz za oknem był wężem zatruwającym swym jadem sny. Zaś dla młodzieńców ów bluszcz stanowił drabinę do okien swoich wybranek. Gdy dzieci krzykiem nawzajem siebie przerażały, młode damy pod przykrywką księżyca z zalotnikami uciekały. Podążając za mgłą słów swych amantów często winem uraczyć się dały. Kończyło się to brudnymi stopami i mdłościami. Karą za chorobę czarnych stóp był strych, gdzie siedział nie jeden mysi oprych. Na uwagę zasługuje tu każde dziewczę, które wychodziło stamtąd na wpół ociemniałe, lecz to było wyjątkowe. Wśród wielu piękności, urodą się wyróżniało. Przez wielbicieli Zuzanną zwana, przez zazdrośnice od dawna zołzą przezywana. Choć było ich wielu, ona wciąż o tym jednym w zamyśleniu. Nocą się wykradała, choć wciąż była sama. Nad rzeką zasiadała wpatrując się w zwierciadło wody, oczekiwała na przypływ wizji niezapomniany. Choć jej ciało od chłodu całe posiniało, ona ciągle w toń się wpatrywała. Tak jej zjawa z głębin serca psyche rozgrzewała. Już nieraz była przyłapana, przez chorobę czarnych stóp na strych skazana. Było to mroczne miejsce, za dnia tylko nieliczne promienie słoneczne tam docierały. Deska ledwo deski się trzymała. Spróchniały dach w każdym wzbudziłby strach. Każde dziewczę, które tam na noc zamykano pajdę chleba i dzbanek wody dostawało. Do oświetlenia ciemnicy służyła stara przenośna lampa naftowa, ale przez popękaną osłonkę szybko gasła od huczącego tu i ówdzie wiatru. Hałasy, skrzeczące wrony i gawrony o jakimkolwiek śnie myśli zakłócały. Przygotowana do tego leżanka była cała poraniona przez mysich napastników. W dodatku poduszka wyglądała jak głaz leżący tu od niepamiętnych czasów. Ulatniał się z niej fetor tysiąca martwych strychowych rozbójników. Do ukrycia się przed wszech otaczającym chłodem służył stary koc, choć żeby się nim okryć trzeba było mieć moc. Potęgę wyobraźni, gdyż nie wyglądał on lepiej niż kilka szmat na strzępki podartych. Częstym zdarzeniem było ogromne przerażenie gdy wśród tych jedynych wygód, trafiał się gołębi puch, lecz nie swojej całej okazałości tylko jako szczątki, zaledwie pozostałości. Wszystko to przylegało do komina, który ciągnął się z kuchni, gdzie siostry zakonne przygotowywały posiłki. Było to jedyne miejsce na poddaszu, gdzie można było otrzymać odrobinę ciepła. Wślizgujący się między zakamarkami zapach jadła sztuki kulinarnej nie jednej osobie o chlebie i wodzie niczym toksyna wyżerał sen z głowy. Za każdym następnym razem gdy Zuzanna nie zauważalnie wyślizgiwała się nocą w swój świat wspomnień, wracała coraz później. Miarka się przebrała gdy pewnego razu wracała o świcie. Siostry zakonne pracujące w ogrodzie dostrzegły ją idąc boso w samej halce po drodze. Na głowie miała zmierzwione kudły, jakby tam gacki całą noc urzędowały. Twarz cała sina od porannego chłodu i głodu. Ręce i nogi całe czarne od szlamu. Z daleka wyglądała jak zmora z pobliskich moczarów. Wyrok był z góry ustalony tylko kara wydłużona. Dziewczę wiedząc o nadchodzącym nieszczęściu zabrała obrazek i pudełko zapałek z utraconej arkadii. Aby nie zostało jej to odebrane…