Fantastyka · 16 min czytania
Sierota
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wieczorny chłód już od pewnego czasu przypominał Zygmuntowi, że czas najwyższy wymienić stary, wytarty prochowiec na niemniej starą i wytartą "jesionkę". Konieczność tę zanotował w pamięci po czym dorzucił kolejną szczapę do ognia. Siedział przez chwilę nieruchomo, zgarbiony i wtulony w postawiony na sztorc kołnierz. Dopiero odgłos zbliżających się kroków wyrwał go z odrętwienia. Uniósł głowę. - Jak tam panie Zygmuncie - zadudnił basem jegomość wyłaniający się z mroku - widzę, że sobie pan radzisz jak możesz. A mówiłżem, cieplej się ubrać, sweter i gacie włożyć. Tu przecież, w kamieniołomie, wiater wiucha bez przerwy. Jakby na zawołanie silniejszy podmuch targnął ogniem wzbijając snop iskier. Zygmunt nerwowym ruchem strzepnął żar z czupryny. Dorzucił jeszcze jedną sczapę. - Hej, panie Zygmuncie? Żyje mi tam pan jeszcze? Zygmunt Stern uniósł trochę rondo kapelusza i znudzonym wzrokiem zmierzył swojego gościa. Od razu rzuciły mu się w oczy ogromne, ubłocone gumofilce. Z butów wystawały szare, umorusane spodnie, spięte skórzanym paskiem. Nad klamrą tegoż piętrzył się zwałami tłuszczu wielki kałdun, połowicznie przykryty pstrokato-kolorowym swetrem, który jegomość co rusz naciągał by zakryć brzuszysko. Całości dopełniał żółtawy kołnierzyk i zmiętoszona do granic możliwości bejsbolówka. Stern jeszcze raz spojrzał na gumiaki. Przybysz usiadł właśnie, wyrzucając do przodu nogi, tak że ogień niemal lizał grube podeszwy. Wzrok Zygmunta powędrował w kierunku jego własnych stóp. Jak pamiętał, jeszcze dzisiaj miał na nich dosyć drogie, gustowne kowbojki. Teraz były tam tylko dwie grudy zaschniętego błota. Zmęłł w ustach przekleństwo i mrucząc doliczył do jesiennych zakupów nowe buty. - Co tam mamroczecie panie Zygmuncie? - Mówię że nogi się panu smażą... - nie mógł się nie uśmiechnąć na widok grubasa podskakującego nagle i tupiącego zawzięcie.Tamten przerwał dopiero gdy dziki taniec zawiódł go na skraj kręgu światła. Odwrócił się. Spojrzał bykiem i zaklął. Zygmunt skwitował to kolejnym uśmiechem. - O widzę, że do śmiechu panu. Dziwnie się składa, bo mi ni w cholerę śmiać się nie chce. Grubas podszedł bliżej ogniska, ale już nie usiadł. - Pan tu, panie Stern, sobie siedzi już czwartą godzinę i grzeje pan sobie, za przeproszeniem, tyłeczek, a ja się zastanawiam na co to moje pięniądze poszły. - łypnął srogo i poprawił niesforny sweter. - No więc pytam, panie Zygmuncie, na co to poszły te moje pieniądze? Stern, który dotąd nie uznał za stosowne bodaj spojrzeć na rozmówcę, teraz podniósł wzrok. Oblicze miał spokojne, ale oczy mróżyły się nieco. Grubas nie mógł zgadnąć czy to ze złości, czy może przez blask ogniska. - Panie Henryku, czy ja pana pouczam jak pan ma wykonywać swoją pracę? Czy ja panu mówię co pan robić powinien, a czego nie? Kiedy zacząć kiedy skończyć? - gruby chyba chciał coś powiedzeć, ale Zygmunt nie pozwolił mu dojść do słowa - Otóż, panie Henryku, nie robię tego. Nie robię tego bo, niech pan zauważy, bladego pojęcia nie mam o pracy w kamieniołomie. Niech więc pan będzie łaskaw i nie popędza mnie tak w robocie, o której, śmiem twierdzić, nie wie pan absolutnie nic. - Tak ale... - Pozatym - ciągnął nie zważając na pana Henryka - umawialiśmy się, że do rana się uwinę. A tu nawet noc się nie zdążyła zrobić. Niechżesz pan czeka cierpliwie z łaski swojej. Grubas naciągnał sweter, roztarł dłonie i usiadł. - Dobra, ja tam nie chcę popędzać. Jak trza czekać, to poczekam. Byle robota się zrobiła, bo ja tu mam urwanie głowy, straty będą jak jutro kamieniołomu nie otworzę. - spojrzał na Zygmunta, który od pewnego czasu błądził wzrokiem po czarnych sylwetkach urwisk. Odwrócił głowę. "Jagódka" nocą wyglądała srogo. Mała kotlinka, w której płonęło ognisko otoczona była z trzech stron wysokimi poszarpanymi ścianami. Na tle gwiaździstego nieba, sprawiały wrażenie, że są jeszcze większe niż za dnia. A przecież "Jagódka" była trzecim pod względem wielkości kamieniołomem w kraju. Pod względem przychodów była pierwszym. Pan Henryk, spojrzał w drugą stronę, tam gdzie szumiała, tragana jesiennym wiatrem, ściana lasu. Bór rozciągał się na wschód, najpierw idąc rozległą równiną, by zaraz potem wspiąć się na niewsyokie wzgórza, pofałdować i zniknąć po drugiej stronie. Z zachodu las przechodził w kamienistą pustynię. Po prostu urywał się nagle, ustępując miejsca szaremu pyłowi, głazom i skałkom o dziwnych kształtach. Zwłaszcza jedna była ciekawa. Pochylona, ale wysoka, zwieńczona płaską platformą. Zygmunt również zwrócił uwagę na osobliwą formację, a księżyc, nie będący najwyraźniej bez pewnego wyczucia dramatyzmu, wychynął zza chmur by obiekt zainteresowania na chwilę oświetlić. - To "Oratornia". Tak ją nazywamy. Różne rzeczy się tu mówi o tej skale panie Zygmuncie. - Zygmunt uniósł tylko brwi. Ale to wstarczyło dla rozochoconego mroczną atmosferą grubasa, który tylko czekał na moment kiedy będzie mógł nieco załagodzić niedawną sprzeczkę. - Wołochowie, co tu dawno byli, bali się jej jak ognia. Dobrze mówię - ognia. Obchodzili szerokim łukiem, jak im trza było iść do roboty, tam pod lasam, na wschód, przy bagnach. Legendy różne krążyły - że to niby wilki każdej pełni tam siadają i wyją do księżyca. - W tym to akurat nic dziwnego nie widzę... - Henryk nie pozwolił mu dokończyć. - Ale tu się lepsze hece wyprawiały. Dzieciaki, podobno, tych Wołochów, tam często właziły. Wie pan, jak to jest, odwagę sobie chłopcy sprawdzali. No i sprawdzali, sprawdzali, aż w końcu się nieszczęście stało. Jakiś gówniarz spadł i skręcił kark. Tak się mówi... - zawiesił na chwilę głos - ale Wołochowie się na zajturz wynieśli. Wioskę zostawili, tylko sprzęt do roboty wzięli. Poszli na wschód. O tam... - pokazał ręką gdzie. I spojrzał na Zygmunta żeby sprawdzić jaki efekt wywołała jego historia. Na ile umiał ocenić nie wywołała żadnego. Zygmunt usiadł przy ognisku i zaczął grzebać w przepastnej torbie, którą przyniósł ze sobą. Wyciągnął podłużne zawiniątko, odłożył je na bok. Pogrzebał jeszcze i zaraz obok zawiniątka legł mały woreczek przewiązany sznurkiem. Grubas patrzył na to zaciekawiony. - Czyli mam rozumieć zabieracie się do roboty panie Zygmuncie? - grubas zatrał ręce. Z podniecenia zapomniał o poprawieniu swetra odsłaniającego już pępek. - Ano, czas się zabrać. Stern znwou zanużył rękę w torbie i gmerał tam przez chwilę, tym razem wyłowił małą walizeczkę z zamkiem szyfrowym. Ta również legła na ziemi obok zawiniątka. Pan Henryk, widząc, że przygotowania jeszcze trochę potrwają usiadł wygodnie, bacznie obserwując. Cisza przeciągała się, przerywana tylko odgłosami grzebania w torbie i Henrykowym sapaniem. W końcu nie wytrzymał. - Są też tacy co mówią, że to nie przez śmierć smarkacza się Wołochowie wynieśli... - Czyżby? - Zygmunt spojrzał tylko przelotnie na towarzysza i wrócił do odwijania podłużnego zawiniątka. - Ano tak, dzieci im się podobno jakieś dziwne rodziły. - skrzywił się nieco - zdeformowane jakieś, wie pan, pokraczne... - Wiem co znaczy zdeformowane panie Henryku. - A podobno raz to ich nawet... - przerwał, bo Stern, ukończył właśnie mocowanie się z zawiniątkiem. Grubas łypnął mu wścibsko przez ramię. - Miecz? - zdziwił się. Zygmunt dobył klingi z sykiem rozcinanego powietrza. Księżyc odbił się w srebrnym ostrzu jak w zwierciadle. - Ano miecz, panie Henryku. Na wilkołaka najlepszy. Trudno takiego gnoja z pistoletu ubić.
***
Stern stąpał ostrożnie trzymając miecz w lewej dłoni. Ostrze, na razie, spoczywało w hebanowo czarnej pochwie przewiązanej czerwoną wstążką. Zygmunt był z miecza niezwykle dumny. Stanowił on jego znak rozpoznawczy w środowisku. Nie bez znaczenia był fakt, że potrafił się tym mieczem posługiwać wręcz po mistrzowsku. W drugiej ręce trzymał mały woreczek, napełniony wcześniej zawartością walizeczki. Resztę dobytku zostawił przy…