Duchy · 25 min czytania
Sierpień był upalny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sierpień był upalny, wyjątkowo tego roku. Po ciepłym i mokrym lipcu pola obfitowały w zboża, a każde źdźbło uginało się od pełnych kłosów. Malowniczo kołysały się one w rytm delikatnych podmuchów wietrzyku, szalejącego wśród drzew, gospodarstw i po łąkach, a wszystko to miało miejsce na tle niebieskiego nieba utkanego nielicznymi, kłębiastymi chmurami. Powietrze nagrzane niemiłosiernym słońcem, palącym już od wczesnych godzin dnia, aż do godziny jego zajścia za widnokrąg falowało między tymi łanami zbóż, a błękitem zawieszonym ponad ludzkimi głowami. Oni zaś chodzili trochę zmęczeni, trochę senni pogodą, ale szczęśliwi, radując się obfitością nadchodzących zbiorów, jak i słonecznymi promieniami, które grzały ich ciała i twarze. - Przydałoby się nazbierać kwiatów trochę, bo te w wazonie całkiem już powiędły. Pójdziesz córuś do ogródka, ja tu uprzątnę i wazon przygotuję? - Dobrze mamo, pójdę. Starsza z kobiet wzięła wazon, aby go obmyć z wierzchu i napełnić świeżą wodą, gdy tymczasem jej córka poszła do ogródka po kwiatki, które tam rosły, a które nadawałyby się do przystrojenia wazonu. W ogródku tym, znajdującym się z tyłu domu, a przylegającym do drogi wiodącej przez wieś, rosły przepiękne, wysokie malwy opierające się o ściany domu, gęste georginie posadzone wzdłuż płotu, a pośrodku znajdowały się rabatki niskich, przeróżnych, wielobarwnych kwiatuszków, w rogu płotu zaś rósł dumnie bez. Pomimo palącego słońca ogród utrzymany był należycie. Nie dojrzał byś tam przysuszonego listeczka, ni oklapłych kwiatów. Przesycony był pełnymi, żywymi barwami, soczystymi liśćmi i łodygami. Młoda kobieta uklękła wśród niskich kwiatków, żeby zerwać te najładniejsze i stworzyć z nich piękny bukiet, różnokolorowy i radosny. Chmura leniwie przesunęła się po niebie i przysłoniła na chwilę słońce. Dmuchnął mocniej wiatr, jakby był tym, co nagnał ten obłok. Kobieta poczuła lekki chłód, który wzdrygnął jej ciałem i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że słońce na nowo zajaśniało i liście drzew trwały nieruchomo, a ciarki dalej jej towarzyszyły. Tyle, że ona nic sobie z tego nie robiła i dalej wybierała kwiaty z rabatki. Wobec ostrza sekatora poddawały się łodyżki rudbekii, astrów, chabrów, bławatków i goździków. W pewnej jednak chwili odczuła niepokój, zaczął jej przeszkadzać ten towarzyszący dreszcz. Wstała, żeby wyprostować się – ,,może to pomoże’’, pomyślała – obciągnęła bluzeczkę i otrzepała kolana. Poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Uniosła wzrok i ujrzała mężczyznę opartego dłońmi o płot, który bacznie jej się przyglądał, trochę bezczelnie, ale z widocznym zakłopotaniem, a przynajmniej teraz, kiedy i ona na niego patrzyła. Był dziwnie ubrany, chociaż nie odbiegał jego ubiór od tych, które zwykło widzieć się na wsi, ale nie pasował mimo to do twarzy, twarzy młodzieńca; trochę staromodny, ale szykowny i na swój sposób elegancki, jednak dziwny. - Dzień dobry, proszę wybaczyć, że przeszkadzam – przemówił wreszcie – Proszę też przebaczyć, że tak się przyglądam pani…ale chcę o coś zapytać… - Chętnie panu pomogę. - Dziękuję…widzi pani dawno mnie nie było i tak jakoś dziwnie…- mówił wyraźnie zakłopotany. - Proszę śmiało, pan się nie krępuje – zachęciła dziewczyna - Ach…łatwo mówić…proszę wybaczyć…ale nigdy pani nie widziałem wcześnie…w tych stronach…a ja stąd pochodzę…i tak wyszło dziwnie…bo się przypatrywałem…proszę przebaczyć… - Naprawdę nic się nie stało, nie potrzebnie się pan tłumaczy. Ale mówi pan, że stąd pochodzi, a ja pana też pierwszy raz widzę i nie pamiętam nikogo o pańskim wyglądzie na wsi, żebym widziała. - A no właśnie dziwne, żeśmy dotąd się nie spotkali…ale nie było mnie trochę u domu i może dlatego…widzi pani błąkałem się trochę po świecie, żeby tu trafić…ale nie jestem nijakim powsinogą, czy włóczęgą…nie tak…po prostu trudna droga do domu…i tam strasznie…nie chciałem wracać…a bałem się żeby nie złapali i nie ukarali…rozumie pani? - Tak, naturalne – odparła kobieta, już lekko zaniepokojona tym człowiekiem i całą sytuacją. – ,,Jezus, Maria to jakiś bandzior, z więzienia mówi, że uciekł, czy co?’’, pomyślała - …słucham pana – dodała głośno - Bo ja o tu mieszkałem…ten domek – wskazał dom przez drogę po sąsiedzku, lekko zaniedbany – i tak właśnie pytać się chcę…bo kto tu mieszka?...byłem i ludzi tych nie znam…pierwszy raz ich widzę…jak i panią…proszę ponownie wybaczyć (pokręciła głową, że się nie gniewa)…kąty jakby te co pamiętam…ale jednak inne tam wszystko…znaczy nie rozmawiałem z nimi…bo jakoś tak dziwno…pani widzę w ogródku, myślę zapytam…kto są oni? - To sąsiedzi nasi, Cichowscy. Mieszkają tu odkąd pamiętam. Może pan pomylił się i nie o ten dom chodzi? - Nie, nie sądzę – odparł posępnie zamyślony – Cichowscy? Nie słyszałem nigdy...a dawno oni już tu mieszkają? - Z tego co pamiętam, mama mi opowiadała, to zaraz po wojnie się sprowadzili i zamieszkali tu w tej okolicy. - Po wojnie, hmm – milczał chwilę - …ciekawe…ale pójdę już, tak gorąco dziś, a pani zajęta…dziękuje…przepraszam i do widzenia pani. - Do widzenia panu. I młody mężczyzna odszedł, równie szybko i cicho, jak się pojawił. ,,Dziwny człowiek’’, pomyślała, ale skoro ustało niepokojące przedtem zimno, co mimochodem zauważyła, dziewczyna wzięła się z powrotem do zbierania kwiatów. Już w niespełna dziesięć minut powstał całkiem przyzwoity bukiet. Zadowolona ze swojej pracy wróciła do domu, gdzie czekał na efekt tejże przygotowany przez matkę wazon. - Już jestem! – zawołała od progu dziewczyna – Zobacz mamuś jakie śliczne zerwałam. Postoją z tydzień. – ułożyła w wazonie bukiet, poprawiła jeszcze kilka niesfornych kwiatów – Pięknie teraz wygląda! A jaki zapach! Nie ma to jak świeże kwiaty! – mówiła ucieszona, najwyraźniej dumna ze swojej pracy. Dzień leniwie i ospale zaczął ciągnąć się ku końcowi. Słońce uparcie zniżało się ku ziemi, gdzieś na dalekim zachodzie, z każdą minutą coraz większe i nabierające czerwonej barwy swojej tarczy. Tam też zgromadziły się stalowe obłoczki, a od każdego odbijał się blask gasnącego słońca. Cienie kładły się dłuższe i dumniejsze po ziemi. Wieczorny chłód ukoił ją po całym mozolnym dniu i słychać było jej wdzięczność w szumie traw, krzykach poukrywanego ptactwa, cykaniu świerszczy polnych i kumkaniu żab, gdzieś na pobliskich stawach. Powietrze pełne leciutkiego zefirku przecinało porykiwanie krów pędzonych z pastwisk oraz szczekanie psów teraz ożywionych po dniu wylegiwania się pod drzewami, w cieniach. Dwie kobiety usiadły pod domem, rozkoszując się ciepłym wieczorem i wpatrując w ognistą kulę, niemal już stykającą się z ziemia, gdzieś na dalekim zachodzie. Niebawem dołączył do nich mężczyzna, starszy już, krępej budowy, ale pełen wigoru i o szybkich zdecydowanych ruchach. Był on ojcem jasnowłosej, szczupłej, młodej dziewczyny, która tego popołudnia zbierała kwiaty dla swej matki, drobnej kobietki o lekko już siwych włosach i rumianej cerze. - O Cichowski, dopiero krowy zagnał… - zagadnął mężczyzna - No widzisz, a my już oporządziliśmy stworzenie i możemy posiedzieć sobie, odpocząć na werandzie. Co za piekielny dzień dzisiaj, uff …- odpowiedziała żwawo starsza kobieta - Mamo? – nieśmiało zaczęła córka – a ci Cichowscy, to skąd oni się wzięli tu u nas po sąsiedzku? Mówiłaś kiedyś, że zaraz po wojnie, tak? - Ano tak – odpowiedziała – chałupa im się spaliła dwie wsie stąd, to się tak szwędali, aż zaszli tu pod strzechy i się zadomowili i tak mieszkają. Pamiętam starego Cichowskiego, wąsy miał takie sumiaste i czarne jak smoła, a jego żona to taka wesoła była kobiecina i poczciwa… a czemu pytasz? - A bo dziś jak zbierałam kwiaty, to jakiś chłop mnie zaczepił i wypytywał o nich i ten dom, co mieszkają w nim… - Jaki chłop? Kiedy? Kwiaty jak zbierałaś do wazonu? - No przecież! Dobre dziesięć minut z nim mówiłam. Taki dziwnie ubrany był i właśnie o nich wypytywał… - Oj córuś coś musiałaś pomieszać… Patrzałam jak wychodziłaś na ogród i stałam w oknie, obserwowałam jak wybierałaś kwiaty… - Stał przecież koło bzu oparty o płot, musiałaś go widzieć! - Nikogo nie było! Kucałaś wśród rabatek, a potem stałaś i układałaś w dłoni bukiet i znowu ukucnęłaś, dozbierałaś i wróciłaś, patrzałam przecie bo wazon umyłam nim jeszcze wyszłaś to stałam i wyglądałam przez okno… nikogo nie było, musiałaś pomieszać coś!... - No gadałam przecież z gościem, mówił, że tu wrócił skądś tam, bo tu mieszkał, ale mu się dziwne wydawało wszystko, bo w ogóle mówił, że mieszkał tam gdzie Cichowscy, ale ich nie poznawał i mówił, że pierwszy raz takie nazwisko słyszy… - Dziwne bo ja przecież nikogo nie widziałam powtarzam ci córeczko… - A ja ci mówię, że był człowiek, sama do siebie gadałam? – zapytała z ironią – Może się zamyśliłaś i nie widziałaś tego momentu? - A tam, co będziesz mi opowiadać! Aż taka stara nie jestem! - To ja nie wiem, z duchem gadałam! Był facet, stał i rozmawiałam z nim i już! - Dobrze, jak tam sobie uważasz, ja nikogo nie widziałam! Czerwona kula zatoczyła się za widnokrąg i zniknęła za drzewami, wśród pól, tonąc w zbożach. Zapadła noc. Jak każda tego lata ciepła i duszna. Młoda kobieta leżała w swoim łóżku i zastanawiała się nad tym dziwnym człowiekiem, który przecież był, rozmawiał z nią, a niewidoczny okazał się dla matki. Ale cóż, przecież nie mogła go wymyślić, a matka musiała to przeoczyć, zajęła się czymś w domu i zapomniała o tym, bo jak inaczej, to wyjaśnić? I wśród podobnych rozmyślań usnęła nie wiedząc nawet, kiedy. Następny dzień obudził się podobny do poprzedniego: bezchmurny, z jasnożółtym słońcem, jeszcze nieśmiało wznoszącym się od wschodu, z pomrukiwaniem krów zmierzających na pastwiska, wesołym gdakaniem kur i pianiem kogutów, witających nowy dzień. Dziewczyna wstała wcześnie jak codziennie, zjadła śniadanie z rodzicami i postanowiła kręcić się wokół domu cały czas, a nóż znowu pojawi się ten mężczyzna i będzie mogła udowodnić, że go widziała i porozmawia z nim, udowadniając, że żadnym duchem nie jest. Ale ten nie pojawił się. I nie pojawił się też następnego dnia, ani nawet kolejnego i jeszcze następnego. Młoda kobieta uznała, że nie ma w takim razie co go wypatrywać, bo i tak nic to nie da. Swoje wiedziała i nie miała już zamiaru nikomu nic udowadniać. Poza tym czas zacierał powoli tamto krótkie zdarzenie. W natłoku zajęć gospodarczych i przygotowań do nieuchronnie zbliżających się żniw, przestawała o tym myśleć. Palące słońce wysuszyło łąki, pastwiska i lasy. Po horyzont rozciągały się połacie pożółkłych traw i styranych brakiem deszczu drzew. Suche jak, pieprz okazywały się również drogi. Piaszczyste, wijące się po wsiach unosiły tumany kurzu, unoszące się wysoko, podłapywane przez niesforne powiewy niemrawego wietrzyku. Stawałeś nogą i tuman unosił się, odrywałeś ją od podłoża i za nią wędrował kolejny i tak w nieskończoność, aż chyba już zmęczony tym, schodziłeś na pobocze drogi, gdzie ostało się trochę zieleni, która powstrzymywała małe drobinki piasku przed lotem. Szła szybkim krokiem, jak gdyby chciała uciec przed wszędobylskim piachem. W pewnym momencie skręciła i udała się dróżką przez łąkę. Pod stopami szeleściła i trzaskała jej przesuszona trawa i inne rośliny, które poddały już swoje życie. Szła chwytając w dłonie wyrośnięte źdźbła traw i zrywając ich nasiona, które unosiły się wypuszczone z dłoni i rozsiewały nieopodal miejsca, gdzie uprzednio wyrastały. Szła żwawo i szybko, unosząc co i raz głowę, wystawiając ją na mocniejsze powiewy wietrzyku, tak kojącego jej oblicze, a przy tym rozkoszowała się zapachami łąki, które otaczały ją zewsząd. I kiedy tak spacerowała, w pewnym momencie, przed sobą ujrzała czyjąś postać. Nie potrafiła jednak pod słońce zgadnąć, kto to, ale nie przejmowała się zbytnio. Dopiero, kiedy nieznajomy wszedł w cienie padające pośród starych jabłonek i gruszy, rozpoznała, te nazbyt szerokie spodnie i marynarkę, włosy zaczesane mocno do tyłu. To był on. Ten sam człowiek, który pytał ją kilka dni wcześniej o sąsiedni dom. Szedł w tak upalny dzień dosyć grubo ubrany, ale i wtedy przecież tak samo wyglądał, co dopiero teraz sobie uświadomiła. Na plecach dźwigał stary, duży plecak, przewieszony przez jedno ramię, który