Thriller · 13 min czytania
Siła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To był dobry dzień. Ciepło, poszedł do przytułku, gdzie dostał obiad, a i ludzie byli wyjątkowo szczodrzy i miał przy sobie jakieś sześć złotych. Miał wielką ochotę kupić sobie wino, ale lepiej było zatrzymać pieniądze na czarną godzinę. Nie raz już głodował tylko dlatego, że chciało mu się wypić, a na drugi dzień budził się cały obolały i bez grosza przy duszy. Szarzało. Coraz mniej ludzi kręciło się po ulicy i coraz więcej było widać takich jak on. Jeszcze dwie, trzy godziny i ciemne miasto zapełni się dziwkami, narkomanami, punkami, skinami i całą tą chołotą której tak serdecznie nienawidził. Najgorsze mrozy nie przerażały go tak, jak perspektywa skopania przez tych, co myśleli, że są od niego lepsi ponieważ są młodzi i mają życie przed sobą. A może obrywał dlatego, że widzieli w nim odbicie swojej przyszłości? Kto wie? Bali się, że jak dorosną to mogą wylądować tak samo jak on? Cóż, nie wszyscy mogą być bogaczami. Lekko szurając nogami dreptał po chodniku szukając jakiegoś kąta do spania. Miał swoje miejsce w którym nikt mu do tej pory nie przeszkadzał. Cicha uliczka z wielkim stosem makulatury przy ścianie kamienicy. Mury chroniły przed wiatrem, papier trzymał ciepło przy mroźnych nocach. Jedyna latarnia miała od dawna rozbity klosz i nikt się nie kwapił ze wstawieniem nowego. W dzień niewiele ludzi tędy przechodziło z powodu góry śmieci która stała się jego schronieniem, a nawet domem. Nieprzyjemny, mdły zapaszek dochodzący ze śmietnika chronił go przed nieproszonymi gośćmi tak, że nawet czasem mógł zostawić tam niektóre rzeczy z którymi nie chciało mu się chodzić, albo kiedy było na tyle ciepło, żeby nie nosić na sobie wszystkich łachów które miał. Spanie na dworcu nie było wcale przyjemniejsze od tej kupy gazet. Za duża konkurencja i policja się czepiała. Rozmyślania przerwał mu widok trzech chłopców zagradzających mu drogę. Mieli na oko jakieś siedemnaście-osiemnaście lat. Krótko obcięte włosy, obcisłe spodnie i wojskowe buty mówiły same za siebie. Skini. - Gdzie się tak spieszysz, dziadku?- najwyższy podszedł do niego i pchnął go tak, aż się zatoczył i oparł o ścianę. Pozostała dwójka stanęła tak, aby odciąć mu drogę ucieczki. Już wiedział, że szczęściem będzie jak o własnych siłach gdziekolwiek się ruszy po tym spotkaniu. - Pieniądze!- można się było spodziewać, że chodzi im o forsę. Upadł. Sięgając do kieszeni po swoje jedyne monety, które miały mu umożliwić przeżycie jutrzejszego dnia, starał się unikać co mocniejszych kopniaków. -Tylko tyle, śmierdzielu? Wystarczy raptem na dwa wina!- Nie byli zadowoleni. Wciąż powtarzał, że więcej nie ma, ale teraz już przestało chodzić o to, ile ma pieniędzy. Doskonale się bawili kopiąc go i obrzucając najgorszymi wyzwiskami. Po kilku minutach znudziło im się, może się przestraszyli, że nie żyje, bo na wszelki wypadek przestał się ruszać. Odeszli śmiejąc się do siebie i przepychając jeden drugiego. Zapomnieli o swojej ofierze, mieli pieniądze, mogli się napić. Leżąc na chodniku zastanawiał się po co mu to wszystko. Parszywe życie. Pieniądze za które mógłby przeżyć cały jutrzejszy dzień, a może nawet dwa dni, poszły na przelew. Żeby chociaż on się mógł napić! Te głupie szczyngle nawet nie wiedziały co dla niego znaczy sześć złotych, oni po prostu mają na wino. Łzy zakręciły się w jego oczach. Nie miał siły wstać. Przy każdym oddechu czuł kłujący ból w piersi, z nosa kapała krew i krocze płonęło żywym ogniem. „Któryś z tych skurwieli kopnął mnie w jaja! Oby was szlag trafił! Ciekawe, czy ruszylibyście mnie gdybym miał tyle siły ile wy! Boże, daj mi siłę, jaką oni mają! Przekleństwo na wasze łyse głowy! PRZEKLEŃSTWO!!!”- krzyk przerodził się w niezrozumiały charkot, od przeforsowania gardła zaniósł się przeraźliwym kaszlem. Leżał pośrodku cichej, ciemnej, pustej ulicy pragnąc być silnym, tak silnym jak ci, co go prześladują.
* * *
Szli ulicą zastanawiając się jaki sklep będzie jeszcze czynny aby kupić alkohol. Dziadek nawet nie stawiał żadnego oporu, zresztą tacy nigdy nie stawiają. Starczy kilka razy kopnąć, zbluzgać i pieniążki wyskakują z nich jak ze skarbonki. Czarny był ich szefem. Największy z nich i miał najwięcej tupetu. On ich nauczył jak dostać forsę gdy na coś brakuje. Długi za to miał ciekawe pomysły gdy się nudzili, znał mnóstwo kawałów, potrafił też tak przygadać, że niektórzy tracili konspekt jak puścił wiązankę przekleństw. Jedynie Kula nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał kontakty, czasem załatwił trochę trawy, czasem kradzioną cyfrę, a tak w ogóle był bardzo spokojny. Jak szli na zadymę, to się nie wyłamywał, ale nigdy sam nie wyskoczył z jakimś pomysłem, podporządkowywał się innym. Łazikowali zawsze w trójkę. Ulice wieczorami nie były zbyt bezpieczne, chodząc samotnie można się było nadziać na punków, a wtedy cienka sprawa. Śmiecie są zawsze odważne w kupie, a gdy idzie jeden, to jest potulny jak baranek. Śmiali się przypominając sobie ostatnią zadymę z punkami. Zaczęło się niewinnie. Spotkały się dwie brygady po pięć osób każda i powiedziały co o sobie nawzajem myślą. Po krótkiej wymianie zdań chłopaki nerwowo nie wytrzymali i poszło. Potem nadeszły posiłki z jednej i z drugiej strony tak, że gdy przyjechały gliny biło się około trzydziestu osób. Pały stały z boku i szykowały się do rozdzielenia walczących. Najśmieszniejsze jest to, że wszyscy momentalnie zjednoczyli się przeciw glinom i zrobił się jeszcze większy kocioł. Z butelkami poszli na budowę. Powstawało nowe osiedle i można się było nieźle zabawić biegając po niedokończonych blokach. W sumie starczyło im na pięć flaszek jabola. Akurat na trzech, tak żeby poczuć alkohol w głowie. Szybko wysuszyli butelki i zaczęli się zastanawiać co robić dalej. - Długi, nie wkurwiaj, wymyśl coś. - Odpierdol się! Sam se coś wymyśl, kurwa. Myślisz, że jak jesteś szefem, to możesz się rządzić? - Mówię ci, nie wkurwiaj mnie, wymyśl coś.- Czarny ze złośliwym uśmieszkiem na ustach starał się wyprowadzić z równowagi swojego rozmówcę. Raz po raz trącał go w ramię czekając na żywszą reakcję. W głowie przyjemnie szumiało i trzeba było wyszaleć wypite wino. Lubił po spożyciu poszaleć chociaż przez chwilę, dawało to przyjemne uczucie uwolnienia się od zwyczajnych, codziennych kłopotów. - Daj mi spokój!- Długi najwyraźniej nie miał ochoty na zabawę. - Kula, powiedz mu, niech mnie lepiej nie wkurwia, bo się wścieknę. - Nie wkurwiaj go. - Słyszałeś? Myśl, do cholery, bo zaraz zdechnę z nudów. - Ja…