Akcja · 27 min czytania
Siła determinacji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nos wypełniało mu tysiące zapachów; słabszych, silniejszych, obojętnych, interesujących.
Leżał oparty o pień wiekowego dębu, z zamkniętymi oczami skupiając się na okolicy. Od czasu do czasu zagubiony w puszczy podmuch łaskotał go po twarzy, umożliwiając przepływ niewerbalnych informacji. Werbalne za to, otaczały go cały czas , przez co musiał dokładnie analizować które mogą być istotne, a które normalnie trzeba odrzucić. Na samym początku postawione przed nim zadanie wydawało mu się niemożliwe; słuchać, analizując każdy szczegół, a jednocześnie łowić każdy zapach, na wypadek gdyby pojawiło się zagrożenie nie wydające żadnego odgłosu, którego inni Strażnicy nie zdołali zauważyć, lub polegli nie zdołając wcześniej wysłać ostrzeżenia. W Puszczy panował zupełny spokój. Ruch powietrza był minimalny, a do uszu dochodziły tylko spojone, ospałe pieśni granicznych strażników, mających za zadanie stale raportować sytuacje na obrzeżach. Nic się nie działo.
Nagle usłyszał delikatny szmer z prawej. Błyskawicznie otworzył oczy i uskoczył do przodu zmieniając postać, sekundę przed tym, gdy pazury wbiły się głęboko w korę. -Nie źle – stwierdził napastnik, odrywając pazury razem z długim płatem kory – ale powinieneś był zauważyć mnie wcześniej – utkwił spojrzenie zielonych oczu we wciąż spiętym młodziku o sierści przechodzącej z jasnoszarej na grzbiecie, do całkiem czarnej na końcach łap. Nowo przybyły wilkołak miał za to futro jednolicie brązowe, chodź lekko rudawe na łapach i ogonie. Pysk zdobiła mu gdzie niegdzie siwizna. – Nie stój już jak ten kot po ujrzeniu Burka – warknął. Derwin się rozluźnił. Jego zmiennik przybył, więc może wracać do domu. Jego każdorazowa irytująca próba widać minę… Świat się wywrócił, gdy stary ale jary wilkołak jednym skokiem znalazł się na niedoświadczonym małolacie, zawsze chętny do udzielenia paru bolesnych lekcji – Nigdy nie zwalniaj gardy –warknął tuż przy jego szyi - nawet przy kimś, kogo uważasz dziś za sprzymierzeńca, bo jutro może wbić ci sztylet w plecy – zszedł z niego i siadł pyskiem w stronę zachodu. Rozplótł wokół siebie cichą sieć melodii, którą rozprowadził wokół siebie w las. Działała jak sieć pajęcza – cokolwiek weszłoby na jej teren, stary wilk od razu by się o tym dowiedział. Derwin nierozważnie skoczył, chcąc odpłacić się za wcześniejsze, jednak stary szybko przywarł do ziemi i obracając się na grzbiecie, zagarnął wyprostowaną, zataczającą łuk łapą nadlatującego młodzika, który szybko znalazłby się znów pod nim, gdyby nie zwykły łut szczęścia. Zęby ucięły powietrze, podczas gdy Derwin kalkulując swoje szanse na zwycięstwo w tej potyczce, nie zwalniając uciekł w las.
-Stary dziadyga – warknął do siebie, zły za podwójne poniżenie. W końcu zwolnił i zmienił znów postać na ludzką. Lubił spacerować lasem, a jako wilk, podróż zawsze trwała krócej.
Po jakiejś godzinie dotarł do celu. Pomiędzy drzewami widział już pozostałości Kamiennego Kręgu. Początkowo stanowiło go dwanaście bliźniaczych głazów, jednak teraz, po tysiącach lat wiele zostało zniszczonych; czy to przez upływ czasu, czy też pomogły w tym różnego rodzaju walki toczące się na tych terach na przestrzeni wieków…nie tylko z ludźmi czy z innymi wilkołakami. Puszcza miała i ma nadal różnych lokatorów, nie koniecznie przyjaźnie nastawionych. Teraz pozostało w tym miejscu siedem głazów o różnym stopniu zniszczenia. Po wejściu na teren Kręgu czas jakby się cofnął. Wszystkie głazy stały na swoich miejscach, kompletne, bez żadnej skazy. Powierzchnie kamieni rozjaśniły się słabym blaskiem. Głazy natchnione były pierwotną Melodią, nie mogącą być wyśpiewaną przez żadną żywą istotę. Jej wizualnym śladem były runy, których nikt już nie potrafił odczytać. Znaki na powierzchni kamieni rozjaśniały się i przygasały, zastępowane przez następne, znów świecące silniejszym światłem i znów gasnące… Jak zwykle po plecach Derwina przebiegł dreszcz, gdy strzępy prawie niesłyszanej muzyki go dosięgły. Czuł wypełniającą krąg moc, która zebrana w jednym ciele, nie ważne jak silnym, zniszczyła by je doszczętnie. Dzika melodia, pamiętająca sam początek świata, na wieki utrwalona w kręgu, strzegąca wstępu do ,,domu”.
Derwin nabrał powoli powietrza i sięgnął do Źródła, tworząc wokół siebie muzykę. Z jego ust wydobyła się pieśń, w której prosił o otwarcie dla siebie portalu, zapewniając o czystości intencji wobec innych, schronionych w wykreowanym przez dawnych Śpiewaków miejscu. Runy na głazach rozpaliły się żywym ogniem, gdy tylko pierwsze nuty wywołały drgania powietrza. Melodia przyjęła jego prośbę. Nie można kłamać w pieśni- muzyka musi płynąć z serca, inaczej staje się pusta, karykaturalna – rozpoznawalna dla nawet najmniej czułego ucha. Po chwili ogień wygasł, a Derwin stał pośrodku złotego koła. Drzewa, trawa i wszystko, co otaczało go jeszcze parę chwil temu zniknęło bez śladu. Podróż nie dawała żadnego specjalnego uczucia zmiany. Jedynie oślepiające światło trwające parę sekund, najdelikatniejsze odczucie wibracji przebiegające przez całe ciało, gdy nastąpiło nagięcie czasoprzestrzeni i… już znajdowało się w całkiem innym miejscu. Obok Derwina w nagłym wybuchu płomieni pojawił się inny wilkołak. Przybyły mężczyzna skinął mu obojętnie głową i wyszedł z koła, ruszając w swoją stronę.
Część 22 / 2
Wokół jasnego punktu panowała czerń. Zawsze wchodząc na ten ciemny teren, chłopak miał niemiłe przeczucie, że zaraz runie w otchłań. Podłoże było nieznanego pochodzenia; ani twarde, ani miękkie, dające wrażenie chodzenia w nicości. Wrażenie to potęgował brak jakiegokolwiek rozróżnienia na ,,górę i dół”. Nie było tu nieba. Kolor podłoża zlewał się z barwą sklepienia. Żadne promienie słoneczne, ani gwiazdy nigdy nie przepłoszyły obecnej czerni. Jednak pomimo braku jakiegokolwiek źródła światła, nie można było nazwać tego miejsca pogrążonym w mroku. Cokolwiek się tu znalazło, było doskonale widoczne. Derwin widział swoje dłonie, dżinsy, tenisówki, jakby cały skąpany był w świetle. I widział miasto. Około pół kilometra od portalu zaczynały się ,,budynki”, różniące od siebie kształtem, kolorem i wielkością. Miasto rozciągnięte niemal równomiernie dokoła portalu wyglądało, tak jakby ten złoty kręg i teren wokół niego, były miejscem po wybuchu bomby, która eksplodowała w środku wielkiego miasta. Derwin ruszył pewnie w stronę części, ok. 45 stopni na prawo od charakterystycznej wieży, górującej nad pozostałymi budynkami.
Nikt nie wiedział gdzie dokładnie znajduje się to miejsce. Najpewniej nie należało do ,,świata zewnętrznego”, jednak według niektórych znajdowało się ono między cieniem a światłem, zawsze na odległość oddechu. Derwin uważał że to bzdura. Dla niego był to inny wymiar, stworzony dzięki muzyce duszy kolejnych impisów i wzmacniany energią życia wszystkich obecnych tu wilkołaków. Wymiar, który łączył się z realnym światem jedynie przez pięć portali, z których jednym tu dotarł. Być może nawet same impisy nie wiedzą gdzie umiejscowione jest miejsce które same stworzyli.
Mijając pierwsze budynki w końcu stanął na ,,solidniejszym” gruncie. Solidniejszym, to znaczy nie przypominającym przepaści. Szedł teraz po kamiennej ścieżce, tak jak wszystko w tym wymiarze stworzonej dzięki muzyce. Same budynki i ich ,,wnętrza” istniały dzięki zdolnościom manipulowania Twórczą Muzyką swoich lokatorów. Mogły one istnieć tylko w tym, przesiąkniętym melodią miejscu. Widzialne drogi powstały dzięki muzyce chętnych wilkołaków, dlatego w różnych częściach miasta miały inny wygląd : od żwirowych alejek, poprzez zwykłe miejskie ceglane uliczki, aż do nieudolnych imitacji trawy. W najmniej ,,stabilnych” częściach miasta – gdzie żyli posiadacze najmizerniejsze zdolności, drogę znów tworzyła zwykła czerń. Powodem, dla którego miasto znajdowało się w takiej odległości od portalu był fakt, że blisko niego ciągle obowiązywały zasady ,,świata zewnętrznego”, nie pozwalające na tworzenie podobnych ,,cudów”. Wciąż byłoby to możliwe, jednak tylko przy ciągłym skupieniu i używaniu wielkich pokładów energii, na utrzymaniu materialnej postaci śpiewanej muzyki. W samym mieście wspomniana energia i skupienie były znikome. Wystarczyło jedynie coś stworzyć, a twór istniał już do momentu urwania nikłej melodii – czyli do momentu, gdy ciału brakło tej minimalnej ilości energii na utrzymanie rytmu serca.
Truchtem pokonał dzielącą go odległość od pierwszych budynków i włączył się w życie miasta. Łowcy – ludzie szkoleni w polowaniu i zabijaniu wilkołaków, nawet nie wiedzieli jakimi siłami dysponują ich wrogowie. Jednak i tak, jeśli uzmysłowiło się sobie, że to jedno, wielkie miasto skupiało wilkołaki z całej, rozległej Mirsenii (pominąwszy tych, którzy postanowili żyć na własną łapę poza społecznością), to nie wydawało się już taką przytłaczającą siłą. Derwin mijał wilkołaki zarówno w ludzkich, jak i wilczych postaciach, śpieszących w swoje strony. Grupka rozkrzyczanych szczeniąt goniła, ze znanego tylko sobie powodu starszego kolegę. Dopadłszy go, rozpoczęła się masowa przewracanka i bójka, której nikt z przechodzących obok dorosłych nie raczył zaradzić – niech się uczą walczyć. Im wcześniej nabiorą wprawy, tym więcej zdobędą doświadczenia, a im więcej doświadczenia, tym większe szanse na przeżycie…
Derwin dotarł w końcu do celu. Jego rodzina zajmowała wykreowany już parę pokoleń temu piętrowy domek, o zielonym dachu i pokrytych żółtym tworem, przypominającym mech ścianach. Wszyscy żyjący domownicy przyjmowali na siebie rolę Opiekuna, przez co budynek istniał dalej, pomimo śmierci poprzednich lokatorów. Wejście tworzył szary, kamienny łuk pokryty zdobieniami, wypełniony mrokiem. Ta ciemność zastępowała drzwi, które były tutaj niepotrzebne, jako że każdy wilkołak sam sobie tworzył potrzebne przedmioty, mając nad nimi kontrolę– nie można było ich ukraść. Derwin przeszedł przez warstwę czerni i od razu jego oczom ukazało się wnętrze domu. Środek wydawał się być większy, niż wskazywały na to rozmiary zewnętrzne budynku. Sam pokój wejściowy, będący jednocześnie długim korytarzem, wystarczyłby w wypełnieniu całej oszacowanej przestrzeni. Mieściły się tutaj kręcone schody, prowadzące na wyższy poziom, oraz tuzin, podobnych do wejścia łuków, po obu stronach pomieszczenia, jednak nie wypełnionych czernią. Z korytarza można było swobodnie zajrzeć do środka. Podłogę zdobił gęsty dywan. -Wróciłem! – Krzyknął Derwin, zrzucając buty na pozostałe pary stojące pod ścianą, przy okazji brudząc je przyniesionym z puszczy błotem. Przeszedł korytarzem, zaglądając po kolei do każdego z pomieszczeń, szukając jakichś oznak życia. W końcu znalazł je w salonie, leżące na jednym z foteli, z nogami przerzuconymi przez jedną poręcz, a głową opartą o drugą. Młody chłopak zdawał się drzemać, twarzą zwróconą w stronę ognia, wiecznie palącego się w kominku. -Cześć, Konrad – powiedział do chłopaka, starając się o miły ton – gdzie ojciec i siostra? –Wspomniany Konrad poruszył się, wybudzony ze snu i spojrzał na niego półprzytomnie. -Mm? Wyszli… Twój ojciec kazał ci przekazać, że jak wrócisz masz się od razu stawić do Instytutu -Do instytutu? – zdziwił się – po co? - Czy mi ktoś cokolwiek mówi? - chłopak spojrzał na niego z lekką irytacją i wrócił do przerwanej drzemki. Derwin wyszedł z salonu bez słowa. Nie rozumiał swojej siostry, Miriel. Dwa tygodnie wcześniej, ranna przyprowadziła tego chłopaka ze sobą. Był nieszczęsną ofiarą innego ,,ugryzionego” wilkołaka. Ugryziony przez ugryzionego. Ha! Jego nawet nie powinno się nazwać mianem ,,wilkołaka". I dla kogoś takiego omal sama nie straciła życia. Kiedy stało się jasne, że nie jest w stanie nawet się przemienić, a w czasie najbliższej pełni czekała go nieunikniona Błędna Metamorfoza – czyli po prostu wyrok śmierci, wykonany przez inne wilkołaki, gdy ten zmieni się w oszalałego pół człowieka, pół wilka, Miriel uparła się by ten został z nimi. Sam Konrad, dopiero po paru dniach pogodził się ze swoim losem i teraz większość czasu spędzał na zmianę; gapiąc się w ogień i śpiąc. Według Derwina, Miriel powinna dać mu w tedy zginąć szybką i w miarę bezbolesną śmiercią z ręki Łowców…
Dotarł do swojego celu. Wbiegł po marmurowych stopniach wejściowych i wszedł do środka. Instytut obejmował wszystkie szkoły, uniwersytety i urzędy w całym wymiarze. Budynek, do którego wszedł, był zarządzającym pracą uniwersytetu, któremu Derwin dalej podlegał. Jednak jako że kończył naukę, przychodził do niego już tylko trzy razy w tygodniu, na czterogodzinne ćwiczenia w walce. Ciekawy był po co go wezwano. W sekretariacie dowiedział się pod który numer ma się udać i stanął przed wskazanym pomieszczeniem. Wejście zakrywała ciemność nocy, jednak wiedział, że od wewnątrz korytarz jest widoczny. Po chwili usłyszał skierowaną do niego melodię, pozwalającą wejść. Przekroczył czerń i znalazł się w gabinecie. Za biurkiem naprzeciw wejścia siedziała kobieta, która ze znudzonym wyrazem twarzy czytała leżący przed nią dokument. Gdy wszedł, odłożyła go na jedną z kupek, na zawalonym podobnymi stertami biurku. -W sprawie? - spytała, jakby przerwał jej bardzo fascynującą czynność i chciała do niej jak najszybciej wrócić. -Mam się właśnie dowiedzieć – Derwin zaczął się dziwnie czuć, pod jej wwiercającym się w ciało spojrzeniem. -Nazwisko? – podał. Kobieta z ciężkim westchnieniem zaczęła przeglądać inną…