Fantasy · 36 min czytania
Siła przeznaczenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Część I
Ta historia, między bajki jest włożona, może dlatego, że wówczas gdy wydarzenia tu zawarte miały miejsce, nie było ich komu spisać, a może dlatego, że zbyt oczywiste się wtedy wydawały i szkoda na nie czasu marnować było, lub też postronny obserwator całej historii nie znalazł słów, aby ją uwiecznić. Mało tego, do bajki wracając, mimo iż swoje miejsce między klechdami znalazła, Jak to w bajkach bywa, prawd i morałów w niej zawartych wśród nas możemy szukać. Ale wróćmy do samej opowieści. Miejsca gdzie owa historia się toczy nie spamiętałem, zatarło się w mrokach dziejów, gdy opowieść z ust do ust przekazywana była. Jedno trzeba tylko Tobie wiedzieć, że czasy to były piękne, czasy wystawnych i bogatych balów, czasy chwały wielkich zamków i pałaców puszących się swym pięknem, tajemniczych ogrodów ciągnących się kilometrami krętych alejek, pośród których przechadzali się szykownie i bogato ubrani mieszkańcy i goście z dalekich krain, konwersując o codziennych sprawach. Czasy to były spokojne, nie zmącone echami dalekich wojen, trosk i niepokojów, a nawet jeżeli echa te docierały za wysokie ściany żywopłotów, za grube tafle szkła w kryształowych oknach, szybko o nich zapominano topiąc w biesiadnym winie, zagłuszając muzyką bawiąc się w blasku pochodni. W tej baśniowej, odciętej od zewnętrznego świata krainie, dwa wielkie rody miały swe włości. Dwa wielkie zamki puszyły się swym pięknem, splatając się labiryntami ogrodów. Miedzy rodami nigdy nie było waśni i zatargów, a głowy rodów w wielkiej komitywie ze sobą były, dlatego często goście jednego zamku znajdowali się w drugim, a wystawne bale urządzane w wielkich ogrodach zamków zawsze przemieniały się w wspólną zabawę. W to właśnie miejsce, los rzucił bohaterów tej opowieści, mimo zawiłych dróg przeszłości splótł ich drogi w wspólny warkocz. Wśród murów zamku z ażurowego białego marmuru, strzelającego w niebo wysokimi wieżami, przechadzała się młoda kobieta. Ubrana w lekką suknię z białego jedwabiu, z pięknie wykończonymi koronkowymi rękawami i ażurowym dekoltem, na który wypływał obsydianowi, czarniejszy od nocy, naszyjnik. Jej kruczoczarne włosy, przeplatane białymi pasami srebrnych nici, zalotnymi kosmykami opadały na nie skażoną biel sukni. Czerń i biel, a szarość jej smutnych oczu tonowała ten ostry kontrast. Była piękna na swój sposób, chodź inna od dam, codziennie widywanych na balach, korytarzach zamków, w alejach ogrodów. Stroniła od peruk, bufiastych błyszczących sukni, białego pudru i dużej ilości szminki. Mimo to jej uroda, wdzięk i sposób bycia przyciągały uwagę. Wokół kręciła się służba, szykując kolejny wielki bal, mający odbyć się tego wieczoru w przypałacowych ogrodach. Powoli podeszła do wielkiego, kryształowego okna, z którego rozciągał się widok na ogrody. W dole szykowano stoły, znoszono jadło, w blasku chylącego się ku zachodowi słońca rozpalano wielkie ogniska i rozstawiano pochodnie, grajkowie i bardowie stroili swe instrumenty. Była znużona tymi balami, liczyła sobie zaledwie siedemnaście wiosen, a jej życie było puste i smutne, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca wśród bawiących się gości. Nie tego oczekiwała od życia, nie ciągłego balowania, zabawy i hulanek, liczyła no coś więcej, coś czego nie potrafiła sprecyzować. Wszystkie te bale kończyły się tak samo, na początek tańce, rozmowy o sztuce, ale wraz z ubywającym z dzbanów winem ulatniała się ogłada i kurtuazja, coraz częściej podpici wielmoszciowie wieszali na niej śliniące się oczy, coraz zuchwalsze propozycje szeptano jej do ucha, lub liścikiem przekazywano przez służących. Miała dosyć rozchichotanych, wypudrowanych dworek porywanych z udawanym oporem w labirynty alejek, miała dość wymizdrzonych, nienaturalnych mężczyzn którzy pod pozorem tańca starali się sprawdzić na ile jest już kobietą. Nie chciała tam schodzić, nie chciała kolejny raz brać w tym udziału, ale nie miała innego wyjścia, ze względu na ojca, którą ją wypychał na bale licząc, że znajdzie się wśród tych wypacykowanych lalusiów kandydat na męża dla niej. Szczególnie, że dzisiejszy bal był balem zaręczynowym jej brata, który to miał wziąć za żonę córkę gospodarza na sąsiednim zamku, co miało przypieczętować długoletnią przyjaźń i połączyć rody. Z wielkim ociąganiem ruszyła ku ogrodom z głęboka nadzieją, że tym razem będzie inaczej, że tym razem coś się zmieni. W tym samym czasie w sąsiednim zamku, masywnie przycupniętym przy zakolu rzeki leniwie toczącej swe wody szerokimi meandrami i usilnie wgryzającej się w czerwono ceglaste wiekowe mury, przygotowania do balu zaręczynowego trwały pełną parą. Orszaki gości ciągnęły alejami ku światłom ognisk. Gwar, śmiechy i śpiewy rozweselonych gości było słychać nawet tu, w cichym, uśpionym już lesie, gdzie próbował się ukryć, odpocząć. List który dostał przed miesiącem będąc w dalekiej podróży, zmusił go do powrotu do miejsca z którego kiedyś uciekł, zmusił do porzucenia przygód i powrotu do krainy wiecznego balowania i pijaństwa. Ale nie miał innego wyjścia, wszak dziś jego siostra miała się zaręczać. Nie bardzo wiedział z kim, ostatnie lata spędził z dala od dworu, nie uczestniczył w licznych zabawach, nie znał mieszkańców sąsiedniego białego zamku, tak jak i oni go nie znali. Był tu obcy i czuł się obco, jak najprędzej chciał wrócić do szumu lasów które przemierzał, do szmeru górskich strumieni z których pił wodę, do delikatnej bryzy wiatru obmywającej jego twarz. Wyrwał się z zadumy, wstał i powoli, niczym skazaniec na szafot ruszył ku aleją ogrodów. Bal rozpoczął się na dobre. Przy suto zastawionych stołach goście rozmawiali, podśpiewywali, bawili się. Na tarasie wzniesionym wśród krzewów, pary dostojnie tańczyły w rytmie walca. Obserwował swą siostrę w chwilach szczęścia, kiedy odbywały się zaręczyny i rad był, że znalazła szczęście. Po poważnych walcach przyszedł czas na weselszą muzykę, gawiedź w miarę upływu czasu i ubytku zapasów pałacowych winnic bawiła się coraz weselej, głośniej i huczniej. Zgiełk, zapach wina, kolorowe feerie barw mieniących się sukien wirujących w uniesionym tańcu, wszystko to wdzierało się do jego głowy, nie potrafił znieść tego dłużej, aby odejść, aby dalej od muzyki, wrzasku, potu, barw, ruszył w ciemność ścieżek, otuliły go przyjazne ciemności nocy. Jej biała suknia odcinała się od jaskrawych, napompowanych kreacji innych dam. Nie ociekała złotem klejnotów, Jej włosy swą naturalnością nie pasowały do gniazd uwitych na głowach wyszminkowanych kobiet. Cieszyła się radością swojego brata, widziała w jego oczach radość, której jej tak brakowało. Starała bawić się najlepiej jak to było możliwe. Ale gdy przy którymś z kolei tańcu poczuła w swym uchu mokry język, a ręka po raz wtóry ześliznęła się poniżej jej pleców nie wytrzymała, coś w niej pękło, całe misternie budowane postanowienie, że wytrwa, prysło, rozbiło się w milion drobniutkich kawałków. Wyrwała się i nie patrząc przed siebie pobiegła, byle dalej od śliskich oczu, od zachłannych rąk. Biegła w ciemność nocy, jak najdalej, oczy przyzwyczajone do blasku ognisk, teraz nie mogły przebić się przez mrok, mimo to nie ustawała w biegu do nikąd. Jej ucieczkę brutalnie przerwał wystający z ziemi korzeń, czy też kamień, w ciemności nie mogła tego dostrzec, a tenże wykorzystał tę przewagę i stanął na drodze jej ucieczki, upadła. Usiadła na mokrej ziemi, nie bardzo wiedząc gdzie jest, nie słyszała już odgłosów zabawy, nie widziała światła ognisk. Podciągnęła nogi pod brodę i zaczęła cicho łkać, pierwsze krople ciepłego deszczu spadły na jej twarz, zaczęły moczyć potarganą upadkiem sukienkę, toczyć się perłami po nie ułożonych włosach. Zmywając z niej zapach wina, potu, zmywając dotyk, zmywając wspomnienie. Poczuł się dużo lepiej, gdy oddalił się od ognisk, tańców i tłumu biesiadników. Wtulił się w słodką ciszę i przyjazny mrok nocy. Z radością przywitał pierwsze krople letniego deszczu, szmer rozbijających się kropli na liściach tysiącletnich dębów starego lasu. Gdzieś wśród szumu deszczu i szeptu liści usłyszał cichy płacz. Powoli, z zaciekawieniem skierował się w stronę skąd dobiegał ów nie pasujący do harmonii koncertu natury dźwięk. Nie usłyszała kroków kiedy się do niej zbliżał, zamarła w bezruchu w połowie łknięcia gdy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Ale ta dłoń była inna, niż te które bardziej skrycie lub też całkiem jawnie obmacywały jej ciało w tańcu, była ciepła, miła, nie zachłanna, była delikatna i dodająca otuchy, pewności. Powoli odwróciła głowę, przycupnął przy niej, pytającym gestem kładąc rękę na jej ramieniu. Z jego przystojnej twarzy dało się wyczytać zatroskanie i życzliwość, a z brązowych spokojnych oczu sympatię i spokój, co było miłą odmianą po twarzach w których widziała tylko pożądanie. Bez słów podał jej pomocną dłoń, by się na niej wsparła. Nic nie mówił, o nic nie pytał, pomagał. Pomagał będąc podporą dla zmęczonego szaleńczą ucieczką ciała, będąc oczami prowadzącymi w mroku, będąc ciepłem i otuchą którego tak potrzebowała. Mimowolnie wtuliła się w jego bok, chłonąc to czego nigdy wcześniej nie doświadczyła, a czego tak bardzo potrzebowała. Skryli się przed coraz mocniej padającym deszczem w niewielkiej altanie, stojącej w jednym z wielu zakamarków rozległego ogrodu. Widać, altana była miejscem schadzek i to całkiem niedawnych, sądząc po pozostawionych na ziemi częściach garderoby. Usiedli na leżance i czas jakiś trwali w milczeniu, sycąc się ciszą i swoją obecnością. Potem zaczęli rozmawiać, o czym ? O wszystkim, o nich samych, o życiu, o kolejach losu, mimowolnie trzymając się za ręce. On wpatrzony w jej szaro-zielonkawe oczy uważnie słuchał jej opowieści, każde jej słowo wlewało w niego żar, dziwne uczucie którego wcześniej nie znał. Ona chętnie słuchała o jego przygodach, jego ciepły i spokojny głos był muzyką dla jej serca. Czas płynął, nawet się nie obejrzeli, gdy cienie nocy zaczęły czmychać przed pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Nie potrafili się rozstać, a na pożegnanie, chcąc zachować to coś jak najdłużej w swej pamięci, ostrożnie i z obawą zamarli w delikatnym pocałunku, z tęsknotą rozłączyli swe ręce. Nie wiem czy lepiej powiedzieć, że ich spotkania były częste, czy może, że ich rozstania trwały krótko, na jedno to jednak wychodzi. Czas swój cały sobie tylko oddali, a każdą wolną chwilę spędzali w swoim towarzystwie. Spotykali się zawsze u stopni ich altany, spacerowali, rozmawiali, cieszyli się życiem. Los mimo iż wepchnął ich na siebie, okrutnie z nich jednak zadrwił. Miesiąc cały nie minął od wielkiego balu, i gdy z jednego z ich spotkań późnym wieczorem wróciła do swego pałacu, dziwne poruszenie zastała, jeden z lokajów przekazał jej wieść, że ojciec niezwłocznie jej w swych komnatach oczekuje. Najpierw z otwartymi ustami wysłuchała opowieści o ucieczce jej brata wraz ze swą narzeczoną, która jak twierdził ojciec, zapewne go do tego namówiła, przez ucieczkę tę, niesmak i wrogość między rodami nastała i kontaktów wszelkich zaniechano. Ogrody miały być podzielone, a rodziny od teraz wrogie sobie były, wzajemnie się obwiniając o utratę swych dzieci, nie szukając nawet prawdy co spowodowało ich ucieczkę, a wzajemnie się o porwania i spiski posądzając. Chociaż ona wiedziała, że jej brat wraz z swą narzeczoną miał swoje plany na życie i dość miał podporządkowywania się słowom ich ojca i sam ową ucieczkę zorganizował, wraz z narzeczoną sporą część skarbca ze sobą unosząc. Potem oniemiała słuchała woli ojca, który wybrał dla niej męża, z pośród uczestników któregoś balu. Z pośród tych od których tak bardzo chciała uciec. Łzy stały w jej gardle, uciekła do swych komnat by tam w niemej goryczy przetrwać ból palący bezlitośnie je serce. On, będąc w swych włościach, także usłyszał co się stało. Tęsknota za jej dotykiem, za jej zapachem za tonią jej oczu pchała go ku ogrodom. Ale tam wzniesiono mur, który na zawsze miał podzielić zwaśnione rody. Czas mijał, targany smutkiem, żalem i goryczą, jej bliskością a niemożliwością bycia z nią, wyjechał, odszedł by uciec, by zapomnieć. W dzień swego wyjazdu napisał list, włożył do perfumowanej koperty ,podpisał jej imieniem i przerzucił na drugą stronę znienawidzonego muru. Tułał się latami, nie spamiętał miejsc które widział, zim które przeżył, szukał sposobu by zapomnieć, z nadzieją iż czas goi rany. Ona, choć jej serce targane żalem, pozostała posłuszna woli ojca, wiedząc że tak jest lepiej, mądrzej, dla dobra rodziny, rodu, ojca. Wyszła za mąż za tego, którego wskazał jej ojciec, lata mijały, jej szare oczy straciły zielone iskierki, zalane szarością smutku płynącego z jej serca. Srebrne pasma jej włosów posiwiały i straciły swój blask, żyła swoim spokojnym, poukładanym życiem. A list, który znalazła w ogrodach, podczas jednego ze spacerów, podpisany jej imieniem, jego starannym charakterem pisma, trzymała nie otwarty głęboko w jednej z przepastnych szuflad. Przyszła jesień, czas złotych liści nastał, wrócił do zamku pogrążonego w smutku, gdyż na łożu śmierci spoczywał jego ojciec. Nie minęło wiele dni, a z pierwszymi śniegami jego ojciec skonał. Zamek pogrążony w czarnej żałobie, otulony białym puchem śniegu, na tle szarego nieba – te kolory, otworzyły ranę, którą przez lata próbował zaleczyć. Przedzierając się przez ścieżki ogrodów przysypane białymi płatkami mimowolnie kierował się w stronę muru, który niegdyś oddzielił go od tego co miał najcenniejsze. Przez te lata jednak, nie pielęgnowany mur, symbol dawnej wrogości, rozpadł się, zniszczony deszczami minionych jesieni, mrozem upływających zim, skwarem letniego słońca. Rana w jego sercu przez te lata została jednak głęboka, bo tylko to czego się nie pielęgnuje obraca się w pył. Powoli stąpał wśród popękanych kamieni, aż natrafił na ślady, świeżo odciśnięte w cienkiej warstwie śniegu. Patrząc na nie doznał dziwnego uczucia, leku strachu i nadziei. Ruszył w kierunku w którym prowadziły, najpierw powoli, przyśpieszając co rusz kroku, aż wreszcie przemieniwszy chód w szaleńczy bieg, mijał kolejne alejki, kolejne alkowy, po śladach. Nie udało się jej odnaleźć szczęścia, mimo iż jej życie było spokojne i niczego jej nie brakowało, mąż okazał się dobry ale nie wystarczyło to, aby go pokochać. Lubiła wracać do starej ażurowej altany, do ukrytych gdzieś głęboko wspomnień, tym razem też tak było. Siedziała otulona ciepłym futrem na podniszczonej leżance w altanie, pogrążona gdzieś w zakamarkach swoich myśli, przekopując się przez pokłady swoich wspomnień, oczyma wyobraźni widziała go przybiegającego do niej, nagle zdała sobie sprawę, że to nie wyobraźnia, a raczej oczy płatają jej figle. Biegł ku niej upstrzoną białymi płatkami śniegu ścieżką, biegł szaleńczo, siedziała z zapartym tchem, aż złudzenie się rozpłynie, aż podmuch wiatru rozwieje zbliżającą się postać. Nic takiego nie nastąpiło, wpadł do altany, bez słów rzucił się do jej nóg i zamarł tak wtulony w jej kolana. Z wahaniem, ostrożnie położyła dłoń na jego zmierzwionych włosach, aby przypadkiem nie rozproszyć iluzji, jednak czując jego ciepło i zapach, wtuliła się spragniona w jego ramiona. Podniósł się, długo patrzyli na siebie, nie potrafiąc znaleźć słów trwali w ciszy sycąc się swym widokiem. W jej szarych oczach błyskały zielonkawe ogniki radości. Tym razem nie wystarczyły tęskne pocałunki, kochali się długo i namiętnie przykryci miękkim futrem. Pragnęli ciepła swych ciał, dotyku swych rąk, bliskości. Leżeli wtuleni w siebie, opowiadając sobie swoje historie ostatnich kilku lat. Kiedy usnęła z głową wspartą na jego ramieniu, długo ją obserwował, gładząc jej kruczoczarne włosy, pośród których znów błyskały srebrne pasemka, w sercu obiecując jej, że już nigdy jej nie opuści. Spotykali się często, spotykali się gwałtownie, tak aby nadrobić stracone lata, aby nadrobić czas który skradł im los. Jednak ich schadzki i potajemne spotkania, dla czujnego obserwatora, nie mogły umknąć nie zauważone. Nie umknęły. Jej ojciec, gdy mu doniesiono o kochanku jego córki, wpadł w wściekłość, mimo iż jego prawowity zięć nie potrafił dać jego córce potomka, uznał, że hańbą dla rodu była by wieść o związku jaki kwitł w życiu jego córki. Musiał działać szybko i w taki sposób aby jego córka o niczym się nie dowiedziała, ani aby niczego się nie domyśliła, obawiał się, że gdy jej rzeknie swoje postanowienie, ona nie usłucha i ucieknie, tak jak lat kilka wstecz zrobił to jego syn. Nikt nie widział wymykającej się nocą postaci z prywatnych komnat ojca, ale gdyby nawet udało się komuś zauważyć otuloną w czarne obcisłe szaty postać, z pokaźną sakwą wypełnioną złotymi monetami, poruszającą się bezszelestnie z zwinnością kota i tak uznał by to za omam, przypisując za dużej ilości wina wypitej tego wieczoru. Blask ognia tańczącego na grubych pniach drewna palących się w kominku rzucał ponure cienie na pogrążoną w myślach twarz ojca. Musiał zniszczyć szczęście swej córki, musiał pozbyć się wybranka jej serca, dla dobra rodu. Usługi ludzi, których sowicie opłacił swym złotem, uchodziły za pewne, skryte i zawsze wykonywane. Odetchnął ciężko, nikt nie połączy go z tajemniczą śmiercią kochanka jego córki, nikt się nie dowie, a problem będzie rozwiązany, dla dobra rodu i dla jej dobra. Skrytobójcy wykonają swoje zadanie. Przez lata przygód, potem przez lata tułaczki, odwiedził wiele miejsc, zdobył wielu wrogów, ale i zyskał wielu przyjaciół. Ciche pukanie do drzwi jego komnaty, wyrwało go z zadumy. Drzwi uchyliły się cicho i do pokoju wśliznął się cień. Położył dłoń na rękojeści wysłużonego miecza, który nie raz ratował go z opresji. W owiniętej ciasno czarnym suknem postaci rozpoznał druha, któremu niegdyś podczas swych przygód uratował życie, wiedział że był on skrytobójcą, ale…