Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 12 min czytania

Silver Horse-część I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na czarnym, połyskującym jak gwiazdy fotelu zasiadł mężczyzna. Spojrzał posępnym wzrokiem na niecodzienny pokój i stwierdził w duchu, że jest on wstrętny. Wstał, i okrążył fotel. Wściekłość rosła w nim z minuty na minuty. W końcu wszelkie negatywne emocje wzięły nad nim górę- krzesło za jego sprawą powędrowało w aparaturę… –dlaczego ona?!– wrzasnął, wyzwalając gniew– dlaczego ona?!– powtórzył rozpaczliwy krzyk. Bił pięściami w aparaturę. Nie dbał o ten pokój- mimo że dzięki niemu odniósł sukces. Mimo że tu powstała organizacja, która miała na celu ochronę ludzi. W pokoju zostały zniekształcone wszelkie bardzo dobrej jakości urządzenia. Nic nie zostało oszczędzone. Do pokoju weszła niejaka Taylor- kobieca maszyna do zabijania. Przez chwilę spokojnie przyglądała się na zaślepionego gniewem mężczyzna. Czekała, aż w końcu się uspokoi? Na to się nie zapowiadało. Mężczyzna szalał jak rozwścieczony byk. Chciał znaleźć ukojenie… Dopiero po kilkuminutowej demolce mężczyzna zorientował się, że nie jest sam. Spojrzał zdyszany na Taylor. –…T… Taylor?– szepnął, niby do siebie. –szefie, czekamy na ciebie– rzekła do mężczyzny– musimy ustalić… –nie!– mężczyzna wybuchł jak dynamit– nie! Ja muszę ją odzyskać! Ja muszę… mężczyzna upadł na kolana, targał palcami dywan. Tłumił w sobie żal i łzy. Taylor spojrzała z pewnym żalem na szefa. Nigdy nie widziała go jeszcze w takim stanie. Postanowiła w dalszym ciągu czekać. –Joe… szefie…– Taylor postanowiła go przywołać do porządku– gniewem nic nie wskórasz. Musimy działać. Joe- bo tak zwał się ów mężczyzna, spojrzał na swoją podwładną. Niekiedy miał ochotę wytargać jej krótkie blond włosy. Za jej chłód w zabijaniu, opanowanie w każdej sytuacji. Trudno uwierzyć, że jest człowiekiem. Nie, kobietą. Kobieta, która miała za dużo testosteronu w sobie. –dlaczego ona?– zadał jej pytanie– najpierw moja żona… została… przez nich zamordowana… Taylor spokojnie obserwowała wewnętrzną walkę szefa. Nie mogła zrozumieć jego stanu, i nie zrozumie. Taylor nigdy nie uroniła ani jednej łzy. Należała do zdecydowanych, silnych kobiet. –Taylor, zostaw mnie w spokoju. Przyjdę za godzinę.– powiedział nagle Joe. Taylor posłusznie odeszła. Przymknęła drzwi. –wybuchł. I nie zapowiada się, by to tak szybko mu przeszło– Taylor przemówiła do znajomych, którzy czekali już na nią, tuż przed pokojem szefa. –co w takim razie robimy?– spytał murzyn. Taylor spojrzała na niego i odparła: –czekamy. Taylor postanowiła przejść się nieco po korytarzu. Szła zdecydowanym krokiem. Na chwilę jednak przystanęła, by zerknąć w lusterko. To, że jest kobiecą maszyną do zabijania, nie oznacza, że o siebie nie dba. Nigdy nikt jej nie widział bez makijażu, i nikt nie zna jej naturalnego koloru włosów. Barwę włosów zmienia co miesiąc. Raz jest rudzielcem, raz brunetką. Kiedy oglądała swoje krótkie włosy w lusterku, stwierdziła, że są beznadziejne. Pomyślała o jakimś wściekłym niebieskim. Jej rozmyślania o odpowiedniej farbie do włosów nie trwały długo. Wyczuła, że szef się uspokoił. Co oznaczało, że zebranie będzie lada chwila. Oni już na nią czekali. –witam szefie. Nastrój…– zaczęła nieco bezczelnie, lecz szef przerwał, jak nigdy: –Taylor, masz nowe zadanie. Odnajdziesz moją córkę. Właśnie ty. I jeśli zginie, ty za to poniesiesz konsekwencje. Taylor otworzyła usta. Jej cienkie brwi opadły w dół. I zadała proste i krótkie pytanie: –dlaczego ja? –dlaczego? Doszedłem do wniosku, że ty to zrobisz. Bezapelacyjnie. Talyor milczała, co oznaczało jej zgodę. Nie mogła się nie zgodzić. Szef jest szefem i mam słuchać jego rozkazów. –kiedy mam wyruszyć?– spytała. –teraz. W tej chwili. Reszta może ci pomóc. Tak. zabijecie tych, którzy ją porwali.– szef uśmiechnął się złośliwie, wyobrażając sobie swoich wrogów tonących we własnej krwi.

***

szesnastoletnia Dian zbudziła się z wyjątkowo nieprzyjemnego snu. Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą człowieka. Kiedy otworzyła szerzej oczy, doszło do niej, że nie jest u siebie i że postać, która przed nią stoi, nie jest człowiekiem. –kim jesteś?– rzuciła pytanie postaci stojącej naprzeciw niej. Nieznajomy nie odpowiedział od razu. Patrzył się na nią przez dłuższą chwilę. Podobały mu się jej włosy- czarne jak węgle, proste i gęste… –Danny, słoneczko– Dian wyraźnie podobała się androidowi– masz lat szesnaście, a wyglądasz jak pełnoletnia osoba… Dian rozejrzała się po sali. Spostrzegła, że jest w bazie wrogów. Chciała wstać, lecz spostrzegła, że jest skrępowana. Spojrzała pytająco na androida. Zaczęła sobie przypominać fakty- napad, porwanie… trudno było jej w to uwierzyć. –…porwaliście mnie?…– spytała niepewnie. –tak, kotku– Danny nie mógł się powstrzymać, by nie sypnąć jakimś komplementem– powiedz mi… jeszcze żaden facet za ciebie się nie dobrał? Dian spojrzała na niego z lekką złością. –od kiedy android flirtuje z człowiekiem?– rzuciła obelgą. Obelgą– ludzie uważali androidy za coś gorszego. Danny nie przejął się tym. –i co z tego że jestem androidem? Mogę robić z tobą co zechcę. Danny wyczuł, że jest wzywany przez „jegomość”. Prychnął, niezadowolony, że ktoś mu przeszkadza. –czego chcesz?– powiedział na głos. Dian spojrzała na niego zaskoczona. –nie, nie zrobię jej niczego złego– kontynuował z nadzwyczajnym rozmówcą.– przecież jej nie zgwałcę!– wybuchł nagle. Dian zrozumiała, że rozmówca jest gdzieś daleko, a android jakoś się z nim kontaktuje. Chciała skorzystać z sposobności, i rozwiązać więzy… –kotku, nie tak szybko.– wycedził android, już do Dian– spoko, nie będę cię molestować. Mam kategoryczny zakaz. Jesteś zakładniczką… Dian westchnęła. –wychodzę. Zaraz wracam. I będę cię miał na oku…mimo że będę nieco dalej.– ostrzegł ją. Dian znów…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Silver Horse-część I — czytnik · opowiadania