Fantastyka · 18 min czytania
Sinnarn Es Faer
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Prolog
Wspinali się po urwisku, już od wielu dni. Ogień życia w nich zagasał, ręce były pokryte bliznami i zaschniętą krwią. Jeden z nich spojrzał w dół. Przepaść, tonąca w mgle. Chwila nieuwagi, jedna pomyłka mogła kosztować życie. Jednak oni nie mieli już sił. Spojrzał na swojego przyjaciela, którego twarz mimo zmęczenia była poważna i malował się na niej wyraz determinacji. Uśmiechnął się do niego słabo. Kamienie wpijały się w ręce, kalecząc, piekąc niemiłosiernie. Chłód najbardziej przeszkadzał, tu w górze. Byli jednakże blisko i nie zamierzali zrezygnować. Obydwie twarze były niezmiernie blade, zastygnięte w wyrazie zmęczenia. Mieli na sobie lekkie, ale ciepłe ubrania zwiadowcze. Prowiant i czysta woda dawno się już skończyły, mimo małych racji. Nagle w oczach młodszego pojawiły się łzy.
- Bracie.. wybacz mi. Nie mam już sił. Przepraszam jeśli byłem dla ciebie obciążeniem. Drugi podróżnik zastygł w bezruchu, a twarz pokryło przerażenie. - Nie! Nie poddawaj się.. obydwaj jesteśmy słabi, ale droga na szczyt jest niedaleka.. błagam cię nie rób mi tego... On także zaczął płakać. Dawno nie wyrażał w ten sposób swoich uczuć. Zawsze był tym odpowiedzialniejszym, poważniejszym i chłodnym. Jednak kochał swojego brata. Ruszyli dalej, a wytarte łzy, pomieszały się z krwią. Wreszcie, po tak wielu dniach poczuli wiatr. Wspaniały żywioł, teraz delikatnie dmuchając rozwiewał im włosy. Pojawiła się nadzieja, nieuchwytna wcześniej. Zaparli się i ruszyli dalej wspinając się szybciej. Po ogromie nieba, poruszały się białe, lekkie giganty. Chmury te układały się w różnorakie obrazy, zatrzymując promienie słońca za sobą. Wiatr przyniósł z sobą także delikatną woń kwiatów, które zapewne rosły na szczycie. Ciągle się zbliżali. To wspaniałe jak i tragiczne uczucie, gdy w jednej, nieuchwytnej chwili wszystko się zmienia. Sekundy mijając przynoszą z sobą tysiące wydarzeń. Tysiące emocji, tysiące bić serc. A w tak krótkim czasie, całe nasze życie może ulec zmianie. Jedno złe posunięcie, jedna bryłka skały stanowiąca potężną i gigantyczną górę. I jedna śmierć, utrata sensu. Krzyk i rozpacz nie wrócą tego co się stało. Starszy podróżnik bezradnie przypatrywał się jak jego kochany brat spada w przepaść, tonąc w mgle.
Rozpacz. Wtedy już nic nie jest ważne, nie liczą się podziały. Nie jest ważna reszta świata, nie ważne są sekundy. Nie liczy się władza... Wszystko dzieje się niczym poza czasem. Niekiedy nie są w stanie jej opisać łzy, ani żadne ziemskie, znane nam słowa. Najwspanialsi bardowie nie zdołaliby podołać temu zadaniu, dostatecznie dobrze opisać rozpacz. Serce zamiera w piersi, wszystko zdaje się być dalekie i nieznane. Sami nawet nie potrafimy sobie poradzić z tak trudnym zadaniem. Jednak po jakimś czasie trzeba wrócić do czasu, rzeczywistości i życia. Gorzej, jeśli ochoty do życia już nie posiadamy. Samobójstwo. Istota bez chęci życia, nie może istnieć. Jest to słabość. To nie jest ważne. Liczy się chwila, liczy się teraz...
On skoczył. Czy ważny jest cel? Żyjemy i umieramy. W swym zapatrzeniu w siebie i potrzebie przeżycia nie widzimy prawdy. A ona jest blisko, czeka aż ją odkryjemy. Gdy leciał, rozumiał wreszcie wszystko. Cel? Nie ma celu. Sens? Nie ma i sensu. A przeznaczenie? Poczuł, że pazury przebijają mu ramię. On znów żył. Nie, on ciągle żył. Nie chciał tego, gardził tym. Zemdlał. Gryf ze swoim jeźdźcem złapali go, ratując. Znów powrócił do łańcucha energii. Gdy się obudził, wciąż lecieli, ale już niżej. Znów czuł. Zaczął płakać, a gorzkie łzy spadały z wysoka na ziemię. Teraz naprawdę wiedział co się stało. Wkrótce potem wylądowali. Jeźdźcem okazał się krasnolud, który zeskoczywszy z swego zwierza, zajął się swym gościem. Zaprowadził go do chaty i położył spać. "Jutro czeka mnie ciężki dzień" pomyślał.
Część 22 / 2
Gdy podróżnik się obudził, był już ranek. Krasnolud siedział przy stole, szykując strawę dla nich obu. Zdziwiło go to, że podróżnik nie zadawał żadnych pytań. Wydawał się spokojny. Wprawił on starego wojaka w lekkie zakłopotanie. Ten nałożył mu na talerz kurczaka na zimno, kilka grubych pajd chleba, posmarowanych równie grubo masłem, oraz polał czerwonego wina, do prostego, drewnianego kielicha. Gdy młodzieniec zjadł, podziękował rzekł do krasnoluda: - Wdzięczny ci jestem za twą pomoc. Jednak ja nie będę nadużywać twej gościny i ruszam dalej w drogę. - Ale.. jeszcze nie wyzdrowiałeś.. pozatym gdzie chcesz ruszać? - Dam sobie radę. - nad drugim pytaniem zadumał i spoważniał - Czy ważny jest cel? Ja go nie posiadam. Jestem wolny....
Akt pierwszy
Samotna postać zastygła, siadając na ogromnym głazie. Wielki księżyc, święcący nader mocno koił duszę wędrowca. Zainteresowało go także dziwne zjawisko, zachodzące na niebie. Oprócz gwiazd, na niebie pojawiły się widoczne przy tak mocnym świetle chmury. Fioletowy oraz różowy blask spływał na podniebnego giganta. To była piękna, spokojna noc, mająca w sobie coś z majestatycznego uroku tych ziem. Po raz pierwszy od wielu dni, lekki uśmieszek zadowolenia pojawił się na twarzy podróżnika. Pobliskie plemiona wierzyły, że w takie noce dzieją się często rzeczy dziwne, ale i wspaniałe. Mniej optymistyczni stwierdzali, że gdzieś przelewana jest krew. Od wędrowca czuć było chłód. Wpatrywał się wciąż w połyskującego giganta niebios, patrona wszystkich ludzi. Nawiedzający go codziennie niepokój zniknął, a jego ciało i dusza znalazły moment ukojenia. Spokojnie, bez koszmarów prześladujących go od wypadku, zasnął. W oddali słychać było wycie wilków. Jeden z nich podszedł blisko młodzieńca, spoglądając na niego przez chwilę - jakby badając wzrokiem, zaglądając w najgłębsze zakamarki myśli i uczuć - położył się koło niego, podtulając ogon. Dumne zwierze, również wpatrywało się w światło, po czym odeszło. Wciąż jednak, tam z góry, czuwało nad śpiącym wędrowcem, u którego wykryło czystą dobroć.
Natura potrafi być tak piękna. Istoty nie potrafią zauważyć jej dostępności, bliskości i uroku. Każde ziarenko piasku, każdy liść z drzewa. Zachwyca nas swoją prostotą. Cóż jest zwyczajniejszego, niż żyć pośród niej. Żywić się jej owocami, korzystać z ziemii, drzew. Nazywać ją domem. Istota jednak nie szanuje i nie kocha swojej matki. Izoluje się. To ona zbudowała mur pomiędzy sobą, a swą matką. Wśród niej czuła się nieswojo. Ostatecznie potraktowała jak wroga i zaczęła niszczyć. Przerażają nas jej ciemne strony. To jest nasz jedyny, prawdziwy dom, od którego wciąż uciekamy. Ale czy zdajemy sobie sprawę, co poczniemy, kiedy jej zabraknie?
Każdy wschód i zachód przynosi coś nowego. Otworzył oczy i uderzył go blask słońca. Odbijał się od śniegu, potęgując swą moc. Wstał i podszedł do krystalicznie czystego źródełka. Ochlapał twarz, oraz zmoczył włosy. Nie było zbyt zimno, nawet zwykle wiejący tu mroźny wiatr dziś odpoczywał. Długie do szyji włosy opadały swobodnie na oczy. Były kruczoczarne. Zielone oczy przypatrywały się parze ptaszków pijących wodę z strumienia. Wędrowiec, mimo spokoju i istnego piękna tej dolinki, nie zamierzał tu dłużej zostać. Rozejrzał się raz jeszcze. Był tego pewien, przedwiośnie nadchodziło. Gdzie niegdzie przez białe zaspy przebijały się delikatne, białe kwiatki. Na drzewach, pokrytych jeszcze szronem wyrastały malutkie, zielone listki. Przy drodze rosła już trawa, a do małego zagłębienia wpadała woda z strumienia. Zamknął oczy.Wraz z powstałym w powietrzu świstem, wędrowiec błyskawicznie wysunął delikatną klingę i zręcznym ruchem, obracając się przeciął w powietrzu strzałę. Strzelająca dziewczyna była w szoku, ale szybko znów wypuściła kolejną strzałę. I tym razem obiekt jej ataku, uniknął go. Zdesperowana, wyjęła zwój i krzyknęła "Varahis maqshaa!". Płonąca kula trafiła w swój cel, ale postaci już tam nie było. Młodzian w powietrzu czuł jej strach. Brązowy płaszcz falował na wietrze. Wylądował tuż przed nią, złapał za bluzkę i podniósł ją do góry z łatwością. - Nieważne czego chcesz, ale wiedz, że Jam jest przeklęty. - powiedział niemal szpetem. - Nn..ie zabijaj mnie.. proszę.. - wyjąkała przerażona dziewczyna. Nie patrzył jej się w oczy. Milczał. - Jestem Karashi.. łuczniczka, poszukiwaczka przygód. - Cóż żem ci uczynił? - rzekł znów cicho. - Za.. zatrudnił mnie Halaris. Bandytów doprowadziło do wściekłości, że zabiłeś im wodza. A ja potrzebuję pieniędzy. Nic nie odpowiedział. Puścił ją i kierował się dalej. - Zaczekaj! Nie interesuje cię to? On chce cię zabić! - Nie. Nie mam zamiaru go zabijać. Nie chcę już wogóle zabijać. Możesz odejść.. poradzę sobie. Dziewczyna nadal klęczała na ziemii i patrzyła jak powoli wędrowiec odchodzi. Zatrzymał się i rzucił jej ostatnie spojrzenie. Była naprawdę piękna. Dawniej na pewno by go zainteresowała. Teraz jest innym człowiekiem. Jednak nie mógł przezwyciężyć…