Akcja · 17 min czytania
Sins'inner: rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sins’inner
„Abadon”
Przy stoliku pod oknem siedziała normalnie wyglądająca para. Dobrze zbudowany wysoki, czarnowłosy mężczyzna ubrany w stare dżinsy i niebieską kurtkę. Naprzeciw niego kobieta. Mała, filigranowa z dużym, szczerym uśmiechem pasującym do jej niebieskich oczu i długich demonicznie czarnych włosów ubarwionych finezyjną grzywką. Mimo trochę ascetycznej urody budziła zaufanie i roztaczała dookoła przyjacielską atmosferę. Mogłaby uchodzić za sztandarowy przykład starszej siostry. Właśnie kończyła jeść frytki, gdy on przemówił. - Dobra, to ja zmykam, mam jeszcze odnieść te zdjęcia temu facetowi – mówiąc to wpatrywał się w jakiś punkt za oknem. - Tylko później wstąp do nas na kolacje, co? Maciuś na pewno będzie szczęśliwy. Na twarzy mężczyzny zawitał uśmiech. - Aha, Krzysiek, jest jeszcze jedna sprawa. Wpadnij jutro z rana na posterunek, mam dla ciebie coś ciekawego – kobieta położyła na stole kartkę z numerkami. Następnie sięgnęła po krótkofalówkę leżącą obok, po czym wstała w poszukiwaniu kosza na śmieci. - Wyrzucę – powiedział patrząc na kartkę. – No a teraz zmykaj, bo zaraz ci się patrol skończy – zaśmiał się głośno. - To do wieczora braciszku – odpowiedziała pani policjant. - Na razie. Gdy Kaśka, siostra siedzącego przy stole, wyszła z restauracji on spojrzał raz jeszcze w odległy punkt za oknem. Burzowe chmury niczego dobrego nie wróżyły. Wcześniejsze plany powoli legły w gruzach. Miał jeszcze zrobić parę zdjęć flirtującej z sąsiadem pani Grach. Ostatecznie powinny wystarczyć te, które zrobił poprzedniego dnia. Po tym jak uprzątnął stolik wyszedł i wsiadł do samochodu. Stary wysłużony Opel spełniał oczekiwania ponad normę. Mało rzucający się w oczy, co dla prywatnego detektywa było niezwykle ważne, szybki i całkiem zwinny. Oraz wcale nie taki duży, choć palił jak smok wawelski. W tych czasach jednak z każdym tak było. Na szczęście ceny paliw ostatnio znowu poszły w dół. W biurze był kilka minut po szesnastej. Jak zawsze leniwie otworzył drzwi, spojrzał na nieoświetlone pomieszczenie i powoli wszedł do środka. Nawyk ten wyrobił po tym jak kilka razy w ciemnościach zastał niezadowolonych z wyników jego pracy mężów, bądź kochanków. Rzucił marynarkę na stojącą pod wschodnią ścianą sofę i sięgnął do barku. Gdy otworzył butelkę z najlepszą whiskey, przeklął głośno załamując dłonie. Ciągle zapominał, że od trzech dni owy trunek jest na wyczerpaniu. Skleroza nie boli – pomyślał jak zawsze w takich momentach. Zapisał sobie jednocześnie, by następnym razem jak będzie na mieście zajść do jakiegoś monopolowego. W końcu, co to za prywatny detektyw bez butelki whiskey. Nalał sobie wody mineralnej do szklanki, wrzucił dwie kostki lodu i podszedł do okna. Powoli odsłonił żaluzje i wpuścił trochę słońca do środka. Niewiele, byle tylko nie było ciemno. Następnie usiadł zamyślony na krześle. Burzowe chmury jakby starały się ominąć miasto, więc może jednak tej eskapady nie będzie musiał odkładać. Nagle ktoś zapukał. Po plecach detektywa przeszły ciarki. Niby zwykłe pukanie, a jednak coś było w nim tak tajemniczego, że przez chwile zastanowił się czy odpowiedzieć. - Proszę – wreszcie przemógł swój strach. Drzwi uchyliły się delikatnie, lekko skrzypiąc. Dopiero po chwili, pchnięte jakby niewidzialną dłonią otworzone zostały na oścież. One nigdy nie skrzypiały – pomyślał Krzysiek, co jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że jakaś dziwna sprawa ma miejsce. Na korytarzu nagle pojawił się dziwny jegomość. Dżentelmen z prawdziwą klasą. Ubrany w surdut z wykwintnego materiału, co było już widać z daleka. Szyje miał opatuloną białym szalem. Głowę zdobił niewysoki błyszczący, czarny cylinder. Laseczka w dłoni, z główka śpiącego węża wykonaną ze złota, jako pierwsza przekroczyła próg biura. Chwile potem tajemniczy mężczyzna wszedł do środka. Jego kroki były niezwykle donośne, choć na podłodze był dosyć gruby, perski dywan. Dopiero gdy stanął tuż przed biurkiem Krzysiek spostrzegł jego twarz. Młoda, choć doświadczona przez czas. Wykrzywiona w dziwnym grymasie, nie przypominającym ani uśmiechu, ani smutku. Gdyby detektyw musiał to nazwać, powiedziałby zapewne – obłęd. Właściciel biura szybko jednak oprzytomniał. Nie z takimi „opryszkami” miał do czynienia. Natychmiast wstał i wskazał krzesło. - Proszę usiąść, ja zamknę drzwi. - Nie trzeba – odrzekł tajemniczy jegomość. Krzysiek z zaskoczeniem zauważył, że te są już zamknięte. Usilnie próbował sobie przypomnieć, kiedy mężczyzn zdołał to zrobić, ale nie potrafił. Przełknął ślinę, po czym usiadł. - Może coś do picia? Niestety alkohole się skończyły i mam tylko wodę mineralną. - Nie trzeba. Nie przybyłem na długo – dżentelmen spojrzał na zegarek – za chwile mam ważne spotkanie. - Więc nie owijajmy w bawełnę. Proszę do rzeczy – zaproponował. - Z przyjemnością. Przybyłem się przywitać i przedstawić. Oraz, że tak ujmę, zasiać ziarno. - Słucham uważnie. Tajemniczy mężczyzna ściągnął biała rękawiczkę, w którą opatuloną miał dłoń a następnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Powolutku wyciągnął niewielki kawałek papieru i położył go na stole. Była to ewidentnie wizytówka. Krzysiek sięgnął po nią a następnie ułożył przed oczyma. - Nazywam się Heilel Ben-Shachar dla znajomych Lucyfer, Król Piekła.
- To jakiś żart? – Krzysiek spojrzał podejrzliwie na rozmówcę. – Sądzi pan, że uwierzę w te brednie! – Powiedział podniesionym tonem, po czym rzucił wizytówkę na stół. Gdy ta dotknęła blatu, nagle w powietrze prysła krew. Miejsce dookoła sztywnej kartki całkowicie zostało zalane przez tą czerwoną posokę, tak nieskazitelnie czystą i przejrzystą iż wyglądała jak najdoskonalszy rubin. - To nie żart, panie Wiec. To najprawdziwsza prawda – odpowiedział ze spokojem władca ciemności. – Na twoje szczęście byłem gotów na taką odpowiedź, dlatego tylko przybyłem się przywitać. Gdy zrozumiesz wreszcie, że to, co mówiłem jest prawdą, zadzwoń na numer z wizytówki. Będę czekał… ale nie za długo.
Krzysiek nie pamiętał co było, po tym jak, facet który uważał siebie za władcę piekieł skończył mówić. Wszystko było spowite dziwną mgłą, przez którą nie mógł nic dostrzec. Oszołomiony siedział w fotelu patrząc na szklankę wypełnioną do połowy wodą. - Co to do cholery było? – zapytał głośno. Nie miał w nawyku rozmawiać sam z sobą, ale to była sytuacja wyjątkowa. - Kim on był? Spojrzał nieśmiało na zakrwawioną wizytówkę. Wciąż jednak nie potrafił dojść do siebie. Wtem woda w szklance zaczęła drgać. Położył dłoń na biurku, lecz nic nie poczuł. Dopiero kiedy ją cofnął wstrząsało pokojem. Z półek pospadały dyplomy i zdjęcia. Krzysiek natychmiast wstał i podbiegł do barku chcąc powstrzymać butelki przed rozbiciem. Nie zdążył jednak, całe szkło rozprysło się na drobne kawałki. Pan detektyw położył dłonie na głowie niedowierzając w to co widzi. Nie mieszkał przecież na terenie sejsmicznym, skąd więc te wstrząsy. Wtem coś zaskrzypiało. Drzwi. Gdy odwrócił głowę było już za późno. Wielka czerwona bestia ciągnęła go w otchłań piekielną. Ból i cierpienie było nie do opisania. Samotność i smutek nieskończony. Gorąco, sucho i wilgotno, a zarazem zimno. Wnętrzności same wypływały, natychmiast jednak odrastały.
Obudził się cały spocony. O dziwo leżał na swoim łóżku. Wyjrzał przez okno i ujrzał to co zwykle. Wielką reklamę nowych linii lotniczych. Czerwona Jaskółka, pierwszy wielki samolot pasażerski jaki uniósł swoje masywne ciało w powietrze i przeleciał Atlantyk, kusił swoimi luksusami. Setka ludzi na pokładzie i wszyscy uśmiechnięci i uradowani wygodami. Cud techniki. Krzysiek przetarł czoło dłonią, którą następnie wytarł o poduszkę. Choć łóżko było zwykłe, czuł jakby był na wodnym. Koszmar, z którego się obudził, był najstraszliwszym jaki miał w życiu. Przeżył prawdziwe piekło a sama myśl o tym powodowała w nim paniczny strach. Wstał niepewnie, świat wciąż wirował, a następnie poszedł wolnym krokiem do kuchni. Przechodząc przez pokój zerknął na aparat telefoniczny. Ku jego zdziwieniu lampka oznaczająca, iż ktoś próbował się do niego dodzwonić była zapalona. Postanowił, że jak tylko zje śniadanie