Akcja · 17 min czytania
Sins'inner: rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sins’inner
„Badariel”
Numer był, prawie że, do przewidzenia: 555-667. Zaledwie o krok od szatańskiej liczby trzech szóstek. Łatwo wpadał w ucho i trudno było o nim zapomnieć. Krzysztof wykręcił go bez zawahania, czy też nawet najmniejszego oporu. Po trwającym trochę sygnale dzwonienia ktoś wreszcie podniósł słuchawkę. - Letnia rezydencja Lucyfera, Władcy Piekieł. W czym mogę pomóc? - Letnia rezydencja? – zapytał zaskoczony. - Po głosie wnioskując, pan Wiec? Spodziewaliśmy się pana. Proszę poczekać, łącze z właścicielem. W tym momencie do uszu detektywa doszła piękna melodia wyśpiewywana przez chórek. Wręcz anielska. Delikatne pomrukiwania, salwy bębnów, strumienie zgranych akompaniamentów. Istnie niebiańska rapsodia. - Kristof! – krzyknął ktoś nagle. - Hm? – to wszystko, co z siebie zdołał wydusić dzwoniący. - Z tej strony Lucyfer. Świetnie, że zadzwoniłeś. Czekaj tylko rozłączę się na innym telefonie. Władca piekieł odłożył słuchawkę. Mimo to Krzysiek słyszał go dość wyraźnie. - Słuchaj – Lucyfer przemówił donośnym głosem, godnym demona zła – ta relacja ma się ukazać choćby nie wiem co! Nie obchodzą mnie konsekwencje. Najwyżej ci z rady się będą trochę czepiać. Tak wiem, ale mam parę haków na nich. O i niech Ojciec Dyrektor przypomni mu, z kim ma do czynienia, bo najwyraźniej zapomniał. Zakończył rozmowę dudniącym westchnięciem. Następnie podniósł słuchawkę, gdzie po drugiej stronie był detektyw i z radością w głosie zaczął: - Już jestem wolny. Zaraz do ciebie przybędę. Mężczyzna chciał oponować, ale nie zdążył. Usłyszał charakterystyczny sygnał końca rozmowy a w pokoju, którym się znajdował, pojawił się na podłodze dym. Sekundę później przez drzwi przeszedł „On”. - Już jestem – rzekł poprawiając okulary przeciwsłoneczne. Ubrany w hawajską koszulkę i bermudy wyglądał niczym tandetny hipis z reklamy mydła. Opalona na brąz skóra mogła być efektem przebywania na słońcu, ale detektyw miał wrażenie, że to może jednak ognie piekielne zostawiają taki ładny odcień. Złoty zegarek na lewym nadgarstku błyszczał niczym byłby w całości wykonany z diamentów. Zgrozę budziły sandały ubrane na białe skarpetki, ale co kraj to obyczaj, a w tym wypadku, co piekło… - Wybacz, że to tyle trwało, ale wiesz jak to teraz jest… Wakacje, ludzie maja urlopy, każdy wyrabia ponad normę. - Domyślam się. - Tak, więc zacznijmy naszą rozmowę. – Lucyfer usadowił się w wygodnie na sofie. – Skoro już zgodziłeś się przyjąć moje warunki… - Hola! Na nic się jeszcze nie zgodziłem. - O contre drogi panie. W momencie, w którym zadzwoniłeś, zgodziłeś się. – Głos, którym zostało to powiedziane mówił wszystko. Mocny, pewny, dobitny. Nie dawał złudzeń. – Chyba, że wolisz piekielną otchłań? Krzysztof przełknął głośno ślinę – nic innego nie był w stanie zrobić. Presje, którą wywarł diabeł, ciężko było pobić. - Słuchaj, więc uważnie, co mam ci do powiedzenia, bo od teraz to twoje nowe zadanie.
Powierzę ci nie byle jaką role, o nie. Oczywiście nie myśl, że jesteś niezastąpiony, bo znalazłbym wielu na twoje miejsce, lecz wybrałem ciebie z pewnych powodów. Jakich, domyślisz się z czasem. Za wykonaną robotę nie dostaniesz żadnej nagrody. Jedynie ocalisz się przed potępieniem, choć można to nazwać w pewnym sensie nagrodą. Nawalisz, lądujesz w kociołku pełnym smoły, ogni i ruskich. Zadanie nie należy również do najłatwiejszych, ale wierze w ciebie. Otóż, musisz znaleźć trzynaście mieczy. Nie zwykłych, o nie! Boskich! Trzynaście boskich mieczy. Każdy z nich znajduje się na ziemi. Jest pod opieką różnych osób. Czemu sam sobie ich nie wezmę, o ja wielki pan piekła? Nie mogę. Zebrać je może tylko człowiek z krwi i kości. Tu właśnie pojawiasz się ty. Nie myśl sobie jednak, że pozostawię cię na pastwę losu. Jestem demonem zła, a nie chamem przebrzydłym. Dostaniesz do pomocy jednego z moich żołnierzy. Będzie cię chronił i pilnował przy okazji. Aby mieć stały kontakt ze mną dostaniesz telefon komórkowy. Do tego dorzucę trochę gotówki… dziesięć tysięcy powinno wystarczyć. Abyś nie musiał latać zbyt często po pieniążki, otrzymasz również kartę kredytową. Mój wizerunek mam nadzieje nie będzie ci przeszkadzał.
Jeszcze przez jakiś okres detektyw nie mógł pozbierać się do kupy. Patrzył tylko dziwnie na Lucyfera od czasu do czasu zerkając na biurko gdzie pojawiły się wspomniane przedmioty. Komórka – szczyt techniki, słyszał wiele o niej i widział u kilku biznesmenów, sam się jednak nigdy nie dorobił. Gotówka – małe nominały, duże, wszystko ładnie ułożone w kupkę. Karta – czarna z połyskiem i wizerunkiem pentagramu. Numer składał się z sześciu szóstek. Jak w mordę strzelił piekielna – pomyślał Krzysiek. - To jak? – zapytał demon, z wyczuwalną nutką retoryczności. - A jak ma być? – Wreszcie zdołał wydusić z siebie jakieś słowa. – Chyba nie mam innego wyjścia? - A owszem, owszem. – Lucyfer zaśmiał się, po czym wyciągnął niewielką mapę i wskazał na punkt centralny. – Twój następny przystanek to Wawa. Tam spotkasz mojego sługę, który ci wszystko wytłumaczy. Aha i zanim odejdę – powiedział wstając z sofy – dzwoń do mnie raz dziennie. Chce być na bieżąco z postępami akcji. - Czekaj… - Jak mówiłem. Resztę wytłumaczy Jar. Jednej z moich żołnierzy. A teraz do zobaczenia.
Patrząc na zbliżające się ogromne budynki, świadczące o tym, że stolica jest już tuz tuż, zastanawiał się jak wplątał się w tą intrygę. Nie był świętym, ale żeby zaraz Lucyfer? Całą drogę rozmyślał o tym, co takiego zrobił, iż przybył do niego sam Władca Piekła. Nie zabił nikogo. Nie zgwałcił. Nie oszukał. Fakt, znęcał się psychicznie nad Tobiaszem, okolicznym sprzedawcą kebabu, ale wszyscy tak robili. Czasem lubił sobie mocniej chlupnąć, tak by na kolanach wracać do domu, ale to było oznaką patriotyzmu. A może donoszenia o grzechach innych było grzechem – nic takiego jednak nie przypominał sobie, a niegdyś chadzał do kościoła regularnie. Rozważając swoją sytuację, doszedł do prostego stwierdzenia. Bóg istnieje. W końcu jeśli mamy Lucyfera, to i Pan gdzieś tam musi siedzieć. Mijając rogatki i wielki baner oznajmiający, iż wjechał właśnie do, mającej ponad dwa tysiące lat historii, stolicy wpadł na pewną szaleńcza idee. Mimo, iż siedział w autobusie, i był otoczony obcymi ludźmi, zaczął się modlić. Klepał z pamięci formułki, nauczone przy pierwszej komunii. Może Bóg wybawi go z tej sytuacji? Miły kobiecy głos oznajmiający, że na peron trzeci wjedzie zaraz autobus do Godyni wyrwał go z transu. Spikerka napomniała jeszcze, aby odsunąć się od białej linii i przygotować bilety do kontroli. A ci z miesięcznymi mieli też wyciągnąć ważny dowód tożsamości. Cholera – pomyślał Krzysiek spoglądając na dworzec centralny. Parszywy – według niego – budynek wyglądał tak jak zawsze. A przynajmniej tak jak go zapamiętał. Spodziewał się, że w tym mieście nic się nie zmieniło od jego ostatniej wizyty. Szare, brudne i do cholery nie podobne. Bezdomni śpiący w poczekalni, paru niepełnosprawnych przy wyjściach błagało o drobne, oraz całkiem nowy nabytek, grupka licealistek ubrana w wyzywający sposób. Kiedy wyjeżdżał trzy lata temu, były dwie, trochę dalej, przy peronach, teraz jest już ich cała chmara i do tego nawet nie próbują się kryć. Młodociane świadczące usługi seksualne. Stanął przed drzwiami zastanawiając się, co teraz zrobić. Lucyfer kazał mu przyjechać, więc jest. Tylko, co teraz? Rozejrzał się w typowy detektywistyczny sposób – dyskretnie z ostrożnością. Nikt go nie śledził, nikt nie obserwował, mało kto nawet zwracał na niego uwagę. - Ech, to nie ma sensu – rzekł po cichu, choć starał się ograniczać głośne monologi z samym sobą, to tym razem nie mógł się powstrzymać. - Pan Wiec. – Przed Krzyśkiem, niczym spod ziemi wyrosła kobieta. - Tak, to ja. A o co chodzi? – zapytał niepewnie. Czy to miał być żołnierz Pana Piekieł? - Źle czynisz służąc Lucyferowi – powiedziała ni z tego ni z owego. Krzysiek spojrzał na nią zaskoczony. – Zobaczysz, nie uda Ci się zdobyć wszystkich mieczy. Ty i twój pan, jesteście na straconej pozycji. - Przepraszam panią, ale ja pani nie znam. - Zostałeś naznaczony przez piekło. Tym samym przegrałeś. Ani my Strażnicy ani Konstruktorzy nie pozwolimy wam wygrać tej wojny. Czuj się ostrzeżony detektywie. - Co to znaczy „my Strażnicy”? Kim są Strażnicy? O czym ty mówisz? - Żegnaj – kobieta rzekła chłodno i odwróciła się. Wiec chciał ją zatrzymać i wypytać jeszcze o kilka rzeczy, ale poczuł na plecach chłodny wiatr. Miał wrażenie jakby obserwowała go straszliwa istota. Nim się