akcja · 1 godz. 41 min czytania
Skądinąd i zewsząd...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
*** Weszła pielęgniarka i kazała pójść za sobą. Zwlokłem się z łoża boleści o własnych siłach. Szła przodem. Ja za nią jak cień. Słońce grzało od wschodu i mój cień kołysał się na ścianie. Pacjenci chodzili tam i z powrotem. Bez celu. W sobie tylko znanym celu. W tym chodzeniu było coś strasznego. Jakby szukali czegoś. Jak gdyby szukali miejsca, portu przeznaczenia, byli w drodze. Bo może byli, nie wiem. Ja byłem. Oto w połowie podróży przez ten biedny wciąż kraj trafiłem tutaj i idę za przedstawicielką średniego personelu, jak sługa. Upokorzenie jest moim chlebem. Prawie ukończony doktorat. A ta mi będzie rozkazywać. No nie. Ale szedłem, bo zawsze słuchałem starszych, mądrzejszych i nigdy się nie buntowałem. Może czas na to, nie wiem. Skręciliśmy w prawo, wolne krzesła były w jadalni. - Zaraz ktoś Pana odwiedzi - powiedziała tylko i poprosiła, żebym tutaj grzecznie poczekał. Właśnie tak rzekła: “grzecznie”. Jasne, że poczekam. Mnie się nigdzie nie spieszy, tu jest tak fajnie, telewizor pokazuje najnowsze afery finansowe, w tle gra muzyka z radia i grają w ping-ponga dwaj pacjenci w lepszej formie. Zostawiła mnie i wyszła, zamykając delikatnie drzwi. Zapadła głucha cisza, przerywana tylko szumem z radia i monotonnym stukotem odbijanej od zielonego stołu piłeczki. *** Chwilę po wyjściu pielęgniarki siedziałem sam przy stoliku, gdzie mnie zostawiła, a w telewizji nadawano "Teleekspres", pacjenci nadal stukali w piłeczkę, a radio nadawało "Fly with me to Malibu" z lat 70tych. Nie wiedziałem, po co mnie tu przyprowadziła, więc czekałem. Jak zwykle nieco się nudziłem, podobno to cecha ludzi zdolnych. Nie czułem się jednak ani wybitny, ani nawet zdolny - przeciwnie jestem pewien, że sam nic nie potrafię ani bez pomocy ludzi, ani bez pomocy Opatrzności. Kiedy dopada mnie napad padaczkowy, staję się zombie. Leżę bezradnie na łóżku i błagam Boga o sen, albo najlepiej śmierć. Bodźce docierają nie tak, jak normalnie, ale wszystkie naraz, ze wszystkich stron, zewsząd i uciskają straszliwie. Potem, kiedy ten stan zwierzęcej, przedludzkiej świadomości mija, znowu jestem człowiekiem, ale już wiedzącym, że sam o własnych siłach niewiele potrafię. I że jest jakiś przełącznik w środku: przekręcasz kontakt i gaśnie światło, pyk i znowu świeci. Tak tedy siedząc przy stole, nudziłem się srogo. I wtedy usłyszałem najpierw kroki od strony korytarza, a potem uchylanie drzwi. Postać, która weszła, był to około 50-letni mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem i drugi mężczyzna, ale starszy. Obydwaj byli dziwnie ubrani, jak na tę porę roku - w lekkich płaszczach, które zdjęli i powiesili na wieszaku, a wtedy zobaczyłem, że są ubrani w drogie marynarki i bardzo drogie buty. Wstałem, bo patrzyli w moją stronę i wtedy podeszli, wyciągając dłonie na przywitanie. - Pan Sulikowski, Rafał Sulikowski? - bardziej stwierdził niż spytał młodszy, a ja potwierdziłem skinieniem głowy. Nagle wszystkie słowa odeszły i staliśmy kilka sekund w lekkiej konsternacji, po czym odezwał się ponownie: - Przybyliśmy tu do pana, specjalnie do Pana - podkreślił i ruchem ręki dał znać, żebym usiadł, po czym obydwaj zajęli miejsca przy stoliku. Obydwaj mieli ze sobą ciemne aktówki, które otworzyli i wyjęli jakieś dokumenty, a aktówki postawili na podłodze z płytek kuchennych. - Bardzo nam miło Pana poznać. Jesteśmy medykami z Warszawy. Doktor Żuławski i ja chcielibyśmy zadać Panu kilka pytań, a potem przedstawić pewną propozycję - mówił tonem dość ciepłym, trochę jak do nastolatka. - Oczywiście, proszę pytać - powiedziałem, a wtedy odezwał się ów starszy mężczyzna. *** - Przybyliśmy do pana z Warszawy, jak wspomniał kolega. Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań. Potem mamy dla pana kilka propozycji, zależnie od udzielonych nam teraz odpowiedzi - zaczął starszy mężczyzna, który się nie przedstawił. - W porzo. Walcie z pytaniami! - rzekłem, a potem ugryzłem się w język, lecz było za późno. Słowa poszły w eter. - W porządku. - kontynuował, jak gdyby nigdy nic starszy z przybyszów. - Najpierw chcemy sprawdzić, jak Pan jest zorientowany. Czy wie Pan, jaka jest dziś data i gdzie się Pan znajduje? - spytał miękkim głosem, a potem życzliwie pochylił ku mnie. - Wiem. Mam diagnozę przewlekłej psychozy, leczę się od 2000 roku, czyli od siedmiu lat. A teraz boli mnie tylko głowa - mój głos był nieco bezbarwny, niby z głębokiej studni, zdradzając spłycenie afektu i emocjonalne zblednięcie, o czym znałem z książek. - Zgadza się - inicjatywę przejął Żuławski, a starszy zaczął coś notować. - Podobno przejechał pan sam samochodem przez pół Polski w stanie ostrej psychozy? Czy to prawda? - Jak najświętsza. Ale nikogo nie puknąłem. Musiałem się tylko przespać w zajeździe pod Poznaniem. Rano chciałem jechać dalej o 6, ale drzwi jeszcze główne były zamknięte. Zostawiłem dowód osobisty w recepcji i wyszedłem przez okno z pokoju. Dosiadłem swego malucha i pognałem dalej na północ. Resztę zapisano w karcie przyjęć - opowiadałem specjalnie beztrosko, na luzie, lecz obydwaj mężczyźni słuchali nadzwyczaj uważnie i wszystko stenografowali jakimś swoim systemem notatek. - Wiemy. Karetka przywiozła Pana na ostry dyżur prosto spod kościoła ojców dominikanów z ulicy Kościuszki, gdzie wcześniej dostał pan śniadanie. Potem przywieziono pana tu. Ale ważne jest nie to, co pan mówił tutaj wcześniej. Ważne jest to, czego Pan jeszcze nikomu tu nie powiedział, a co wiemy z innych źródeł. Dlatego prosimy Pana o szczerość i zaufanie. Chcemy nie tylko panu pomóc. Ma pan okazję, żeby pomóc nam i podobnym sobie. I nie tylko....- zawiesił lekko głos Żuławski i w jego wzroku dostrzegłem miękkość i niemą prośbę. - Wiemy, że podobno zdołał pan przejechać ostatnie sto kilometrów na prawie pustym baku. A wcześniej w jakiś sposób pokonał pan ponad czterysta kilometrów trasy w...w trzy minuty. Nikomu pan tego tu nie opowiadał, bo obawiał się, że pana uznają za wariata i wlepią haloperidol. Pisał pan o tym tylko w sieci pod pseudonimem, ale my wiemy, że to Pana historia. Niech pan się nie boi. My Panu wierzymy… *** Przez moment przy stoliku w jadalni szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Kościanie, gdzie siedzieliśmy, panowała pełna oczekiwania cisza. Zdawało się, jakby tylko stukot piłeczki ping-pongowej odbijał się od ścian, w których nadal ukryte były mikrofony i które to ściany widziały już wiele. Zaskoczenie, w jakie wpędzili mnie przybysze ze stolicy sprawiło, że zapomniałem nagle język polski i odezwałem się po angielsku. - Ok - mój głos był lekko przytłumiony. Tak to prawda. Kiedy wyruszałem z tego nawiedzonego zajazdu w Sobótce, gdzie otrzymałem nocleg za ostatnie 60 złotych, paliwa miałem najwyżej na dwadzieścia kilometrów. - Ile jest kilometrów z owego zajazdu na ulicę Kościuszki, gdzie pan ostatecznie zaparkował pod bankiem PeKaO? - spytał starszy przybysz. - Około sto - powiedziałem i umilkłem. - No, dobrze, a nie tankował pan po drodze - dopytywał młodszy. - Nie, bo ostatnie pieniądze zostawiłem w motelu - mówiłem, starając się jednocześnie pojąć, jak mówić, aby było, jak należy. - Wieczorem, po trasie byłem wykończony i szukałem noclegu. Początkowo zamierzałem dojechać prosto do celu, czyli do stryjka do Szczecina, ale nie przewidziałem, że podróż mnie wykończy. - Czy pamięta pan całą trasę? - Nie, właśnie nie bardzo wiem, w jaki sposób przejechałem te kilkaset kilometrów. - Czy pamięta pan skąd pan wyruszył? Z Krakowa? - dociskał młodszy, a starszy przeglądał jakiś dokument i jednocześnie notował. - Nie, chyba nie. Przed podróżą dużo jeździłem po Małopolsce, pamiętam jakąś pizzerię o nazwie “Kontakt”... - Tak się nazywała? - Tak, dlatego zapamiętałem. - Gdzie jeszcze pan jeździł? Proszę przypomnieć sobie przynajmniej najważniejsze miejsca - nalegał Żuławski, przybysz z pieprzonej Warszawki. - Wiem, że na pewno pojechałem do Wieliczki, kierując się na wschód, ale potem skierowałem się dalej na wschód, szukając pałacu, w którym byłem z ojcem jako dziecko. Potem pamiętam już niewiele…- zawahałem się, ale rzeczywiście moja pamięć była otamowana. - Dobrze, a jak pan trafił pod kościół ojców dominikanów z trasy z południa, nie znając w ogóle miasta? Proszę sobie przypomnieć, ile pan zdoła - prosił bardziej niż pytał Żuławski, co mnie nieco dziwiło. - Niestety, ostatnie moje wspomnienie to jakieś osiedle, wiem, że były to na pewno trzy dziesięciopiętrowe wieżowce, pomalowane chyba na coś jak skrzyżowanie różu i pomarańczy, gdzie wjechałem z głównej trasy…- urwałem, bo wtrącił się starszy, mówiąc do młodszego: - To mogła być w takim razie trasa nr 11 - po czym dodał: - Proszę mówić dalej. - No, więc na pewno skręciłem w prawo, był jakiś zjazd, taki typowy, z estakady, potem wjechałem na osiedle. - I tam pan po raz pierwszy telefonował na numer alarmowy 112, czy tak? - Tak, nagle poczułem się bardzo źle, przez chwilę myślałem, że zemdleję, miałem wysoki puls, więc zadzwoniłem. - Ale nie wiedział pan, jak nazywa się to osiedle, więc pogotowie nie wiedziało, dokąd podjechać - uzupełniał Żuławski, patrząc w dokumenty. - Właśnie tak. Tłumaczyłem tylko, że jestem na jakimś osiedlu, że stoją wysokie bloki i nie wiem, gdzie jestem. - Nie miał pan planu miasta, ani mapy Polski, nie mówiąc o GPS - dodał starszy. - Tak, jechałem kierując się wyłącznie znakami drogowymi i intuicją. - Co było dalej? - Niewiele już potem pamiętam. Zdenerwowałem się bardzo, kiedy pogotowie nie mogło przyjechać i pojechałem dalej. - Zatrzymał się pan na stacji benzynowej. - Tak, ale nie wiem, której. - Nie wie Pan, jak się nazywała? Orlen, Shell, Lotos? - Nie, wiem, że miała żótłe logo i nic poza tym. - Chciał pan zatankować paliwo… - zaczął Żuławski i urwał, a ja z trudem wydusiłem: - Tak, w baku było pusto, przez chwilę chciałem zatankować i odjechać. - Nie płacąc? - Tak. - Ale ostatecznie wystraszył się pan i zrezygnował z tankowania. - Tak jest, ruszyłem po chwili dalej, kupiłem tylko puszkę coli, był straszy upał. - I co dalej? Pamięta pan, jak dostał się ze stacji pod klasztor? - Nie, nie pamiętam. Wiem, że pytałem przechodniów o drogę, dziwnie się patrzyli, coś tłumaczyli, ale nic nie rozumiałem. I po drodze widziałem jakąś stłuczkę, to było w jakimś parku, dość dużym… - zamilkłem, bo mimo wysiłków to było wszystko. - W każdym razie dotarł pan bezpiecznie pod kościół. - Tak, i po śniadaniu próbowałem wypłacić pieniądze z bankomatu, które próbował przelać mi ojciec. Ale pieniądze nie doszły. A może bankomat był zepsuty. - I wtedy zadzwonił pan po raz drugi na 112 - bardziej stwierdził niż spytał Żuławski, odkładając dokumenty. - Tak. Powiedziałem, że stoję koło dominikanów i że mam schizofrenię i bardzo niedobrze się czuję. Przyjechali w kilka minut… *** Moment trwało spokojne, pełne milczenie, podczas którego Żuławski coś szepnął do towarzysza, ten wyjął z aktówki jakiś papier i mu wręczył, po czym zwrócił się z pytaniem, czy rozmowa nie sprawia mi cierpienia. Kiedy odpowiedziałem, że nie, doktor kontynuował. - Tak, karetka przyjechała w parę minut, pan wsiadł i zawieziono go na ostry dyżur. Proszę powiedzieć, jak pan się czuł, gdy jechał w karetce? - O wiele lepiej niż na ulicy. - Czyli niepokój się zmniejszył? - Zmierzono mi ciśnienie, podano jakiś zastrzyk...nie pamiętam szczegółów. - Dobrze, dalej już pan sporo mówił podczas rozmowy na izbie przyjęć 19 czerwca rano. Teraz chcielibyśmy...chcielibyśmy dowiedzieć się nieco więcej o tym, co wydarzyło się, zanim pan wsiadł w samochód i udał się w kierunku Szczecina. Z pana relacji jak dotąd niewiele wiemy o chwilach bezpośrednio sprzed wyjazdu. Zostawimy pana na chwilę tutaj. Proszę przypomnieć sobie jak najdrobniejsze detale, a dlaczego o to prosimy, powiemy panu później. Żuławski zebrał ze stołu papiery i razem z nieznajomym równocześnie wstali. - Musimy teraz załatwić jedną ważną sprawę z ordynatorem. Proszę tutaj poczekać. Będziemy za jakieś piętnaście minut. Zostałem sam ze swoimi wspomnieniami. Coś mi się nie zgadzało. Czułem bardziej niż byłem świadomy, że coś tutaj w tym wszystkim się nie zgadza. I że może obydwaj przybyli pomogą mi to ustalić… ***
Minęło kilkanaście minut, które liczyły się tak, ile ich w godzinie, a godzin w wieczności. Wrócili. Usiedli. Znowu aktówki wylądowały koło stolika, a papiery na stoliku. Piłeczka nadal skakała rytmicznie po zielonej, twardej łące. Wtedy odezwał się Żuławski. - Co pan pamięta z czasu sprzed wyjazdu na północ? - Kiedy panowie byli u ordynatora, przypomniałem sobie, że z pizerri... - tej, która nazywała się "kontakt"? - wtrącił starszy. - Właśnie, więc z tej pizzerii, gdzie zaczepiło mnie kilku młodych, a ja zrobiłem tam im straszną awanturę, odjechałem na wschód, chyba drogą na Bochnię, potem Brzesko i dojechałem do Łańcuta. - Dlaczego tam? - Nie wiem. - Co było dalej? - Pamiętam tylko, że otoczyła mnie jakaś mgła...na drodze nie było żadnych aut...wiem, że jechałem w gęstej jak cukrowa wata mgle...po pewnym czasie straciłem orientację, gdzie jestem i dokąd jadę, więc nieco zwolniłem...zobaczyłem, że jestem w jakimś lesie, jechałem dalej. Po chwili las się skończył i ustąpiła też mgła. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Jechałem dalej, ale zauważyłem, że zegar na tablicy rozdzielczej się zatrzymał na 12.03, a jeszcze trzy minuty wcześniej chodził. Kiedy popatrzyłem na swój zegarek, który noszę zawsze ze sobą, ze wskazówkami, zobaczyłem, że pokazywał godzinę 16.19, co wydało mi się dziwne. Potem dotarłem do jakiegoś znaku informacyjnego. Było na nim napisane "Opole 8 km". Byłem przerażony, więc zatrzymałem się w przydrożnej knajpie, gdzie poprosiłem o colę. Spytałem, która jest godzina i jak się nazywa miejscowość. Była 12.03 w południe...potem nie pamiętam... - Ile jest kilometrów z Łańcuta do Opola? - zapytał rzeczowo Żuławski. - Około 280. - Ile musiałby pana jechać swoim samochodem, aby pokonać taką odległość? - Około 4.5 godziny. - A czy pamięta pan, o której wyjechał pan z Łańcuta? - Tak. Była 11.59, najwyżej 12... Przy stoliku zapadła głucha, straszna cisza. Słuchać było tylko stukot ping-ponga i miarowe tykanie wiszącego nad telewizorem ściennego zegara... *** Podczas, gdy trwało milczenie, pełne ukrytych znaczeń, zielony stół nadal wydawał miarowy stukot, a zegar wskazywał wciąż tę samą godzinę. Czas stanął. Siedzieliśmy wszyscy w milczeniu, którego nic nie mąciło. Nawet stukanie piłeczki dochodziło teraz jakby zza szyby albo zza mgły, co paradoksalnie pomagało w nadaniu tym chwilom czegoś nieokreślonego. - Zatem…- próbował zacząć Żuławski, ale nie mógł, więc podjął młodszy: - Zatem ok. godziny 11.59 przy przytomnym umyśle, zakładam też, że trzeźwym, ale skądinąd wiemy, że Pan nie pije w ogóle, był pan blisko Łańcuta. W trzy minuty później, kiedy jeden z zegarków wskazywał 12.03, był pan blisko znaku drogowego “Opole 8 km”, a oba miejsca dzieli przestrzeń około 280 kilometrów. Co jeszcze pan pamięta bezpośrednio sprzed południa i bezpośrednio po tym, jak dowiedział się, gdzie się znajduje? - Niewiele. Był las, słońce przykryły dziwnego kształtu chmury, wokół nagle zamgliło się szarą mgłą, miała jakby lekkie, srebrzyste prześwity. Jechałem wolno. Kiedy ostatni raz mijałem znak miejscowości Łańcut, spojrzałem na zegarek, wybijało południe, włączyłem jak zwykle o pełnej godzinie radio, żeby posłuchać wiadomości. Wokół o tej porze nie było żadnych aut, ani pieszych. Gdzieś w oddali widziałem chmury gradowe na horyzoncie. Szły w moim kierunku. Kiedy minąłem znak, radio zaczęło szwankować, więc je wyłączyłem. Potem zapadł półmrok lasu. Kiedy wyjechałem, niby z tunelu, po drugiej stronie było pochmurno, więc nie widziałem słońca. Niedługo potem zobaczyłem ów znak “Opole 8 km”. - Pamięta pan te miejsca? Dałby radę pan je wskazać w razie potrzeby? - Tak, o ile znaki drogowe są nadal tam, gdzie były. Żuławski odzyskał tymczasem mowę. Przestał wertować notes i zamknął go, a potem zwracając się bardziej do towarzysza niż do mnie, powiedział, że “już czas na nas”. Początkowo nie rozumiałem, o kogo chodzi, sądząc, że mówi o nich. Tymczasem Żuławski nie pytając o zgodę, tonem rzeczowym powiedział: - To chwilowo by było tyle. Teraz do wieczora ma pan wolne. Proszę spakować swoje rzeczy i starać sobie przypomnieć, jak najwięcej. Wieczorem przyjedzie po pana nieoznakowany radiowóz. Kierowca będzie czekał na parkingu. Kiedy poda pan hasło: “Skądinąd”, on odpowie: “I zewsząd”, a wtedy wsiądzie do środka. Ordynator już wie, podobnie jak pana lekarz. Natomiast nie mówić proszę ani żadnemu pacjentowi, ani pielęgniarkom. Wyjdzie pan na znak przesłany przez sms. Oddział będzie wtedy w jadalnym na kolacji. Salowe pana wypuszczą tylnymi drzwiami na ogród, stamtąd podejdzie pan na parking obok starego basenu. Kiedy skończył, znowu zapadła cisza, jednak tym razem inna. W oddali grzmiało. Pierwsze przebłyski i ciężkie, czerwcowe krople zaczęły uderzać o ziemię. Obydwaj mężczyźni wstali, kolejno pożegnali i niepostrzeżenie wyszli z jadalni, nie zostawiając najmniejszego śladu. Zostałem sam. *** Kiedy wyszli, głucha cisza odbiła ostatni serw ping-ponga. Telewizor był już wyłączony, wszyscy gdzieś znikli. Zbliżała się burza, widać było zarysy chmur i kontury błyskawic na zachmurzonym mocno horyzoncie. Zbliżała się druga po południu, zaraz podadzą obiad. Minęła ledwie godzina, odkąd poznałem dwóch nowych znajomych. Przyszli i wyszli, ale zapewne wrócą. Nie starałem się układać żadnego planu na przyszłość. Żyłem raczej przeszłością, tym, co było i nie wróci. Bo teraźniejszość mnie nie pociągała. Zbyt bliskie, oślizgłe jej szpony opełzały mnie jak pyton, ściągały z chmur na twardą posadzę szpitalną, była zbyt nachalna, by nie rzec - natrętna. Miałem kilka godzin, które musiałem zagospodarować, bo przypuszczałem, że i tak miną, nawet jeśli nie zrobię z tym nic. Z doświadczenia wiem, że nie ma nic dłuższego niż pięć minut w kolejce u dentysty i nic krótszego niż pięć minut jedzenia gałki lodów. Taki to jest ten czas - dziwny, niejednorodny, jakby rzeczywiście nieciągły. Coś trzeba było zatem postanowić i raczej teraz niż za godzinę. Najpierw jednak trzeba było zjeść solidny obiad, a tego dnia miał być schab bez kości, ulubione menu mojej nieodżałowanej wciąż babki. Zawsze stawała z trzcinką nade mną i mówiła, że mam zjeść wszystko z talerza, bo jak nie, to ta trzcinka - tu pokazywała mi przed nosem - będzie w robocie. Trzcinka lądowała z powrotem w przedpokoju za kaloryfer koło łazienki, i nigdy nie była w robocie, ale ja zwalony wielkim jak chłopska, spracowana dłoń schabem musiałem na jakieś dwie godziny zrobić sobie drzemkę. Teraz jednak trzcinka mi nie groziła. Raczej pusty, niezagospodarowany niczym sensownym czas, który wlecze się najbardziej, jak człowiekowi czegoś zaczyna brakować. Raczej pustynia niż wnętrze barokowej świątyni. Raczej szklanka pusta niż pełna do połowy. Tymczasem siedząc dalej w tym samym miejscu, w którym zostawili mnie medycy ze stolicy, zauważyłem, że nadeszli pacjenci, zaczęli manipulować przy wystawionych na stoły na czas sprzątania krzesłach, zaraz wjechał parujący zupą wózek bemarowy, z którego salowy już rozlewał gorącą strawę dla uciśniętych duchowymi sprawami powłok cielesnych. Pacjenci tańczyli między stolikami, aż przechodziły dreszcze, jednak żaden się nie potknął. Codzienny taniec wyćwiczył widać ich zmysł równowagi. Podszedłem, wróciłem z talerzem, zjadłem, potem wrąbałem drugie, tak, to się nazywa kuchnia polska, nie jakaś tam azjatycka, chińska czy inna szwabska, polskie to jest to - suto, dużo, mocno, jeszcze brakuje czerwonego wina półwytrawnego co najmniej, a potem deseru z lodami. Kiedy szczękały oddawane pod bemar naczynia, zrozumiałem, że nic się poza obiadem nie kończy. Że w życiu i dniu są takie małe końce, jak koniec jedzenia, koniec zmiany, koniec odpoczynku, ale że zaraz jeden koniec przechodzi w nowy początek, jak w poematach Eliota. I że to znużenie poobiednie jest konieczne. Powlokłem się ze znajomym ciężarem w połowie ciała do swej sali, zwaliłem w ubraniu i butach na łóżko, pacjent już nie nucił, a mikrofony ze ścian zaczęły tymczasem niepostrzeżenie znikać. Krótko potem zmorzył mnie sen. Był jak ciemna, chłodna studnia pośrodku letnich upałów gdzieś wysoko w Sudetach. Jednak to nie tam, coś mi się tłukło, zupełnie nie tam… *** Podczas, gdy odpoczywałem po obiedzie, drzwi do gabinetu ordynatora otwarły się na trzy sekundy i zamknęły; do środka weszła lekarka Ola, która próbowała leczyć mnie sobie znanymi sposobami, podając silne inhibitory receptora typu 2 dla szlaków dopaminy. Średnio jej to szło, o czym świadczyły obecne jeszcze nadal, choć już śladowo, mikrofony w ścianach, tudzież niewidoczne kamery, służące do pilnowania mnie jak oka opatrzności w trójkącie. Kiedy ordynator ujrzał Olę, ta przywitała się, a ów zdjął nogi z biurka, gdzie je przed chwilą od dłuższego czasu trzymał. Zawsze tak robił, ilekroć coś frapującego miał do przemyślenia. Usiadła. Chwilę panowało milczenie, które przerwał ordynator. Powiedział, że nie jest pewny, czy dobrze zrobił, zgadzając się na przeniesienie pacjenta po krótkim jeszcze pobycie, z widocznymi urojeniami i zaburzeniami postrzegania (wie pani, że on sądzi nadal, że pacjenci chodzą w cywilnym ubraniu?) do dużego, wręcz bardzo wielkiego miasta, jakim jest stolica, gdzie niewątpliwie jest więcej bardziej nowoczesnych metod leczenia, ale z drugiej strony hałasu, zgiełku i stresu. Kiedy zapytał, w jakim dziś stanie jestem, Ola odpowiedziała, że kwestią czasu jest działanie lekarstwa i że rokowania - przynajmniej co do objawów wytwórczych - są raczej pomyślne. Wciąż jednak nie przekonany dodał, że nie bardzo ufa temu Żuławskiemu. Po co przenosić pacjenta do Warszawy, skoro prawie takie samo leczenie zapewnia mu nasz szpital, który - wedle rankingu tygodnia “Wprost” w 2007 roku - jest obecnie najlepszą placówką zdrowia psychicznego w kraju? I jak im wierzyć, skoro niewiele o sobie powiedzieli, a ponadto - mają zamiar przewieźć pacjenta tam nieoznakowanym radiowozem. Jak jakiegoś przestępcę! - krzyknął wzburzony. - Albo...albo kogoś ważnego, przynajmniej w ich opinii - zamyśliła się, a wtedy ordynator wydał ostatnie decyzje. Tu jest karta wypisu, miejmy nadzieję, że ostatecznego. “Pacjent w wyrównanym nastroju i prawidłowej orientacji, bez myśli i tendencji suicydalnych, zostaje na wyraźne żądanie odpowiednich władz warszawskich przeniesiony do tamtejszego Instytutu Neurologii i Psychiatrii, aby wziąć udział w nowatorskim, eksperymentalnym leczeniu, wdrażanym jako III faza badań klinicznych przez wyżej wymieniony instytut. Leczenie potrwa co najmniej trzy miesiące. Możliwy wcześniejszy powrót do ośrodka poznańskiego w razie nieprzewidzianych sytuacji.” Kiedy przeczytał, lekarka machnęła parafkę, wbiła swoją pieczątkę i schowała papier do tekturowej teczki. Potem wyszła. Ordynator znowu położył nogę na nogę i bębniąc palcami o blat, jednocześnie bawił się ołówkiem. Tymczasem po krótkim odpoczynku, zdecydowałem, że zacznę się pakować. Nie miałem wielu rzeczy: przybory łazienkowe, Biblia, książka o Mozarcie, trochę zeszytów, telefon, cudem wywalczony u pielęgniarek, dokumenty, portfel i dres do spania oraz szpitalne laczki. Te postanowiłem zostawić, może przydadzą się komuś następnemu. Kiedy rzeczy zostały sprawnie spakowane, usiadłem w korytarzu i gapiłem się na gałęzie za oknem. Burza nieco zmieniła kierunek. Szła teraz w kierunku południowo-zachodnim, w stronę Kościana. Niebo lśniło jak w bajce. Dzień przełamywał się na drugą stronę, jak śpiący na drugi bok. Wróciłem do sali i runąłem na posłanie. Zmorzył mnie krótki, krzepiący sen…
*** Lecz wszystko w tym życiu dobiega kresu, nawet sen. Była piąta, czas kolacji. Gdyby ktoś rzeczywiście zamontował kamerę w sali nr 37 uniwersyteckiego szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych przy ulicy Szpitalnej 27, a potem analizował zapisany obraz, zobaczyłby wysokiego mężczyznę, powoli wstającego z posłania, na którym moment wcześniej coś śnił. Pacjent rozejrzał się nie całkiem spokojnie dookoła, a następnie sprawdził telefon, po czym przez chwilę skupił i podjął znać jakąś decyzję, bo kamera ukazała go zbierającego swoje rzeczy, a mikrofon zarejestrował krótką rozmowę z właśnie przybyłym do sali pacjentem, tym, który wcześniej nucił pod nosem pieśń “Matko Najświętsza, do serca twego, mieczem boleści wskroś przeszytego”. Gdyby włączyć w tej chwili dodatkowo mikrofon, rozmowa wyglądałaby tak: - O, Rafał, spakowałeś się. Gdzieś jedziesz? - Nie, znaczy tak, nic takiego. - Przepustka? - Właśnie, to dobre słowo. Przepustka. - Nie zapomnij wrócić na czas. - Chyba mnie trochę przytrzymają…- Jakby co zostawimy balkonowe uchylone, jak zwykle. - Okej, spoko, wiesz ja już muszę iść. Trzymaj się, Darek. -Narka! Potem kamera pokazuje widok sali 34, w której pozostał już tylko wspomniany Darek, który znowu zaczął śpiewać i układać posłanie. Wszyscy byli na kolacji, widocznie on zjadł wcześniej, albo wcale nie chciał jeść. W każdym razie, jak się zdawało, droga była wolna. Należało tylko przejść korytarzem obok pielęgniarek, a potem palarni do telewizyjnego, gdzie miała miejsce rozmowa z Żuławskim, potem przejść przez werandę do ogródka, a stamtąd na parking było całkiem blisko. Jak to się jednak dzieje zwykle, gdy coś człowiek tam sobie planuje, nagle pacjentowi wyrosła na drodze postać w bieli. - A Pan się dokąd wybiera? - spytała władczo i zastąpiła drogę. Przez chwilę trwało przykre milczenie. Wtedy ni stąd ni zowąd odezwał się kobiecy głos z dyżurki: - Może iść, ma przepustkę. - Aha, przepustka? A lekarz wie? - mówiła jednocześnie dziwnie się uśmiechając, jakby wiedziała coś, o czym pacjent nie wiedział, albo dawała znać, że wie, iż on kręci. - Tak, papiery są w dyżurce - znowu dobiegł zza pancernej szyby aksamitny, lecz stanowczy głos przełożonej personelu szpitalnego. - Tylko żadnych kobiet na przepustce. Ani alkoholu ani kropli - pogroziła palcem i puściła wolno. Odetchnął, czego jednak najczulsza nawet kamera nie byłaby w stanie zapisać, jednak odczuło się jakby zmianę atmosfery w powietrzu. Droga stała otworem. Teraz chyba nic ani nikt nie wyrośnie jak spod ziemi prosto pod nogi. Trzeba tylko przejść obok tej cholernej jadalni, gdzie pacjenci jedli, oglądając “Teleexpres”. Ale i to się okazało łatwe. Kiedy ostatnia kamera w szpitalu pokazała pacjenta już na werandzie, z tyłu podjechało na parking ciemne, opancerzone bmw. Kierowca włączył światła postojowe, zaciągnął ręczny, silnik puszczając na jałowym biegu i czekał. Ostatnia kamera, już parkingowa, zapisała jakieś pół minuty, kiedy oczom wszystkich ukazał się około trzydziestoletni mężczyzna, ubrany na sportowo, który podszedł do bmw o ciemnych szybach i coś powiedział przez okno do kierowcy, a ten coś odpowiedział. Następnie kierowca wysiał, wziął bagaż, wsadził do bagażnika, po czym otworzył tylne prawe drzwi i gestem zaprosił mężczyznę do wewnątrz. Drzwi się zamknęły, auto powoli bardzo ruszyło, objechało raz jeszcze parking, potem ruszyło w kierunku biało-czerwonego szlabanu, który otworzono natychmiast. Auto podjechało do skrzyżowania ze Szpitalną, kierowca włączył prawy kierunkowskaz i po chwili samochód znikł w alei przycmentarnej, całej wysadzanej przekwitłymi już kasztanami. Jeszcze z daleka widać było mały, czerwony punkcik, jednak z czasem i on zniknął na horyzoncie… *** Minęło kilka dni, w czasie których zdążono prawie zapomnieć o pacjencie, nagle zabranym do innego miasta w nie do końca jasnych okolicznościach. Prawie, bo po tygodniu przypomniał sobie o nim ordynator. Jak potem mówił, chciał “tylko” sprawdzić, czy w nowym miejscu pacjent czuje się dobrze, nie dzieje się mu krzywda, a lekarze dokładają starań, aby wszystko przebiegało pomyślnie. Kłopoty zaczęły się chyba już w momencie, kiedy pacjent znowu jak żywy stanął przed oczami ordynatora. Siedząc z nogami na biurku, uświadomił sobie bowiem, że niewiele w sumie się dowiedział o chorobie mężczyzny, jego przeszłości i historii życia. Tak się składało, że lekarze prowadzący wiedzą nieco więcej, ale też po łebkach. Nie mają czasu ani sił, które zżera administracja i praca papierkowa. Zamiast leczyć, wypełniają formularze, jak w prozie Franza Kafki. Formularze te tworzą nigdzie nie zaczynający się i nie kończący korytarz bez wyjścia. Kto raz wszedł w machinę, nigdy stamtąd nie wychodził. Dlatego postanowił sprawdzić, co trzeba i w tym celu wezwał znowu Olę. Weszła z pytającą miną, a wtedy rzekł: - Słuchaj, trochę się niepokoję o tego twojego pacjenta, Rafała, wiesz, tego, którego nam stolica zabrała w zeszłym tygodniu. Trzeba by tam zadzwonić. - Nie ma sprawy, znajdę telefon i spróbuję wypytać. - Tak, a spytaj, czy wdrożyli już to eksperymentalne leczenie, jak na nie reaguje, jak się czuje, wiesz, wszystko, co się da. Ja już dziś nie zdążę, mam sporo roboty. - z miną winowajcy obrócił wzrok ku Oli, która zapewniła, że przyjrzy się sprawie i w razie czego ściągnie pacjenta z powrotem. Potem wyszła, a nogi ordynatora ponownie znalazły się na dużym, dębowym chyba biurku. Od południa znowu szła burza. Grzmiało, za oknem zrywały się porywy wściekłego wiatru, a pierwsze krople zderzały się z gałęziami drzew, które przytulały się do okna gabinetu ordynatora w szpitalu dla umysłowo chorych na ulicy Szpitalnej 27… *** Ordynator jednak stawał się coraz bardziej niespokojny. Musiał coś zrobić, nie czekać z nogami założonymi o blat. Bezczynność pacjentów wzmagała tylko jego aktywizm życiowy. Otworzył zaraz po wyjściu lekarki komputer, myszką kliknął ikonkę “Internet Explorer” i wpisał dane szpitala w Warszawie. Po chwili wyskoczył mu numer stacjonarny do centrali głównej. Wylogował się, zapisał numer i wziąwszy słuchawkę, wykręcił cyfry. Kilka głuchych dźwięków i po chwili z drugiej strony kabla odezwał się merytoryczny głos recepcjonistki. - Tu centrala instytutu psychiatrii i neurologii w Warszawie, w czym mogę pomóc? - Mówi ordynator szpitala w Poznaniu ze Szpitalnej. Chciałbym rozmawiać z doktorem Żuławskim. - Z kim? - Z doktorem Żuławskim, Andrzejem Żuławskim. Kilka dni temu gościł w naszym ośrodku. - Niestety, od kilku lat już nie pracuje tutaj. Ordynatora przebiegł dreszcz. - Jak mam to rozumieć? - Był wybitnym specjalistą, także neurochirurgiem, jak pewnie pan wie. Jakieś pięć lat temu przeżył osobistą tragedię. Zwolnił się wtedy. Podobno wyjechał za granicę. Miał w planach otworzyć ośrodek badań nad zdolnościami paranormalnymi. Nikt z nas nie wie, gdzie się obecnie znajduje. Ordynator zapytał jeszcze, czy szpital przyjął kilka dni temu, dokładnie tydzień temu, jakiegoś nowego pacjenta, ale uzyskał odpowiedź negatywną. - Nie, nie było żadnych nowych przyjęć. Zbliżają się jednak wakacje, okres dopalaczy, spodziewamy się więc gości, że tak powiem. Ordynator struchlał, ale nic nie odpowiedział. Podziękował i rozłączył się. Natychmiast wezwał Olę w trybie pilnym przez pager’a. Wchodząc, ujrzała tylko straszne, puste oczy ordynatora. -Ola, mamy problem. Poważny problem… *** Przez sekundę panowała cisza, ale inicjatywę przejęła przybyła lekarka. - Próbowałam dodzwonić się do szpitala, jednak…- Już dzwoniłem - wszedł w słowo ordynator. - Ola, musimy chyba zgłosić na policję. Żuławski od kilku lat nie pracuje w Instytucie. I nie przyjęto żadnego nowego pacjenta. Coś się stało? - Masz telefon do tego Żuławskiego? - Zostawił, spróbuję. Wziął telefon i wykręcił numer. “Po sygnale nagraj wiadomość” - odezwała się słuchawka. - Nic z tego. Albo jest poza zasięgiem, albo ma wyłączony telefon. Dzwonię na policję, nie ma rady. - Poczekaj. Ostatecznie nic się jeszcze nie stało. - Jak to? Żuławski przedstawił się jako obecny pracownik placówki. I pewnie miał lewe papiery. Zabrał ciężko chorego pacjenta i nie wiadomo, dokąd go zawiózł. Trzeba było wcześniej… Muszę zgłosić. Znowu wziął słuchawkę, która tymczasem umilkła i poczekał na połączenie z uniwersalnym numerem alarmowym 112. - Tu Komenda Rejonowa Policji Poznań-Grunwald. W czym mogę pomóc? - głos dyżurnego policjanta był rzeczowy podobnie jak głos recepcjonistki z centrali warszawskiego instytutu. - Mówi ordynator oddziału “B” ze szpitala neuropsychiatrycznego w Poznaniu. Chciałbym zgłosić zaginięcie. Nastąpiły rzeczowe i krótkie komendy, pytania i odpowiedzi, które padały szybko jak razy pejczem. Kiedy dyżurny wszystko zapisał, pouczył, że w tym momencie uruchomione zostają operacyjne procedury, standardowo stosowane w przypadkach telefonicznych zgłoszeń o zaginięciu osób, jednak dobrze by było, aby ordynator osobiście pofatygował się na komendę, żeby potwierdzić zgłoszenie, jak również na bieżąco uzyskiwać najnowsze informacje z policyjnego dochodzenia, jakie w tej chwili zostało podjęte. Ordynator odpowiedział, że niezwłocznie się stawi, a wtedy komendant podał adres i swoje stanowisko służbowe, po czym rozłączył się. - Zgłosiłem. - niepotrzebnie powiedział do lekarki, która cały czas była w myślowym wirażu i starała się za wszelką zrozumieć coś z tego, co się dzieje. - Ok. - wydusiła. - Tak trzeba było zrobić. Ale mam jeszcze inny pomysł… *** Kiedy ordynator podniósł pytająco wzrok, lekarka pospieszyła z wyjaśnieniami. Po co, dowodziła, czekać, aż policja coś zrobi. Wiedzą przecież oboje dobrze, że rutynowe śledztwa trwają bardzo długo, wloką się niemiłosiernie, a na końcu są umarzane, co nie daj Boże. Powinniśmy, mówiła, zaangażować jeszcze kogoś. Najlepiej prywatną agencję detektywistyczną, albo prywatnego detektywa frilansera. - Ale nie mamy na to budżetu. - w głosie ordynatora nadzieja mieszała się z obawami. - W naszym obopólnym interesie jest jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę. Inaczej oboje bekniemy - powiedziała bez ogródek, a ordynator zaczął bębnić palcami po blacie. - Słuchaj, a jakby tak spróbować zadzwonić do pacjenta? Mamy jego telefon. Najgorsze, że nie powiadomiliśmy w ogóle rodziny o przeniesieniu. I teraz musimy to zrobić. - Jeszcze nie. Rodzina do tej pory była nastawiona roszczeniowo i z jego opowieści wiemy, że przed chorobą raczej się nim nie interesowała w stopniu, jakiego wymagają osoby o słabszej psychice. Dzwonię. Wzięła słuchawkę i czekała na połączenie. “Abonent czasowo niedostępny” - zawyła słuchawka, a zrezygnowana Ola wcisnęła czerwony przycisk. - Niedostępny… - Coraz bardziej mi się to wszystko nie podoba...te nagłe przenosiny, w końcu dokąd go zabrali, skoro nie do szpitala? Do prywatnej lecznicy? W Rosji? - Spokojnie, ostatecznie Żuławski jest lekarzem i składał przysięgę Hipokratesa, a to, że nie pracuje tam, gdzie podawał różnie można tłumaczyć. Niekoniecznie na jego niekorzyść. Może zawiózł pacjenta do jakiejś prywatnej placówki… - Albo zakopał w lesie - wybuchł ordynator. - Daj spokój, od razu czarne myśli. - Zaraz cały oddział będzie tylko o tym mówił - kontynuował. - Rozejdzie się do mediów i leżymy. - Dlatego nie wolno informować póki co rodziny. Jak się spytają, gdzie jest pacjent, powołamy się na fakt, że jest dorosły i nie jest ubezwłasnowolniony. Tajemnica lekarska. Został przeniesiony i już. - I tak się kapną. Zadzwonią do niego albo do Warszawy i pocałują klamkę, a wtedy afera gotowa. - Zgłosiliśmy na policję. Oficjalnie nic więcej nie mogliśmy zrobić. Żuławski i jego towarzysz przedstawili nie budzące podejrzeń dokumenty. Było pismo z ministerstwa zdrowia, że pacjent, zresztą sam o to prosił, został zakwalifikowany do III etapu badań i tyle. Trudno było z góry coś zakładać. - Dobra, z tym detektywem to dobry pomysł. Pokryję koszty od siebie. - Pół na pół. I telefon do przyjaciela…- próbowała zażartować Ola, ale na twarzy ordynatora nic prócz strachu się nie malowało. *** Wyjął ponownie telefon i połączył się z jednym z biur detektywistycznych, świadczących także usługi ochrony osób i mienia. - Prywatna agencja detektywistyczna Sekretcy&Spółka, czym mogę służyć? - głos w słuchawce ordynatorowi wydał się godny zaufania. - Dzień dobry, ja mam sprawę dla państwa. Chodzi o zaginięcie, a dokładniej podejrzenie zaginięcia, w tym możliwość porwania. - O kogo chodzi? - Mężczyzna młody, cierpiący na psychozę, był leczony w szpitalu psychiatrycznym ostatnio… - ordynator starał się za wszelką cenę zachować anonimowość. - A kto zgłasza? - Czy konieczne jest podanie nazwiska? - Póki co nie. Potrzebne będą nam jednak szczegółowe dane, abyśmy mogli zacząć działać. Czy może pan przyjść do naszego biura jeszcze dziś? W takich sprawach liczy się czas. - głos był w tym momencie wymagający, nie znoszący sprzeciwu. - Oczywiście. Proszę przyjść pod wskazany na naszej stronie adres stosowny dla pana miejsca zamieszkania. Tam jest wykaz. Proponuję godzinę 17. - W porządku. - ordynator odetchnął z ulgą i wyłączył wreszcie komórkę. Ola, która międzyczasie wyszła, wróciła i przyniosła najnowsze wieści z oddziału. Nikt nic nie wie. Wszystko jest w porządku. Wydaje się, że już zapomniano o pacjencie z południa. *** Tak, może oddział zapomniał o pacjencie z południa, ale nie ordynator. Skończył wcześniej robotę, oddział zdał Oli i wyszedł do biura. Tam jak najzwięźlej przedstawił sprawę. Początkowo chciał zachować anonimowość, ale kiedy zobaczył fachowy i bogaty wystrój wnętrza gabinetu szefa firmy Sekretcy&Spółka, doszedł do wniosku, że zachowają tajemnicę zawodową i nic nie przedostanie się do prasy. Dlatego opowiedział o wizycie Żuławskiego i jego kolegi, o nie budzących wątpliwości papierach, wykonanych telefonach oraz o samym pacjencie. Wyznał, że w sprawę wtajemniczył policję, ale wie pan, jak działa ją służby mundurowe. Na pytanie, kiedy po raz ostatni widział pacjenta i Żuławskiego udzielił dość szczegółowej odpowiedzi. Zapewnił, że zabezpieczy monitoring ze szpitalnych kamer, wszak tam powinno być zarejestrowane wyjście i odjazd pacjenta, po którego miał przybyć nieoznakowany radiowóz. Wydało mu się to dziwne, ale Żuławski tłumaczył, że takie są zalecenia stojących wyżej od niego i tak będzie bezpieczniej. Kiedy opowiedział wszystko, pożegnał się i wyszedł, zapewniając o poparciu i ułatwieniach szpitala w podjętym właśnie śledztwie prywatnej firmy detektywistycznej. Poprosił jeszcze na koniec o codzienne raporty i zapłacił tysiąc złotych zaliczki. Trzeba na paliwo, ewentualne podsłuchy, zdobycie bilingów rozmów, pan wie, to wszystko kosztuje. Ech, cóż dziś nie kosztuje - pomyślał ordynator, zamykając delikatnie za sobą mahoniowe drzwi gabinetu szefa detektywów. *** Znowu, jak to przeważnie bywa, minęło kilka dni, w czasie których biuro rozkręcało śledztwo, podczas gdy policja działała własnym torem, nie wiedząc o sobie nawzajem. Następnego dnia po wizycie w biurze, ordynator otrzymał telefon, że z zabezpieczonych jeszcze tego samego dnia kamer pobrano obraz wychodzącego przez ogród koło basenu na parking pacjenta, który następnie wsiadł w granatowe bmw z przyciemnianymi szybami i odjechał w nim, skręcając jak na Pniewy, gdzie stoi sanktuarium Urszuli Ledóchowskiej. Zanalizowano też bilingi ostatnich rozmów pacjenta z jego telefonu, a obecnie biuro stara się o bilingi z aparatu Żuławskiego. Kolejnym tropem jest Internet, gdzie prześledzono losy lekarza z ostatnich dziesięciu lat. Okazuje się, że co prawda po stracie dziecka wyjechał za granicę, ale wrócił po roku i w miejscowości, właśnie ustalanej, mieszczącej się gdzieś na Dolnym Śląsku, otworzył centrum badań nad zdolnościami paranormalnymi, gdzie przyjmował niezwykłych pacjentów. Jak by tego było mało, zatrudnił się w prywatnej klinice neurologicznej, gdzie przeprowadzał skomplikowane operacje na mózgu. Wszczepiał pacjentom z chorobami takimi, jak Parkinson, drżenia, padaczka czy lekooporna nerwica anankastyczna elektrody i stymulatory, uzyskując podobno zachęcające efekty. To sprawiło, że oficjalnie został zatrudniony we Wrocławiu w klinice Neuro-Med, dokąd dzwoniono. Z uzyskanych informacji wynika, że Żuławski jeszcze kilka dni temu był w pracy, jednak około tydzień temu nagle wziął wolne i powiedział, że jedzie na urlop. Z kliniki próbowano się z nim skontaktować - jak dotąd bezskutecznie. Telefon jest cały czas poza zasięgiem. Jak powiedział operator serwerowni sieci, w której medyk ma abonament, telefon wskazuje, jak gdyby był w innej strefie czasowej, co zdarza się na przykład podczas podróży za granicę, zwłaszcza do dalekich krajów azjatyckich czy Australii. Innymi słowy, nie można wykluczyć, że Żuławski ponownie wyemigrował… *** Znowu przeminęło, jak z burzą, kilka dni, gdy tymczasem policja otrzymała ważną wiadomość. Oto na komisariat dla Warszawy-Południe zadzwonił dyrektor szpitala psychiatrycznego w pobliskich, oddalonych kilkanaście kilometrów na południowy-wschód Tworkach. Dyżurny z komendy zanotował, że poprzedniego dnia przywieziono do szpitala w rzeczonej miejscowości młodego pacjenta w bardzo ciężkim stanie. Ponieważ jego relacja, z trudem złożona w całość przez badających go psychiatrów, zawiera niepokojące wątki, które mogą zainteresować policję, stąd telefon ze zgłoszeniem, co dyrektor uznaje za swój zawodowo-społeczny obowiązek. Dyżurny natychmiast wysłał funkcjonariusza do Tworek, ponieważ podana przez pacjenta opowieść może narazić go nawet na utratę życia. Międzyczasie centrum osób zaginionych zostało przez komisariat warszawski o odnalezieniu pacjenta, odwołano więc poznański alert, rozpoczęty kilka dni wcześniej. Jako, że policja nie wie o działaniach Sekretcy&Spółka, międzyczasie podjętych, więc biuro nadal prowadzi śledztwo. *** Szpital Neuropsychiatryczny w Tworkach jak co dzień zbudził się wczesnym świtem. Niektórzy pacjenci mieli mierzenie temperatury, inni jakieś specjalne zabiegi, jeszcze inni nie mogli już spać i chcieli rozpocząć kolejny etap swej wędrówki po różnych światach, mniej lub bardziej rzeczywistych. Patrzono z politowaniem na tych, którzy jeszcze drzemali, jednym okiem czuwając z obawy przed spiskiem, a inni, ci już podleczeni, spali głęboko, jak niewinne niemowlę. Doktor Kobytyński miał tego dnia sporo pracy. Wcześniej przyjechał i od razu udał się do swego nowego gabinetu, bo szpital wciąż się rozwijał, mimo trudności i modernizował. Chciał dorównać co najmniej placówkom francuskim, gdzie zaczęła się rewolucja w traktowaniu pacjentów - Pinel symbolicznie zdjął im łańcuchy i kajdany w podziemiach szpitala Salpetriere w Paryżu, stolicy francuskiej rewolucji. Gabinet tedy wyposażono w sprzęt multimedialny najnowszej klasy AAA+, na ścianie wisiał projektor zespolony z laptotem, a w oknach widok zasłaniały żaluzje z jakiegoś niesamowitego materiału. Kobytyński jeszcze poprzedniego dnia miał bardzo trudne zadanie: asystował profesorom w przyjęciu i pierwszym przesłuchaniu, jeśli to dobrze brzmi, młodego mężczyzny, którego policja odnalazła w stanie “mocno odbiegającym od normy”, jak zapisano w służbowej notatce niedaleko Tworek na drodze krajowej nr 7 z Radomia. Policja sprawdziła go alkomatem - był czysty jak niemowlę, wykonano badanie krwi na obecność substancji odurzających - również pudło. Na komisariacie dowiedziano się jedynie, że pacjent “siedzi w samochodzie, a wokół jest jakoś dziwnie, dziwni ludzie i w ogóle wszystko jakieś inne”, podczas gdy pacjent co prawda siedział, ale na komendzie. Potem zaczął krzyczeć, że “znowu ta szara mgła, znowu ta szara mgła, uciekam…” i na tym kontakt logiczny się urwał, albowiem od tej pory pacjent przeszedł w stan całkowitej sałaty słownej. Bełkocząc coś o “parowozie” i “chłopskim wozie”, zamilkł wkrótce na dobre. Jednak po jakiejś godzinie trochę doszedł do siebie i wtedy jego opowieść nabrała innych odcieni. Oto jechał jakiś autem, z dwoma nieznanymi mężczyznami, którzy coś mu wszczepili w klinice, a potem pojechali w kierunku Opola. Tam nagle wjechali do lasu, a z przodu nadpłynęła srebrzysta mgła, spomiędzy której coś przebłyskiwało. Kiedy wyjechali z lasu, krajobraz był inny. Otaczały ich same pola i łąki, droga asfaltowa zmieniła się w aleję z kocich łbów, a ludzie idący z dalekiego kościoła brzegiem pól, byli bardzo biednie i co gorsza staroświecko, jak w filmie, ubrani. Na widok samochodu tłum wpadł w panikę, kierowca więc pocisnął na gaz i wtedy z boku nadjechał sapiąc parowóz, który zaczął ostro hamować. Przerażeni mężczyźni wyskoczyli z auta, które stoczyło się na szczęście nieco w tył, tak, że skład przejechał bezpiecznie, dymiąc niemiłosiernie białymi obłokami. Mężczyzna niewiele myśląc wskoczył za kierownicę. Wcisnął gaz i ruszył przez tory, by znaleźć się w jakimś miasteczku. Z jego opisu wynika, że odwiedził Opole, ale zupełnie nie to obecne. Pikanterii faktom dodaje sprawa z mężczyznami, z których jeden miał nazywać się Żuławski i być znanym warszawskim medykiem. Policja sprawdziła i okazało się, że faktycznie od kilku dni lekarz przebywa na urlopie, a jego telefon milczy jakby był poza zasięgiem. Ponieważ pacjent znowu wpadł w afazję i zaczął bełkotać, policja uznała całą opowieść za relację niepoczytalnego, w dodatku podejrzanego w sprawie zaginięcia dwóch towarzyszy. Najpierw jednak trzeba było doprowadzić pacjenta, który zeznał, że nazywa się Rafał, do względnej normy. Dlatego zamiast aresztowania, policja wezwała karetkę pogotowia ratunkowego, które przewiozło go do szpitala w pobliskich Tworkach. *** Przez pierwsze trzy dni pacjenta poddawano różnorodnym zabiegom leczniczym - polewano na przemian ciepłą i zimną wodą, kręcono specjalną karuzelą do omdlenia, przystawiano pijawki tudzież stosowano wstrząsy insulinowe, a potem na koniec podano mocne inhibitory receptora 5-HT2A, żeby pacjent wrócił do względnego kontaktu ze światem. Psycholodzy robili wszystko, żeby dowiedzieć się, co naprawdę zdarzyło się pomiędzy wypisem z Poznania, a odnalezieniem go w ciężkim stanie niemal na środku drogi ekspresowej w lekko uszkodzonym bmw, ze śladami, jak po przejściu mocnego gradu. Pewnego dnia jeden z młodych asystentów psychologii, Robert, postanowił jednak coś wyciągnąć z wnętrza tego chaosu, jakim była nieskładna opowieść pacjenta. W umówionym czasie przyszedł, aby zrobić codzienny wywiad. Delikatnie nacisnął klamkę. Drzwi lekko zaskrzypiały. Kiedy ujrzał pacjenta, który siedział na krześle ze szkolnej ławki, najpierw dotarł do niego obraz zabiedzonego człowieka, ledwie kontaktującego, pogrążonego w mamrotanej pod nosem mantrze. “- O Jezu...o Jezu...ratuj ich...ratuj ich...ty wszystko...podąża za tobą morze...ptaki na mojej głowie...ptaki...słowie…” - więc domyślił, że się inhibitory ani kąpiele w specjalnym basenie niewiele jeszcze pomogły. Postanowił poczekać. Przywitał się, na co pacjent niedbale wyciągnął rękę, ale nie wiedzieć czemu lewą, potem burknął w odpowiedzi: “Czuwaj!” - i dalej powrócił do swoich różańcy. Teraz wzywał Matkę Boską, której powierzał losy dwóch zaginionych razem z nim nieopodal Opola mężczyzn. Nikt dotąd nie trafił na ich ślad. Policja wszczęła dochodzenie ze zgłoszenia Neuro-Medu, kiedy po upływie urlopu Żuławski nie stawił się do pracy, ani w żaden sposób nie skontaktował z kliniką. Biuro “Sekretcy&Spółka”, na wyłączną prośbę ordynatora, postanowiło również włączyć się do akcji, ponieważ sprawa dotyczyła, przynajmniej pośrednio, pacjenta, pierwotnie leczonego w Poznaniu, a teraz szło o podejrzenie nawet morderstwa. Tłumaczyłoby to nieskładne wyjaśnienia, zarysowania na samochodzie bmw, a także niektóre inne wątki, wysnuwane przez podopiecznego szpitala w Tworkach, jak choćby jego ewidentne poczucie winy, zwane w psychiatrii “masywnym”. Może pacjent przestraszył się przeprowadzonego zabiegu? Przecież nikt z oddziału nie uwierzył w ani jedno słowo relacji o podróży do roku 1907 i spotkaniu z lokomotywą parową, podobnie jak o ponowionej opowieści o przejechaniu blisko trzystu kilometrów w kilka minut, zanim pacjent trafił na malowniczo się wijącą ulicę Szpitalną 27, tudzież o udanym przejeździe na prawie pustym baku ostatnich stu kilometrów z miejscowości Sobótka, gdzie miał miejsce ów fatalny w skutkach nocleg. Psycholog Robert, któremu jeszcze się chciało, a już miał pewne doświadczenie z trudnymi przypadkami, znał te wszystkie relacje i tłumaczył je sobie po części wiedzą akademicką ze swojej dziedziny, a po części na swój własny sposób. Kiedy usiadł, nic nie powiedział, tylko czekał. Pacjent, pogrążony w jakimś innym czasie, zdawał się odpływać od głównego nurtu życia. Coraz bardziej oddalał się. Było to prawie odczuwalne w powietrzu. Teraz, gdy siedzieli obydwaj naprzeciw siebie, nie można było zrozumieć, na co czeka psycholog. Może miał nadzieję, że pacjent zacznie kontaktować? Może stosował jakieś swoje sztuczki? Okno, które wychodziło na zachód, mieniło się od zachodzącej czerwonej kuli. Idzie na wiatr - pomyślał Robert. Trzeba będzie pozamykać okna w mieszkaniu - uzupełnił nagle pacjent, a wtedy psycholog kompletnie zbaraniał… *** Tymczasem “Sekretcy&Spółka” otrzymali szczegółowe informacje o opowieści pacjenta. Nadal nie trafiono na ślad Żuławskiego i towarzysza. Telefony obu panów zachowywały się tak, jak gdyby przebywały poza zasięgiem czasu lokalnego w zupełnie egzotycznej strefie czasowej. Do tego stopnia, że nie można było nawet nagrać wiadomości na pocztę głosową ani namierzyć za pomocą sygnału satelitarnego miejsca, gdzie telefony fizycznie się znajdują. Kolejnego dnia nie wydarzyło się nic. Szef wysłał pracowników na całą Polskę, obstawiono wszystkie regiony, ze szczególnym naciskiem na Dolny Śląsk, miejsce zamieszkania i ostatniej pracy neurologa. Biuro odwołało wszystkie inne pomniejsze zlecenia, w rodzaju “proszę sprawdzić, gdzie on jeździ wieczorami” czy też “niech pan namierzy moją żonę, bo coś mi się zdaje, że ma kogoś”. Skupiono się tylko na wciąż zagadkowej sprawie odnalezienia pacjenta R. i jednoczesnego zaginięcia Żuławskiego. Pewnego dnia do gabinetu szefa wszedł jeden z najlepszych pracowników firmy. - Chyba coś mam - powiedział i położył na stole niewielką, szarą paczkę. Szef rozwinął ją i wyciągnął plik mocno pożółkłego papieru, formatu A4. Były to stare wydania “Gazety Opolskiej” i “Gońca Opolskiego” z roku 1907, a więc sprzed obu wojen światowych, a dwa lata po krwawej niedzieli w Petersburgu. - Niech pan przeczyta to - wskazał jedną z gazet, otworzoną na stronie tytułowej. Kiedy szef przeczytał pierwsze zdania i nagłówek wiadomości sprzed wieku, osłupiał. Nagłówek brzmiał: “Niezwykli goście w Opolu. Cud czy przebierańcy?”. Spojrzał prosto przed siebie, jakby zobaczył ducha, który właśnie przed momentem uległ materializacji. Pracownik stał w milczeniu. - Skąd pan to znalazł? - szefowi pomieszała się gramatyka. Pracownik stał w milczeniu. - To proste. Każde miasto posiada archiwum miejskie. Założyłem, że - co bardzo mało możliwe - jeżeli pacjent mówi prawdę, to powinien zostać po tym…