fantastyka · 2 godz. 9 min czytania
Skądinąd. I zewsząd.../opowieść stamtąd/
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
*** Niewielki szpital dla nerwowo i psychicznie chorych w jednym z głównych miast polskich zbudowano po wojnie. Architekt stworzył budynek w modnym wtedy stylu pawilonowym, podobnym do dzieł realnego socjalizmu i modernistycznych sanatoriów. Po wejściu szło się długim korytarzem, na którego obu bocznych ścianach zawieszono amatorskie obrazy malarskie pacjentów. Od korytarza co kilka metrów odchodziły drzwi do jadalni, sali gimnastycznej ze stołem pingpongowym, pokoju telewizyjnego, skąd można było przez kolejne drzwi balkonowe wyjść na niewielki ogródek. To tam właśnie wypróbowałem terapii zapomnianej, ale znanej na wschodzie - chodzenie bosymi stopami po ostrej trawie i żwirze. Stymulacja stóp podnosiła humor, mile łaskotała i ogólnie powodowała relaks.
Ale zanim to się stało nastał najpierw dzień 19 czerwca 2007 roku, który zapisał się w Polsce szalejącymi służbami specjalnymi, pokazowymi procesami i konferencjami policji i prokuratury, która dobierała się do skóry biznesmenom, rzekomo spotykającymi się w warszawskim “Mariocie” na wysokim piętrze w celu omówienia domniemanych ciemnych interesów partyjno-politycznych. Samo wrażenie z oglądania telewizji musiało być mocno pobudzające wyobraźnię pacjentów, skoro zamiast czytać w wolnych chwilach, których tu w tym miejscu nie brakowało, klasykę, woleli śledzić co się dzieje w Polsce. Przywieziono mnie tutaj, do tego parterowego pawilonu w stanie odbiegającym według lekarzy mocno od normy. W głowie huczało od tysiąca pomysłów. Samochód, którym jechałem przez Ostrów Wielkopolski, słynny Jarocin, Pleszew, a wcześniej coraz bardziej czysty Śląsk, w połowie z nieczynnymi kominami i zamykanymi z cicha pęk kopalniami, został pod bankiem PeKaO nieopodal kościoła ojców dominikanów. To tam dostałem poranną strawę od sympatycznej dziewczyny na polecenie samego ojca Jana Góry, twórcę lednickich spotkań młodzieżowych. Gdy tylko zjadłem podane kromki chleba, zgasły wszystkie światła, a ja poprosiłem, czy bym nie mógł się nieco zdrzemnąć po całonocnej aktywności z pogranicza parapsychologii, mistyki i paranoi.
Jakieś sto kilometrów przed Poznaniem, przenocowałem w jednym w tych podejrzanych zajazdów przydrożnych o nazwie “Sobótka”. Prosiłem o pokój jednoosobowy, ale gdy tylko wszedłem do niego, okazało się, że stoją tam dwa łóżka, co wydało mi się dziwne. Włączyłem telewizor i próbowałem zrozumieć, co nadają: spikerzy zwracali się prosto do mnie, podawali instrukcje, co dalej robić, a ja nie mogąc zasnąć postanowiłem dalej odczytywać tajne instrukcje, jakie do mnie nadawano.
Najpierw wyjrzałem jednak za okno. Ujrzałem poświatę księżyca w pełni, ale żaden pies nie wył podnosząc łeb wysoko ponad siebie. Rozejrzałem się. Wokół słychać było tylko świerszcze, a w trawie chyba dojrzałem mały, świetlisty punkcik, zapewne robaczek świętojański. Za kilka nocy miała być noc świętojańska, a dziwnie zajazd nazywał się, jak rzekłem, “Sobótka”. Naraz zrobiło się nieswojo: to podwójne łóżko, zupełnie niepotrzebne dla kawalera, który zabłąkał się tutaj, zmierzając z Krakowa trasą 11 na Szczecin, przez coraz bardziej zadbany i rekultywowany Śląsk. Pejzaże śląskie działały mocno na nieświadomość, przypominając fascynacje industrialne dzieciństwa, te wszystkie ceglane budynki z zawsze powybijanymi szybkami, wysokimi kominami, i setkami różnych zewnętrznych urządzeń, rur, pomostów, nie wiadomo, do czego służących.
Jednak teraz to wszystko mniej się liczyło. Byłem zamknięty w szpitalu pawilonowym. Odebrano mi wszystkie ostre przedmioty. Musiałem oddać klucze od domu, kluczyki od malucha, który został pod dominikanami, skąd po zjedzonym śniadaniu i awarii prądu elektrycznego wyszedłem na ulicę i dostałem paniki. Serce waliło chyba ze sto sześćdziesiąt, zrobiło mi się duszno, co wzmagał jeszcze czerwcowy upał, zapowiadający niedługie wakacje, które miałem spędzić u stryjka blisko morza. Zamienił stryjek siekierkę na kijek - to wiedziałem, ale teraz już zdawałem sobie sprawę, że do tej podróży nieco źle się prrzygotowałem: jedynie stówka w portfelu, na koncie pusto, bankomat nie wypłacał przesyłanej międzyczasie gotówki od ojca, a ja kompletnie nie znając miasta, spanikowałem. Duszność, jakbym zaraz miał dostać zawału i zejść, robiąc zamieszanie na pełnej ludzi ulicy. Niewiele myśląc, znając ten stan, wydostałem z prawej kieszeni dżinsów komórkę i wykręciłem numer 112. Po paru sekundach po drugiej stronie linii odezwał się miły, aksamitny głos kobiecy: - Tu pogotowie ratunkowe, proszę mówić. - Jestem pod kościołem dominikanów, zgubiłem się, mam duszność. - Choruje Pan na coś? - spytała rzeczowym głosem. - Schizofrenia paranoidalna, leczę się od siedmiu lat. - Niech Pan nie odchodzi z miejsca, gdzie pan się znajduje. Wysyłam zespół. - i rozłączyła się. Schowałem komórkę do kieszeni, i stałem nieruchomo, ale uwaga moja była czujna, widziałem dziwne uśmiechy. Naraz do przejścia dla pieszych podeszła ta dziewczyna, która zrobiła mi piętnaście minut temu skromne śniadanie, a po zgaszeniu prądu powiedziałem jej, żeby uważała, manipulując przy bezpiecznikach za wielką tablicą z przełącznikami. Popatrzyła z ukosa w moją stronę, poznała mnie i nagle jej twarz się zmieniła: zaśmiała się złośliwie, jej rysy przybrały nieco diaboliczny wygląd, zdało się, jakby zrozumiała, że w klasztorze dominikanów goszczono szaleńca. Po kilku minutach, może trzech, najwyżej pięciu na róg Kościuszki i Lindego podjechał ambulans, zamachałem, zatrzymali się, i od razu otworzono boczne drzwi, ktoś wysiadł, wziął mnie pod ramię, potem wszedłem do środka, a drzwi zamknięto, zaś karetka skręciła na skrzyżowaniu obok bankomatu w prawo, w Kościuszki, mignął mi mój czerwony, zaparkowany pod bankiem mały fiat, i potem już nie pamiętam. Jechaliśmy bez sygnału, kierowca sprawnie skręcał to w lewo, to w prawo, jechałem w nieznane. Po paru minutach, choć czas zdawał się dzielić na milisekundy, prawie stając w miejscu, karetka zajechała przed szlaban, otwarto go natychmiast, i wjechaliśmy na teren szpitala, parkując pod zadaszeniem. Wysiadłem podtrzymywany przez sanitariusza, który otworzył drzwi do wejścia na teren kliniki. Kątem oka dostrzegłem biały napis na czerwonym tle: Szpital Neuropsychiatryczny w Poznaniu, ul. Szpitalna 27. Kiedy to wszystko opowiedziałem siedzącej naprzeciw kobiecie w wieku trudnym do określenia, ta skończyła notować i powiedziała, że teraz odprowadzą mnie do sutereny, gdzie oddam do depozytu osobiste rzeczy, wskoczę w pidżamę szpitalną, a potem udam się do sali chorych. Tak też się stało, a trwało może dziesięć minut. Leżałem teraz na łóżku, zmęczony nieudaną podróżą przez kraj, bezsenną nocą w “Sobótce”, brakiem gotówki na porządny posiłek i stresem z powodu obcości w nieznanym mieście, gdzie żadnych znajomych, nikogo z krewnych ani przyjaciół.
Zasnąłem, ale wcześniej patrzyłem przez okno na zieleń, parkan, za którym jeździły karetki na sygnale. Moje wyostrzone zmysły dziwnie pracowały - widziałem bardziej soczyste drzewa niż zwykle, a dźwięki ambulansów wbijały się niczym ciernie w mózg, który postanowił zacząć pracować na zupełnie nieznanych częstotliwościach. Było południe. Spałem śniąc jak zwykle przeszłość. Obudziłem się krótko przed piątą, w sam raz na kolację. Po przyjęciu dostałem silny środek uspokajający, który zmulił mnie i uśpił na całe popołudnie. Zbliżał się wieczór, a dzień chylił się ku zachodowi. Jednak żaden nieznajomy się nie przyłączył do tej wędrówki w przestrzeni i także w pewnym sensie w czasie, nie pytał, cóż to się stało, o czym tak myślę non-stop i czemu jestem właśnie w początkach XX stulecia, w pięknej belle epoque, nie znającej wojen światowych, kiedy wszystko, co najlepsze było jeszcze realne. Dziś zamknięty w czterech ścianach, pomalowanych na ciemną zieleń, w których z pewnością umieszczono niewidoczne mikrofony, czułem się uratowany, a jednocześnie znużony tym wszystkim, co się działo od zaledwie dwudziestu czterech godzin. Nie mogłem uwierzyć, że ta podróż tak się skończyła. Ale nie wiedziałem, że tak naprawdę ona się dopiero rozpoczyna…
*** Noc zapadła głucha nad całym szpitalem i tylko szum drzew był słyszalny poprzez szczelnie zamknięte i okratowane okno w sali nr 37. Nie wiedziałem, co dalej. Przewracałem się z boku na bok. Pacjent obok nucił jakąś religijną pieśń pod nosem. W innych salach powoli gaszono światła. Jedynie w korytarzu zostały zapalone, będą się świecić aż do rana. Pacjenci byli spokojni, dostawali wszak końskie dawki przeciwpsychotyków. Pielęgniarki odeszły do swojej dyżurki i żywo o czymś dyskutowały. Telewizor w jadalnym oglądało kilku pacjentów, którzy byli w lepszym stanie. Można było odnieść wrażenie, że jesteśmy w sanatorium, a nie zamkniętym oddziale obserwacyjnym. Jednak nie było to sanatorium, bo panował ostry rygor, prawie jak w więzieniu. Chciałem coś napisać, ale nie miałem laptopa, ani kartki, o piórze nie mówiąc. Czytać mi się nie chciało, zresztą sala terapii zajęciowej, gdzie stała mała biblioteczka była zamknięta na noc. Znużenie, zwane objawami negatywnymi, odbierało resztki sił witalnych. Kolacja już dawno strawiona. Przez okno dostawała się poświata ulicznych latarni. Zdawało mi się, że naprawdę czas cofnął się do Młodej Polski, że po ulicach jeżdżą dorożki z panami w ciemnych kapeluszach, a panie noszą parasolki i wachlarze. Jeszcze moment, a dostrzegłbym stróża nocnego, który zapala gazowe latarnie, albo jeszcze te wcześniejsze na płomień. Jednak zdrowa część mego umysłu kazała trwać w pogotowiu. Jeszcze nie wiedziałem, co dalej. Jeszcze znużenie odbierało siły. Postanowiłem wyjść z łóżka, rozprostować kości. Tak też zrobiłem. Ostrożnie, aby nie zbudzić drzemiącego pacjenta, który nucił “Matko Najświętsza, do serca twego”, wyglądnąłem na korytarz, a tam pusto. Pacjenci spod 34 grali w karty, w następnej sali jedli pizzę, którą dostawca przywiózł, przechodząc przez dziurę w płocie. Nieco dalej była palarnia, więc się tam udałem. Nie miałem wiele papierosów, ale kilka zostało z podróży przez Polskę. Wewnątrz nikogo nie było. Stanąłem koło okna, za którym rozciągał się ogród. Papieros świecił jak punkcik na niebie pomarańczowym ognikiem. Usiadłem na krześle. Postanowiłem, że czasu spędzonego tutaj nie zmarnuję. Zamyśliłem się. Nie wiedziałem, co dalej…
*** Poznanie szalało w środku, jak burza w szklance. Kłębiły się obrazy z chorej pamięci, zapiekłe emocje i strach przed stwórcą wszechrzeczy. Pierwszej nocy nie zmrużyłem nawet oczu. Wciąż rozmyślałem o nieudanej wyprawie wakacyjnej. Miałem dojechać prawie aż nad Bałtyk, gdzie czuję się najlepiej, a los chciał inaczej. Przeznaczenie rzuciło mnie tu, do tego nawiedzonego szpitala, władowali we mnie końską dawkę przeciwpsychotyków, żebym był bardziej "normalny". Cóż to w ogóle znaczy? Każdy jest inny, pisana nam jest odmienna droga, nigdzie i nigdy się nie kończąca. Jeśli bym chciał, mógłbym uciec. To nie takie trudne. Wystarczyłoby wykorzystać chwilę nieuwagi stewardesy i tyle by mnie widzieli. Ale nie miałem dokąd pójść. Skazany na te kilkaset metrów kwadratowych, musiałem swoje odsiedzieć. Rano obudzili nas na mierzenie ciśnienia. Potem niektórzy poszli na poranną gimnastykę, inni do łazienki na poranną toaletę, wydano im na chwilę maszynki do golenia, taki zwykły rytuał, bo połowa nie miała ani krztyny zarostu. Ja przewalałem się z kąta w kąt. Nigdzie z niepokoju nie mogłem usiedzieć. Risperidon, silny lek przeciwpsychotyczny, już działał. 33333Skutki uboczne dawał straszne. Trzęsła mi się ręka, nogi same chciały ponieść w siną dal. I tak w stałym ruchu, ani chwili spokoju. Tak to jest z tymi lekami. Energia psychotyczna, którą tłumią, musi zgodnie z prawem zachowania energii, gdzieś przejść, bo zniknąć nie może. Idzie więc w nogi. Potem było śniadanie, skromne, bardziej niż skromne. Dwie ledwie pomazane masłem i dżemem kromki jasnego pieczywa, kubek "herbaty", która była nią jedynie z nazwy. Leki wydawano w kolejce, w której wszyscy stali, jak do komunii. Kiedy przyszła moja kolej, poznałem tę cholerną tabletkę i musiałem się przemóc, aby ją połknąć. Przez chwilę miałem ochotę ukryć ją pod język - stary numer szpitalny - ale pewnie by się nie udało: stewardesa kazała pokazać język i sprawdzała, czy zażyłem. Zaczynał się czas wolny. Pusty dzień.
Część 22 / 4
*** Pielęgniarka weszła do sali 34 i wywołała mnie, każąc pójść za sobą. “Co, na elektrowstrząsy mnie biorą czy co…?” - mignęło przez myśl, ale zaraz uznałem to za niedorzeczne. Często słyszę w głowie “głosy”. Najczęściej mnie obrażają, dyskutują ze mną albo komentują moje decyzje. Tym razem jednak działał risperidon, więc tafla jeziora się wygładziła po wielkiej burzy, która przeszła nad moją głową. Szliśmy długim korytarzem, aż wskazała mi drzwi, otworzyła je i przepuściła przodem, a potem zamknęła i odeszła. Ujrzałem wielki stół, wokół niego zaś tłum siedzących ludzi. Niektórzy byli młodzi, zapewne stażyści, inni nieco starsi, ale średnia wieku była niska. Po lewej siedział Profesor, w okularach i krótko ostrzyżony, już posiwiały. Usiadłem na wolnym krześle, stojącym na środku. Poczułem się nieswojo. Zawsze w grupie tak się czuję. Nie znoszę tłumów, omijam zbiorowiska ludzkie, nie spaceruję głównymi promenadami miasta, przemykam gdzieś bocznymi, cichymi uliczkami. Profesor zaczął pierwszy. Spytał, jak się nazywam, ile mam lat, od kiedy się leczę, jakie leki zażywałem i jakie mam wykształcenie. Nie zapomniał wypytać mnie, jak się czuję i jakie objawy miałem w przeszłości. Zacząłem ubogą przemowę, jakby kazanie czy wykład uniwersytecki. Mówiłem, że źle mi się myśli, emocje są blade, a afekt spłycony. Poza tym dręczą natrętne myśli, mam depresję i że nic nie ma sensu. To, czym wszyscy żyją kompletnie mnie nie interesuje. Ludzie zajmują się głupotami, marnują życie, nie mają wielkich celów ani misji, nie wierzą w zadanie, jakie tylko oni mogą wykonać. Żyją od pierwszego do ostatniego, biorą kredyty, łapówki i chcą tylko przetrwać i oczywiście spłodzić potomstwo. Tak mniej więcej przemawiałem, a oczy wszystkich wbijały się we mnie, jak ciernie w głowę Chrystusa. Potem nastąpiły dalsze pytania. Ale już wiedziałem, że psychiatria służy budowaniu nowego porządku świata, gdzie będzie jedna, ludzka religia, kościół międzyludzki, towarzystwo wzajemnej adoracji. Świat się skończy. To wiedziałem na pewno. I bardzo martwiło…
*** Pewnego dnia zabrano mnie do pokoju z lustrem weneckim, które z jednej strony działa jak szyba, a z drugiej jak zwierciadło. Początkowo nie rozumiałem, po co tutaj jestem. Lekarka zadawała pytania, ja odpowiadałem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że rozmowy przysłuchują się ludzie zza szyby. Chyba zauważyła, że się pokapowałem. Rozmowa zeszła z mojego samopoczucia na sprawy obiektywne. - Ludzie pierwotni mieli psychikę podobną do chorych umysłowo. Wystarczy poczytać, jak pisali, jakby byli pijani. Powoli ludzkość zdrowiała, pozbywała się myślenia magicznego… - Sądzi Pan, że to się zmieniało? - wtrąciła pytanie lekarka w bieli. - Tak, ale z drugiej strony, gdyby tak było, nie mogliby prawidłowo funkcjonować...więc ta teoria chyba nie jest całkiem poprawna...być może było jeszcze inaczej. - Pan tworzy nową teorię. Według Pana psychika ludzi pierwotnych była inna niż nasza. To ciekawe. - powiedziała cieplejszym głosem. - Interesuje mnie, czy choroby umysłowe mogą dać wgląd w pytania egzystencjalne, ale to tylko moje przypuszczenia. Może mitochondrialna Ewa naprawdę istniała, może to, co piszą w dawnych tekstach jest jednak prawdziwe...psychiatria odrzuca starożytną mądrość, ale oni byli dużo mądrzejsi od nas...i zdrowsi. - ciągnąłem zdanie za zdaniem, ale nie umiałem przekazać istoty rzeczy. Wszystko zdawało się ważne, wszystko interesowało. Jeszcze kilka pytań, kilka odpowiedzi, jak się Panu tu żyje, co pan planuje po wyjściu, czy leki są dobrze dobrane, czy zajęcia panu odpowiadają. - Jest tu za dużo czasu wolnego. Oprócz gimnastyki i telewizji nie ma co robić. Więc siedzimy całymi godzinami w palarni i rozmawiamy o świętych. Nie ma nic do roboty. Puste dni, jedynie noce wypełnione snami. Które wskazują nam drogę, jak wskazywały świętemu Józefowi…
*** Wszedłem do palarni, w której można było powiesić siekierę. Niebieskawo-szary tuman dymu wisiał w powietrzu, tak, że początkowo nikogo nie widziałem. Dopiero po chwili ujrzałem siedzącego pod zakratowanym oknem Artura. Już kilka razy rozmawialiśmy, cierpiał na schizofrenię i nie działał żaden lek. Był ogolony na łyso, wysoki, dość barczysty, oczy piwne, niespokojnie spoglądały na mnie, jakby przyszedł mu nakopać co najmniej. Usiadłem naprzeciw i zapaliłem, była prawie północ. - I jak tam - spytał. - Byłem na przesłuchaniu...ta dziweczka, która mnie próbuje leczyć, wzięła mnie na lustro weneckie. Ciekawe, kto tam stał po drugiej stronie... - Uważaj na Olę, to psychopatka - rzucił szybko. - Myślisz? - Jasne, daje takie leki i takie końskie dawki, że chodzisz po ścianach i po suficie. Specjalnie tak robi. - No, ja musiałem prosić się o akineton, poszedłem do ordynatora, myślałem, że mi nie da, a on z rozbrajającą miną powiedział: "akineton? aha, nie ma sprawy" i kurde dali mi jeszcze przy obiedzie - mówiłem, a Artur odpalał jednego za drugim i zaciągał się głęboko. - Poznałeś Darka? - spytał. - Tego co wciąż czyta album z sanktuariami? - No, mówi, że jest bardzo szczęśliwy i że obcuje z Bogiem, dają mu silne leki, ale on i tak swoje. - Może jest owładnięty przez demony? - Albo święty. - Artur strzepnął do popielniczki. - Myślisz, że ma kontakt z transcendencją? - Możliwe. Psychiatrzy to idioci, wszystkich, którzy mówią coś o Bogu, traktują jak świrów. Chcieliby wszystkim chodzącym do kościoła zafundować niezłą terapię. Powinni spróbować wyleczyć w takim razie samego papieża. - Może chcieliby leczyć Jezusa... - zażartowałem, a Artur spojrzał melancholijnie za okno, za którym czerniło się niebo oświetlane poświatą niedalekiego lotniska. Właśnie przelatywał lądujący na Ławicy samolot, robiło się późno. - Idę spróbować w kimę. Nie przespałem ani jednej całej nocy od 3 lat - powiedziałem i wyszedłem z palarni. - Ja jeszcze posiedzę. Muszę coś przemyśleć... - rzucił na pożegnanie, zamknąłem drzwi i wróciłem na salę. Wszędzie było ciemno, tylko korytarz był oświetlony delikatnymi neonówkami. Władowałem się do łóżka. Wkrótce odpłynąłem na pełne morze...
*** Pewnego gorącego dnia siedzieliśmy w ogrodzie, po otrzymałem już wyjścia w towarzystwie pacjentów i o czymś dyskutowaliśmy. Wyrzucono nas z oddziału, po tym jak dostałem ataku padaczkowego, a na mierzeniu porannym ciśnienia okazało się, że wszyscy mają takie samo ciśnienie, jak ja. Profesor przysłał egzorcystę, który cały czas rozmawiał przez telefon w dyżurce w nieznanym języku. Wiedziałem, że ten człowiek został tu specjalnie przysłany po tym, jak pielęgniarki doniosły, że "takich reakcji pacjentów na leki dawno nie pamiętają". Wtedy profesor przysłał owego mężczyznę, który mówił w języku podobnym do węgierskiego, a w każdym razie z grupy ugrofińskiej. Po kilkunastu minutach sytuacja na oddziale powoli się normalizowała. I wtedy Profesor przysłał kapelana, który rozdał wszystkim, bez spowiedzi, komunię świętą i modlił się za cały oddział. Kazano mi usiąść i siedzieć, ale nie mogłem. Co chwila chciałem chodzić, coś robić, gdzieś pojechać, jakby mnie ktoś wołał. Postanowiłem gdzieś zadzwonić, ale nadal nie puszczał mnie "efekt halo". Wszystko zewsząd nacierało na mnie, bodźce wpijały się w mózg jak ostre kolce cierniowe, gdziekolwiek spojrzałem, tam było niedobrze i musiałem patrzeć gdzie indziej. Kiedy sytuację na oddziale opanowano, zbliżała się pora marnego obiadku. Przeszliśmy do jadalnego, w tle nadawał telewizor, w którym mówiono o aferach, biznesmenach i banksterach. Pielęgniarka chodziła w kółko po korytarzu i powtarzała: "Tu się dzieją cuda. Ja też chcę mieć takie niezwykłe zdolności..." - wyraźnie zazdrosna, patrzyła na mnie jakoś dziwnie, ale życzliwie. Potem podarowała mi "Być jak płynąca rzeka" Coehlo, więc miałem co robić. I wszystko byłoby już dobrze, gdyby…
*** Poszliśmy z ordynatorem do pokoju bibliotecznego. Stała tam przeszklona szafka, a na półkach stały różne książki. - Niech pan coś sobie wybierze. Pan kończył polonistykę, prawda? - Tak, a teraz próbuję od wielu lat skończyć doktorat. - Co pana interesuje? Może jakaś powieść kryminalna? - spytał. - Właściwie nie, nie wiem, co chciałbym poczytać. - Tu mamy biografię Mozarta...może to? - A czemu nie, niech będzie. - Mozart zmarł młodo, jak pan wie i został pochowany we wspólnym grobie, bo tak było najtaniej. Na pogrzebie był ksiądz i parę osób. A jego dzieła przetrwały… - mówił, a mnie się zdawało, że chce mi coś przekazać między wierszami. - Dobrze, przeczytam, ale źle mi się czyta przez tą chorobę. - To zaburzenia koncentracji uwagi. Ale niech pan ćwiczy czytanie, to najlepszy trening dla szarych komórek - powiedział mi, podając czarno oprawioną książkę jakiegoś zagranicznego autora i dał znak do wyjścia. - Mógłby tu pan usiąść, ale zamykamy ten pokój, żeby pacjenci nie zrobili bałaganu. - wyjaśnił ordynator i zamknął drzwi na klucz. - Niech pan wraca na oddział, miłego dnia. I odszedł. A ja zacząłem przeglądać biografię wielkiego kompozytora i zastanawiać się, czemu spytał, czy interesują mnie kryminały…
*** Skutki uboczne sprawiały, że czasami wykonywałem stary, szpitalny numer z tabletką pod językiem. Otwierałem paszczę, pokazywałem stewardesie, a pigułka była pod językiem. Szedłem szybko do kibla, wypluwałem i spuszczałem wodę. Te świństwa, zwane lekami neuroleptycznymi, musiałem wypluwać, aby nie chodzić po ścianach, jak inni pacjenci. Żaden nie mógł się niczym zająć, tylko chodzili bez sensu i bezcelowo po korytarzu, potem wracali na salę, kładli się na chwilę, by cały cykl rozpocząć od nowa. Przeglądałem dalej biografię Mozarta. Urodzony w bogatym rodzie, nie to, co ja. W wieku 3 lat dał pierwszy koncert, a w wieku 5 lat skomponował swój pierwszy utwór. Pomyślałem, że też tak chcę. Pewnego dnia zabrano nas na pierwszy spacer. Szliśmy grzecznie z panią od gimnastyki aż nad jezioro Rusałka, gdzie spacerowało sporo ludzi i wielu z nich dosiadało rowerów. Patrzyłem na przyrodę i nie wiedziałem, czym tu się podniecać. Drzewa, jak drzewa, jezioro takie samo, jak inne, na przykład mazurskie, gdzie byliśmy z rodziną w dziewięćdziesiątym pierwszy, kiedy Dieter Bohlen skomponował “Testamente d’Amelia”, chyba najpiękniejszą piosenkę w swoim dorobku. Patrzyłem na niebo, ale żaden latający spodek się nie zmaterializował. Oglądałem drzewa, ale na żadnym z nich nie wisiała tabliczka “pomnik przyrody”. Gdzieś w górze śpiewały, a raczej przygrywały ptaki niebieskie, co nie sieją ani nie orzą, a ojciec niebiański je wszystkie karmi. Przypominałem sobie, idąc jak zawsze samotnie z tyłu grupy, swoją niedokończoną podróż przez pół Polski i dziwiłem się, że w takim stanie nikogo nie stuknąłem.
*** Rankiem któregoś dnia, a czas w szpitalu płynie zupełnie inaczej, wypuszczono nas na ogród, a był upał czerwcowy. Nad nami co chwila przelatywały samoloty, także wojskowe. - Koniec świata - rzucił nagle Artur. - Przejdźmy się po tym małym parku - zaproponowałem. Szliśmy we trzech, oprócz nas dwu towarzyszył nam jeszcze Krzysiek, który już rezydował na części sanatoryjnej. Mijaliśmy klomby, zaniedbane żywopłoty, odgradzające nas od normalnego świata, oczywiście normalnego w wielkim cudzysłowie. Podeszliśmy za część kliniki, gdzie rezydowały kobiety. Właśnie mijała nas dość jeszcze młoda pacjentka. Patrzyła się dziwnie na nas, po czym odezwała: - Chce mi się...chce mi się...chcecie? - cichy szept, nieco złowieszczy, jakby zdradzała nam swoją największą tajemnicę. Wszyscy byliśmy zażenowani tą scenką, ale powiedziawszy to, kobieta zniknęła za zakrętem betonowej ścieżki. - One są napalone - stwierdził Artur. - Może na ciebie - dorzucił Krzysiek, wysoki blondyn, ubrany na sportowo i w trampkach. - Raczej na Rafała - spojrzał na mnie i mrugnął okiem. - Chodźmy dalej - powiedziałem i naraz znaleźliśmy się koło niedużego basenu, w którym nie było wody. Basen miał zardzewiałą drabinkę, był nieduży, tak, że z pewnością nie służył do pływania. - Po co tutaj basen - zastanowił się Krzysiek. Nagle w lot pojąłem, po co tutaj zbudowano tę sadzawkę. Wiedziałem już, do czego mógł służyć. Nie dałem po sobie poznać i wzruszyłem ramionami: - Pewnie dla pacjentów, żeby mogli się zrelaksować. Prawda była jednak inna, a znałem to z dawnych podręczników psychiatrii, gdzie omawiano rozmaite archaiczne metody leczenia. Chwilę staliśmy nic nie mówiąc, a dwaj moi towarzysze nadal wymieniali uwagi na temat osobliwego baseniku. Wróciliśmy znowu na oddział. W końcu korytarza stały za przeszkleniem dwa wygodne fotele, gdzie sobie siadłem. Okno wychodziło na wschodnią część budynku, widać było drzewo, chyba jesion albo dąb. Zacząłem się modlić w duchu. Nie było tu źle - posiłki i dach nad głową za darmo. Leki za darmo. Dawniej pacjenci spędzali w zakładach miesiące, a niektórzy całe lata, a nawet całe życie. Teraz wypuszcza się ledwo podleczonych pacjentów, którzy ze stresu znowu powracają, jak przez obrotowe drzwi. Nie ma funduszy na długie leczenie. Pacjent jest popędzany, żeby szybko stanął na nogi, żeby od razu znalazł pracę i to dobrą, żeby zaczął zarabiać i być samodzielnym. Wiedziałem po sobie, że to mrzonki. Schizofrenia nigdy się nie cofa, chyba za interwencją boską. Niszczy relacje, niszczy całe życie wewnętrzne, regresuje do poprzednich wcieleń, z których pochodzi czasem przekleństwo. Do dziś to tajemnica. Teorie wzajemnie sobie przeczą, podobnie jak w innych zaburzeniach umysłowych. Jedni mówią tak, inni że to nie tak. Nie ma jedności w tej wielości pomysłów, koncepcji i hipotez…
*** Wreszcie mogłem coś zrobić. Do tej pory nic mi w życiu się nie udawało, zupełnie jakby ciążyła klątwa, fatum czy złe oko ludzi zazdrosnych. Teraz czułem się wszechmocny. Zawsze mnie zastanawiało, czemu ludzie powtarzają w kółko “wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, w domyśle - w Bogu - ale z tego nie korzystają. Gdyby rzeczywiście Bóg nam pomagał, na pewno świat byłby lepszy. Zaraz odezwą się wyjaśnienia, że “człowiek jest wolny”, że ma wolną wolę i takie różne. Tyle, że jak uczą przypadki pacjentów człowiek znów taki wolny nie jest: oto czuje głód i musi zjeść, czuje pragnienie i musi się napić, musi chodzić do pracy, choć jej nie lubi. Zawsze dziwią mnie tłumaczenia, że granicą działania Boga jest rzekoma wolność ludzka. Jesteśmy niewolnikami. A co, jeśli nie Bóg stworzył nas, a zostaliśmy tu przetransportowani przez nieprzyjaznych Obcych? Istnieje sporo poszlak, na przykład fakt, że jako jedyny gatunek na ziemi bardzo trudno się tu adaptujemy w przeciwieństwie do zwierząt. Nie służy nam grawitacja - świadczą o tym choćby choroby kręgosłupa. Rodzące się dzieci mają nieproporocjonalne do budowy ciała kobiety głowy, co komplikuje akcję porodową. Chorzy umysłowo pokazują, że człowiek bardzo trudno się przystosowuje do życia ziemskiego, co może świadczyć, że zostaliśmy tu przywiezieni skądś. Skąd? Tego nie wiem. W każdym razie tłumaczenie, że Bóg nie działa, bo człowiek jest wolny, nie jest prawdą, Są ludzie, którzy latami powtarzają różne modlitwy, chodzą od kościoła do kościoła, od wspólnoty do wspólnoty, od rekolekcji do rekolekcji i nic. Wielkie nic. Jeśli tedy religia nie działa, to znaczy, że działa coś innego. Takie myśli przychodziły do głowy, gdy siedziałem pod oknem wychodzącym na wschód, za którym rosły dęby albo buki, kto to wie. Nie, człowiek jest częściowo wolny. To wiem na pewno, a upewnia mnie w tym fakt, że nawiedzeni szkoleniowcy w kółko powtarzają “możesz wszystko”, tyle, że jakoś praktyka ich życia tego nie potwierdza. Jeśli “możesz wszystko”, to czemu tego nie robią? I tak mądrość usprawiedliwiona będzie w swoich dziełach…
Część 33 / 4
*** Weszła pielęgniarka i kazała pójść za sobą. Zwlokłem się z łoża boleści o własnych siłach. Szła przodem. Ja za nią jak cień. Słońce grzało od wschodu i mój cień kołysał się na ścianie. Pacjenci chodzili tam i z powrotem. Bez celu. W sobie tylko znanym celu. W tym chodzeniu było coś strasznego. Jakby szukali czegoś. Jak gdyby szukali miejsca, portu przeznaczenia, byli w drodze. Bo może byli, nie wiem. Ja byłem. Oto w połowie podróży przez ten biedny wciąż kraj trafiłem tutaj i idę za przedstawicielką średniego personelu, jak sługa. Upokorzenie jest moim chlebem. Prawie ukończony doktorat. A ta mi będzie rozkazywać. No nie. Ale szedłem, bo zawsze słuchałem starszych, mądrzejszych i nigdy się nie buntowałem. Może czas na to, nie wiem. Skręciliśmy w prawo, wolne krzesła były w jadalni. - Zaraz ktoś Pana odwiedzi - powiedziała tylko i poprosiła, żebym tutaj grzecznie poczekał. Właśnie tak rzekła: “grzecznie”. Jasne, że poczekam. Mnie się nigdzie nie spieszy, tu jest tak fajnie, telewizor pokazuje najnowsze afery finansowe, w tle gra muzyka z radia i grają w ping-ponga dwaj pacjenci w lepszej formie. Zostawiła mnie i wyszła, zamykając deliaktnie drzwi. Zapadła głucha cisza, przerywana tylko szumem z radia i monotonnym stukotem odbijanej od zielonego stołu piłeczki.
*** Chwilę po wyjściu pielęgniarki siedziałem sam przy stoliku, gdzie mnie zostawiła, a w telewizji nadawano "Teleekspres", pacjenci nadal stukali w piłeczkę, a radio nadawało "Fly with me to Malibu" z lat 70tych. Nie wiedziałem, po co mnie tu przyprowadziła, więc czekałem. Jak zwykle nieco się nudziłem, podobno to cecha ludzi zdolnych. Nie czułem się jednak ani wybitny, ani nawet zdolny - przeciwnie jestem pewien, że sam nic nie potrafię ani bez pomocy ludzi, ani bez pomocy Opatrzności. Kiedy dopada mnie napad padaczkowy, staję się zombie. Leżę bezradnie na łóżku i błagam Boga o sen, albo najlepiej śmierć. Bodźce docierają nie tak, jak normalnie, ale wszystkie naraz, ze wszystkich stron, zewsząd i uciskają straszliwie. Potem, kiedy ten stan zwierzęcej, przedludzkiej świadomości mija, znowu jestem człowiekiem, ale już wiedzącym, że sam o własnych siłach niewiele potrafię. I że jest jakiś przełącznik w środku: przekręcasz kontakt i gaśnie światło, pyk i znowu świeci. Tak tedy siedząc przy stole, nudziłem się srogo. I wtedy usłyszałem najpierw kroki od strony korytarza, a potem uchylanie drzwi. Postać, która weszła, był to około 50-letni mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałem i drugi mężczyzna, ale starszy. Obydwaj byli dziwnie ubrani, jak na tę porę roku - w lekkich płaszczach, które zdjęli i powiesili na wieszaku, a wtedy zobaczyłem, że są ubrani w drogie marynarki i bardzo drogie buty. Wstałem, bo patrzyli w moją stronę i wtedy podeszli, wyciągając dłonie na przywitanie. - Pan Sulikowski, Rafał Sulikowski? - bardziej stwierdził niż spytał młodszy, a ja potwierdziłem skinieniem głowy. Nagle wszystkie słowa odeszły i staliśmy kilka sekund w lekkiej konsternacji, po czym odezwał się ponownie: - Przybyliśmy tu do pana, specjalnie do Pana - podkreślił i ruchem ręki dał znać, żebym usiadł, po czym obydwaj zajęli miejsca przy stoliku. Obydwaj mieli ze sobą ciemne aktówki, które otworzyli i wyjęli jakieś dokumenty, a aktówki postawili na podłodze z płytek kuchennych. - Bardzo nam miło Pana poznać. Jesteśmy medykami z Warszawy. Doktor Żuławski i ja chcielibyśmy zadać Panu kilka pytań, a potem przedstawić pewną propozycję - mówił tonem dość ciepłym, trochę jak do nastolatka. - Oczywiście, proszę pytać - powiedziałem, a wtedy odezwał się ów starszy mężczyzna.
*** - Przybyliśmy do pana z Warszawy, jak wspomniał kolega. Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań. Potem mamy dla pana kilka propozycji, zależnie od udzielonych nam teraz odpowiedzi - zaczął starszy mężczyzna, który się nie przedstawił. - W porzo. Walcie z pytaniami! - rzekłem, a potem ugryzłem się w język, lecz było za późno. Słowa poszły w eter. - W porządku. - kontynuował, jak gdyby nigdy nic starszy z przybyszów. - Najpierw chcemy sprawdzić, jak Pan jest zorientowany. Czy wie Pan, jaka jest dziś data i gdzie się Pan znajduje? - spytał miękkim głosem, a potem życzliwie pochylił ku mnie. - Wiem. Mam diagnozę przewlekłej psychozy, leczę się od 2000 roku, czyli od siedmiu lat. A teraz boli mnie tylko głowa - mój głos był nieco bezbarwny, niby z głębokiej studni, zdradzając spłycenie afektu i emocjonalne zblednięcie, o czym znałem z książek. - Zgadza się - inicjatywę przejął Żuławski, a starszy zaczął coś notować. - Podobno przejechał pan sam samochodem przez pół Polski w stanie ostrej psychozy? Czy to prawda? - Jak najświętsza. Ale nikogo nie puknąłem. Musiałem się tylko przespać w zajeździe pod Poznaniem. Rano chciałem jechać dalej o 6, ale drzwi jeszcze główne były zamknięte. Zostawiłem dowód osobisty w recepcji i wyszedłem przez okno z pokoju. Dosiadłem swego malucha i pognałem dalej na północ. Resztę zapisano w karcie przyjęć - opowiadałem specjalnie beztrosko, na luzie, lecz obydwaj mężczyźni słuchali nadzwyczaj uważnie i wszystko stenografowali jakimś swoim systemem notatek. - Wiemy. Karetka przywiozła Pana na ostry dyżur prosto spod kościoła ojców dominikanów z ulicy Kościuszki, gdzie wcześniej dostał pan śniadanie. Potem przywieziono pana tu. Ale ważne jest nie to, co pan mówił tutaj wcześniej. Ważne jest to, czego Pan jeszcze nikomu tu nie powiedział, a co wiemy z innych źródeł. Dlatego prosimy Pana o szczerość i zaufanie. Chcemy nie tylko panu pomóc. Ma pan okazję, żeby pomóc nam i podobnym sobie. I nie tylko....- zawiesił lekko głos Żuławski i w jego wzroku dostrzegłem miękkość i niemą prośbę. - Wiemy, że podobno zdołał pan przejechać ostatnie sto kilometrów na prawie pustym baku. A wcześniej w jakiś sposób pokonał pan ponad czterysta kilometrów trasy w...w trzy minuty. Nikomu pan tego tu nie opowiadał, bo obawiał się, że pana uznają za wariata i wlepią haloperidol. Pisał pan o tym tylko w sieci pod pseudonimem, ale my wiemy, że to Pana historia. Niech pan się nie boi. My Panu wierzymy…
*** Przez moment przy stoliku w jadalni szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Kościanie, gdzie siedzieliśmy, panowała pełna oczekiwania cisza. Zdawało się, jakby tylko stukot piłeczki ping-pongowej odbijał się od ścian, w których nadal ukryte były mikrofony i które to ściany widziały już wiele. Zaskoczenie, w jakie wpędzili mnie przybysze ze stolicy sprawiło, że zapomniałem nagle język polski i odezwałem się po angielsku. - Ok - mój głos był lekko przytłumiony. Tak to prawda. Kiedy wyruszałem z tego nawiedzonego zajazdu w Sobótce, gdzie otrzymałem nocleg za ostatnie 60 złotych, paliwa miałem najwyżej na dwadzieścia kilometrów. - Ile jest kilometrów z owego zajazdu na ulicę Kościuszki, gdzie pan ostatecznie zaparkował pod bankiem PeKaO? - spytał starszy przybysz. - Około sto - powiedziałem i umilkłem. - No, dobrze, a nie tankował pan po drodze - dopytywał młodszy. - Nie, bo ostatnie pieniądze zostawiłem w motelu - mówiłem, starając się jednocześnie pojąć, jak mówić, aby było, jak należy. - Wieczorem, po trasie byłem wykończony i szukałem noclegu. Początkowo zamierzałem dojechać prosto do celu, czyli do stryjka do Szczecina, ale nie przewidziałem, że podróż mnie wykończy. - Czy pamięta pan całą trasę? - Nie, właśnie nie bardzo wiem, w jaki sposób przejechałem te kilkaset kilometrów. - Czy pamięta pan skąd pan wyruszył? Z Krakowa? - dociskał młodszy, a starszy przeglądał jakiś dokument i jednocześnie notował. - Nie, chyba nie. Przed podróżą dużo jeździłem po Małopolsce, pamiętam jakąś pizzerię o nazwie “Kontakt”... - Tak się nazywała? - Tak, dlatego zapamiętałem. - Gdzie jeszcze pan jeździł? Proszę przypomnieć sobie przynajmniej najważniejsze miejsca - nalegał Żuławski, przybysz z pieprzonej Warszawki. - Wiem, że na pewno pojechałem do Wieliczki, kierując się na wschód, ale potem skierowałem się dalej na wschód, szukając pałacu, w którym byłem z ojcem jako dziecko. Potem pamiętam już niewiele…- zawahałem się, ale rzeczywiście moja pamięć była otamowana. - Dobrze, a jak pan trafił pod kościół ojców dominikanów z trasy z południa, nie znając w ogóle miasta? Proszę sobie przypomnieć, ile pan zdoła - prosił bardziej niż pytał Żuławski, co mnie nieco dziwiło. - Niestety, ostatnie moje wspomnienie to jakieś osiedle, wiem, że były to na pewno trzy dziesięciopiętrowe wieżowce, pomalowane chyba na coś jak skrzyżowanie różu i pomarańczy, gdzie wjechałem z głównej trasy…- urwałem, bo wtrącił się starszy, mówiąc do młodszego: - To mogła być w takim razie trasa nr 11 - po czym dodał: - Proszę mówić dalej. - No, więc na pewno skręciłem w prawo, był jakiś zjazd, taki typowy, z estakady, potem wjechałem na osiedle. - I tam pan po raz pierwszy telefonował na numer alarmowy 112, czy tak? - Tak, nagle poczułem się bardzo źle, przez chwilę myślałem, że zemdleję, miałem wysoki puls, więc zadzwoniłem. - Ale nie wiedział pan, jak nazywa się to osiedle, więc pogotowie nie wiedziało, dokąd podjechać - uzupełniał Żuławski, patrząc w dokumenty. - Właśnie tak. Tłumaczyłem tylko, że jestem na jakimś osiedlu, że stoją wysokie bloki i nie wiem, gdzie jestem. - Nie miał pan planu miasta, ani mapy Polski, nie mówiąc o GPS - dodał starszy. - Tak, jechałem kierując się wyłącznie znakami drogowymi i intuicją. - Co było dalej? - Niewiele już potem pamiętam. Zdenerwowałem się bardzo, kiedy pogotowie nie mogło przyjechać i pojechałem dalej. - Zatrzymał się pan na stacji benzynowej. - Tak, ale nie wiem, której. - Nie wie Pan, jak się nazywała? Orlen, Shell, Lotos? - Nie, wiem, że miała żótłe logo i nic poza tym. - Chciał pan zatankować paliwo… - zaczął Żuławski i urwał, a ja z trudem wydusiłem: - Tak, w baku było pusto, przez chwilę chciałem zatankować i odjechać. - Nie płacąc? - Tak. - Ale ostatecznie wystraszył się pan i zrezygnował z tankowania. - Tak jest, ruszyłem po chwili dalej, kupiłem tylko puszkę coli, był straszy upał. - I co dalej? Pamięta pan, jak dostał się ze stacji pod klasztor? - Nie, nie pamiętam. Wiem, że pytałem przechodniów o drogę, dziwnie się patrzyli, coś tłumaczyli, ale nic nie rozumiałem. I po drodze widziałem jakąś stłuczkę, to było w jakimś parku, dość dużym… - zamilkłem, bo mimo wysiłków to było wszystko. - W każdym razie dotarł pan bezpiecznie pod kościół. - Tak, i po śniadaniu próbowałem wypłacić pieniądze z bankomatu, które próbował przelać mi ojciec. Ale pieniądze nie doszły. A może bankomat był zepsuty. - I wtedy zadzwonił pan po raz drugi na 112 - bardziej stwierdził niż spytał Żuławski, odkładając dokumenty. - Tak. Powiedziałem, że stoję koło dominikanów i że mam schizofrenię i bardzo niedobrze się czuję. Przyjechali w kilka minut…
*** Moment trwało spokojne, pełne milczenie, podczas którego Żuławski coś szepnął do towarzysza, ten wyjął z aktówki jakiś papier i mu wręczył, po czym zwrócił się z pytaniem, czy rozmowa nie sprawia mi cierpienia. Kiedy odpowiedziałem, że nie, doktor kontynuował. - Tak, karetka przyjechała w parę minut, pan wsiadł i zawieziono go na ostry dyżur. Proszę powiedzieć, jak pan się czuł, gdy jechał w karetce? - O wiele lepiej niż na ulicy. - Czyli niepokój się zmniejszył? - Zmierzono mi ciśnienie, podano jakiś zastrzyk...nie pamiętam szczegółów. - Dobrze, dalej już pan sporo mówił podczas rozmowy na izbie przyjęć 19 czerwca rano. Teraz chcielibyśmy...chcielibyśmy dowiedzieć się nieco więcej o tym, co wydarzyło się, zanim pan wsiadł w samochód i udał się w kierunku Szczecina. Z pana relacji jak dotąd niewiele wiemy o chwilach bezpośrednio sprzed wyjazdu. Zostawimy pana na chwilę tutaj. Proszę przypomnieć sobie jak najdrobniejsze detale, a dlaczego o to prosimy, powiemy panu później. Żuławski zebrał ze stołu papiery i razem z nieznajomym równocześnie wstali. - Musimy teraz załatwić jedną ważną sprawę z ordynatorem. Proszę tutaj poczekać. Będziemy za jakieś piętnaście minut. Zostałem sam ze swoimi wspomnieniami. Coś mi się nie zgadzało. Czułem bardziej niż byłem świadomy, że coś tutaj w tym wszystkim się nie zgadza. I że może obydwaj przybyli pomogą mi to ustalić…
*** Minęło kilkanaście minut, które liczyły się tak, ile ich w godzinie, a godzin w wieczności. Wrócili. Usiedli. Znowu aktówki wylądowały koło stolika, a papiery na stoliku. Piłeczka nadal skakała rytmicznie po zielonej, twardej łące. Wtedy odezwał się Żuławski. - Co pan pamięta z czasu sprzed wyjazdu na północ? - Kiedy panowie byli u ordynatora, przypomniałem sobie, że z pizerri... - tej, która nazywała się "kontakt"? - wtrącił starszy. - Właśnie, więc z tej pizzerii, gdzie zaczepiło mnie kilku młodych, a ja zrobiłem tam im straszną awanturę, odjechałem na wschód, chyba drogą na Bochnię, potem Brzesko i dojechałem do Łańcuta. - Dlaczego tam? - Nie wiem. - Co było dalej? - Pamiętam tylko, że otoczyła mnie jakaś mgła...na drodze nie było żadnych aut...wiem, że jechałem w gęstej jak cukrowa wata mgle...po pewnym czasie straciłem orientację, gdzie jestem i dokąd jadę, więc nieco zwolniłem...zobaczyłem, że jestem w jakimś lesie, jechałem dalej. Po chwili las się skończył i ustąpiła też mgła. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Jechałem dalej, ale zauważyłem, że zegar na tablicy rozdzielczej się zatrzymał na 12.03, a jeszcze trzy minuty wcześniej chodził. Kiedy popatrzyłem na swój zegarek, który noszę zawsze ze sobą, ze wskazówkami, zobaczyłem, że pokazywał godzinę 16.19, co wydało mi się dziwne. Potem dotarłem do jakiegoś znaku informacyjnego. Było na nim napisane "Opole 8 km". Byłem przerażony, więc zatrzymałem się w przydrożnej knajpie, gdzie poprosiłem o colę. Spytałem, która jest godzina i jak się nazywa miejscowość. Była 12.03 w południe...potem nie pamiętam... - Ile jest kilometrów z Łańcuta do Opola? - zapytał rzeczowo Żuławski. - Około 280. - Ile musiałby pana jechać swoim samochodem, aby pokonać taką odległość? - Około 4.5 godziny. - A czy pamięta pan, o której wyjechał pan z Łańcuta? - Tak. Była 11.59, najwyżej 12... Przy stoliku zapadła głucha, straszna cisza. Słuchać było tylko stukot ping-ponga i miarowe tykanie wiszącego nad telewizorem ściennego zegara...
*** Podczas, gdy trwało milczenie, pełne ukrytych znaczeń, zielony stół nadal wydawał miarowy stukot, a zegar wskazywał wciąż tę samą godzinę. Czas stanął. Siedzieliśmy wszyscy w milczeniu, którego nic nie mąciło. Nawet stukanie piłeczki dochodziło teraz jakby zza szyby albo zza mgły, co pardoksalnie pomagało w nadaniu tym chwilom czegoś nieokreślonego. - Zatem…- próbował zacząć Żuławski, ale nie mógł, więc podjął młodszy: - Zatem ok. godziny 11.59 przy przytomnym umyśle, zakładam też, że trzeźwym, ale skądinąd wiemy, że Pan nie pije w ogóle, był pan blisko Łańcuta. W trzy minuty później, kiedy jeden z zegarków wskazywał 12.03, był pan blisko znaku drogowego “Opole 8 km”, a oba miejsca dzieli przestrzeń około 280 kilometrów. Co jeszcze pan pamięta bezpośrednio sprzed południa i bezpośrednio po tym, jak dowiedział się, gdzie się znajduje? - Niewiele. Był las, słońce przykryły dziwnego kształtu chmury, wokół nagle zamgliło się szarą mgłą, miała jakby lekkie, srebrzyste prześwity. Jechałem wolno. Kiedy ostatni raz mijałem znak miejscowości Łańcut, spojrzałem na zegarek, wybijało południe, włączyłem jak zwykle o pełnej godzinie radio, żeby posłuchać wiadomości. Wokół o tej porze nie było żadnych aut, ani pieszych. Gdzieś w oddali widziałem chmury gradowe na horyzoncie. Szły w moim kierunku. Kiedy minąłem znak, radio zaczęło szwankować, więc je wyłączyłem. Potem zapadł półmrok lasu. Kiedy wyjechałem, niby z tunelu, po drugiej stronie było pochmurno, więc nie widziałem słońca. Niedługo potem zobaczyłem ów znak “Opole 8 km”. - Pamięta pan te miejsca? Dałby radę pan je wskazać w razie potrzeby? - Tak, o ile znaki drogowe są nadal tam, gdzie były. Żuławski odzyskał tymczasem mowę. Przestał wertować notes i zamknął go, a potem zwracając się bardziej do towarzysza niż do mnie, powiedział, że “już czas na nas”. Początkowo nie rozumiałem, o kogo chodzi, sądząc, że mówi o nich. Tymczasem Żuławski nie pytając o zgodę, tonem rzeczowym powiedział: - To chwilowo by było tyle. Teraz do wieczora ma pan wolne. Proszę spakować swoje rzeczy i starać sobie przypomnieć, jak najwięcej. Wieczorem przyjedzie po pana nieoznakowany radiowóz. Kierowca będzie czekał na parkingu. Kiedy poda pan hasło: “Skądinąd”, on odpowie: “I zewsząd”, a wtedy wsiądzie do środka. Ordynator już wie, podobnie jak pana lekarz. Natomiast nie mówić proszę ani żadnemu pacjentowi, ani pielęgniarkom. Wyjdzie pan na znak przesłany przez sms. Oddział będzie wtedy w jadalnym na kolacji. Salowe pana wypuszczą tylnymi drzwiami na ogród, stamtąd podejdzie pan na parking obok starego basenu. Kiedy skończył, znowu zapadła cisza, jednak tym razem inna. W oddali grzmiało. Pierwsze przebłyski i ciężkie, czerwcowe krople zaczęły uderzać o ziemię. Obydwaj mężczyźni wstali, kolejno pożegnali i niepostrzeżenie wyszli z jadalni, nie zostawiając najmniejszego śladu. Zostałem sam.
Część 44 / 4
*** Kiedy wyszli, głucha cisza odbiła ostatni serw ping-ponga. Telewizor był już wyłączony, wszyscy gdzieś znikli. Zbliżała się burza, widać było zarysy chmur i kontury błyskawic na zachmurzonym mocno horyzoncie. Zbliżała się druga po południu, zaraz podadzą obiad. Minęła ledwie godzina, odkąd poznałem dwóch nowych znajomych. Przyszli i wyszli, ale zapewne wrócą. Nie starałem się układać żadnego planu na przyszłość. Żyłem raczej przeszłością, tym, co było i nie wróci. Bo teraźniejszość mnie nie pociągała. Zbyt bliskie, oślizgłe jej szpony opełzały mnie jak pyton, ściągały z chmur na twardą posadzę szpitalną, była zbyt nachalna, by nie rzec - natrętna. Miałem kilka godzin, które musiałem zagospodarować, bo przypuszczałem, że i tak miną, nawet jeśli nie zrobię z tym nic. Z doświadczenia wiem, że nie ma nic dłuższego niż pięć minut w kolejce u dentysty i nic krótszego niż pięć minut jedzenia gałki lodów. Taki to jest ten czas - dziwny, niejednorodny, jakby rzeczywiście nieciągły. Coś trzeba było zatem postanowić i raczej teraz niż za godzinę. Najpierw jednak trzeba było zjeść solidny obiad, a tego dnia miał być schab bez kości, ulubione menu mojej nieodżałowanej wciąż babki. Zawsze stawała z trzcinką nade mną i mówiła, że mam zjeść wszystko z talerza, bo jak nie, to ta trzcinka - tu pokazywała mi przed nosem - będzie w robocie. Trzcinka lądowała z powrotem w przedpokoju za kaloryfer koło łazienki, i nigdy nie była w robocie, ale ja zwalony wielkim jak chłopska, spracowana dłoń schabem musiałem na jakieś dwie godziny zrobić sobie drzemkę. Teraz jednak trzcinka mi nie groziła. Raczej pusty, niezagospodarowany niczym sensownym czas, który wlecze się najbardziej, jak człowiekowi czegoś zaczyna brakować. Raczej pustynia niż wnętrze barokowej świątyni. Raczej szklanka pusta niż pełna do połowy. Tymczasem siedząc dalej w tym samym miejscu, w którym zostawili mnie medycy ze stolicy, zauważyłem, że nadeszli pacjenci, zaczęli manipulować przy wystawionych na stoły na czas sprzątania krzesłach, zaraz wjechał parujący zupą wózek bemarowy, z którego salowy już rozlewał gorącą strawę dla uciśniętych duchowymi sprawami powłok cielesnych. Pacjenci tańczyli między stolikami, aż przechodziły dreszcze, jednak żaden się nie potknął. Codzienny taniec wyćwiczył widać ich zmysł równowagi. Podszedlem, wróciłem z talerzem, zjadłem, potem wrąbałem drugie, tak, to się nazywa kuchnia polska, nie jakaś tam azjatycka, chińska czy inna szwabska, polskie to jest to - suto, dużo, mocno, jeszcze brakuje czerwonego wina półwytrawnego co najmniej, a potem deseru z lodami. Kiedy szczękały oddawane pod bemar naczynia, zrozumiałem, że nic się poza obiadem nie kończy. Że w życiu i dniu są takie małe końce, jak koniec jedzenia, koniec zmiany, koniec odpoczynku, ale że zaraz jeden koniec przechodzi w nowy początek, jak w poematach Eliota. I że to znużenie poobiednie jest konieczne. Powlokłem się ze znajomym ciężarem w połowie ciała do swej sali, zwaliłem w ubraniu i butach na łóżko, pacjent już nie nucił, a mikrofony ze ścian zaczęły tymczasem niepostrzeżenie znikać. Krótko potem zmorzył mnie sen. Był jak ciemna, chłodna studnia pośrodku letnich upałów gdzieś wysoko w Sudetach. Jednak to nie tam, coś mi się tłukło, zupełnie nie tam…
*** Podczas, gdy odpoczywałem po obiedzie, drzwi do gabinetu ordynatora otwarły się na trzy sekundy i zamknęły; do środka weszła lekarka Ola, która próbowała leczyć mnie sobie znanymi sposobami, podając silne inhibitory receptora typu 2 dla szlaków dopaminy. Średnio jej to szło, o czym świadczyły obecne jeszcze nadal, choć już śladowo, mikrofony w ścianach, tudzież niewidoczne kamery, służące do pilnowania mnie jak oka opatrzności w trójkącie. Kiedy ordynator ujrzał Olę, ta przywitała się, a ów zdjął nogi z biurka, gdzie je przed chwilą od dłuższego czasu trzymał. Zawsze tak robił, ilekroć coś frapującego miał do przemyślenia. Usiadła. Chwilę panowało milczenie, które przerwał ordynator. Powiedział, że nie jest pewny, czy dobrze zrobił, zgadzając się na przeniesienie pacjenta po krótkim jeszcze pobycie, z widocznymi urojeniami i zaburzeniami postrzegania (wie pani, że on sądzi nadal, że pacjenci chodzą w cywilnym ubraniu?) do dużego, wręcz bardzo wielkiego miasta, jakim jest stolica, gdzie niewątpliwie jest więcej bardziej nowoczesnych metod leczenia, ale z drugiej strony hałasu, zgiełku i stresu. Kiedy zapytał, w jakim dziś stanie jestem, Ola odpowiedziała, że kwestią czasu jest działanie lekarstwa i że rokowania - przynajmniej co do objawów wytwórczych - są raczej pomyślne. Wciąż jednak nie przekonany dodał, że nie bardzo ufa temu Żuławskiemu. Po co przenosić pacjenta do Warszawy, skoro prawie takie samo leczenie zapewnia mu nasz szpital, który - wedle rankingu tygodnia “Wprost” w 2007 roku - jest obecnie najlepszą placówką zdrowia psychicznego w kraju? I jak im wierzyć, skoro niewiele o sobie powiedzieli, a ponadto - mają zamiar przewieźć pacjenta tam nieoznakowanym radiowozem. Jak jakiegoś przestępcę! - krzyknął wzburzony. - Albo...albo kogoś ważnego, przynajmniej w ich opinii - zamyśliła się, a wtedy ordynator wydał ostatnie decyzje. Tu jest karta wypisu, miejmy nadzieję, że ostatecznego. “Pacjent w wyrównanym nastroju i prawidłowej orientacji, bez myśli i tendencji suicydalnych, zostaje na wyraźne żądanie odpowiednich władz warszawskich przeniesiony do tamtejszego Instytutu Neurologii i Psychiatrii, aby wziąć udział w nowatorskim, eksperymentalnym leczeniu, wdrażanym jako III faza badań klinicznych przez wyżej wymieniony instytut. Leczenie potrwa co najmniej trzy miesiące. Możliwy wcześniejszy powrót do ośrodka poznańskiego w razie nieprzewidzianych sytuacji.” Kiedy przeczytał, lekarka machnęła parafkę, wbiła swoją pieczątkę i schowała papier do tekturowej teczki. Potem wyszła. Ordynator znowu położył nogę na nogę i bębniąc palcami o blat, jednocześnie bawił się ołówkiem. Tymczasem po krótkim odpoczynku, zdecydowałem, że zacznę się pakować. Nie miałem wielu rzeczy: przybory łazienkowe, Biblia, książka o Mozarcie, trochę zeszytów, telefon, cudem wywalczony u pielęgniarek, dokumenty, portfel i dres do spania oraz szpitalne laczki. Te postanowiłem zostawić, może przydadzą się komuś następnemu. Kiedy rzeczy zostały sprawnie spakowane, usiadłem w korytarzu i gapiłem się na gałęzie za oknem. Burza nieco zmieniła kierunek. Szła teraz w kierunku południowo-zachodnim, w stronę Kościana. Niebo lśniło jak w bajce. Dzień przełamywał się na drugą stronę, jak śpiący na drugi bok. Wróciłem do sali i runąłem na posłanie. Zmorzył mnie krótki, krzepiący sen…
*** Lecz wszystko w tym życiu dobiega kresu, nawet sen. Była piąta, czas kolacji. Gdyby ktoś rzeczywiście zamontował kamerę w sali nr 37 uniwersyteckiego szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych przy ulicy Szpitalnej 27, a potem analizował zapisany obraz, zobaczyłby wysokiego mężczyznę, powoli wstającego z posłania, na którym moment wcześniej coś śnił. Pacjent rozejrzał się nie całkiem spokojnie dookoła, a następnie sprawdził telefon, po czym przez chwilę skupił i podjął znać jakąś decyzję, bo kamera ukazała go zbierającego swoje rzeczy, a mikrofon zarejestrował krótką rozmowę z właśnie przybyłym do sali pacjentem, tym, który wcześniej nucił pod nosem pieśń “Matko Najświętsza, do serca twego, mieczem boleści wskroś przeszytego”. Gdyby włączyć w tej chwili dodatkowo mikrofon, rozmowa wyglądałaby tak: - O, Rafał, spakowałeś się. Gdzieś jedziesz? - Nie, znaczy tak, nic takiego. - Przepustka? - Właśnie, to dobre słowo. Przepustka. - Nie zapomnij wrócić na czas. - Chyba mnie trochę przytrzymają…- Jakby co zostawimy balkonowe uchylone, jak zwykle. - Okej, spoko, wiesz ja już muszę iść. Trzymaj się, Darek. -Narka! Potem kamera pokazuje widok sali 34, w której pozostał już tylko wspomniany Darek, który znowu zaczął śpiewać i układać posłanie. Wszyscy byli na kolacji, widocznie on zjadł wcześniej, albo wcale nie chciał jeść. W każdym razie, jak się zdawało, droga była wolna. Należało tylko przejść korytarzem obok pielęgniarek, a potem palarni do telewizyjnego, gdzie miała miejsce rozmowa z Żuławskim, potem przejść przez werandę do ogródka, a stamtąd na parking było całkiem blisko. Jak to się jednak dzieje zwykle, gdy coś człowiek tam sobie planuje, nagle pacjentowi wyrosła na drodze postać w bieli. - A Pan się dokąd wybiera? - spytała władczo i zastąpiła drogę. Przez chwilę trwało przykre milczenie. Wtedy ni stąd ni zowąd odezwał się kobiecy głos z dyżurki: - Może iść, ma przepustkę. - Aha, przepustka? A lekarz wie? - mówiła jednocześnie dziwnie się uśmiechając, jakby wiedziała coś, o czym pacjent nie wiedział, albo dawała znać, że wie, iż on kręci. - Tak, papiery są w dyżurce - znowu dobiegł zza pancernej szyby aksamitny, lecz stanowczy głos przełożonej personelu szpitalnego. - Tylko żadnych kobiet na przepustce. Ani alkoholu ani kropli - pogroziła palcem i puściła wolno. Odetchnął, czego jednak najczulsza nawet kamera nie byłaby w stanie zapisać, jednak odczuło się jakby zmianę atmosfery w powietrzu. Droga stała otworem. Teraz chyba nic ani nikt nie wyrośnie jak spod ziemi prosto pod nogi. Trzeba tylko przejść obok tej cholernej jadalni, gdzie pacjenci jedli, oglądając “Teleexpres”. Ale i to się okazało łatwe. Kiedy ostatnia kamera w szpitalu pokazała pacjenta już na werandzie, z tyłu podjechało na parking ciemne, opancerzone bmw. Kierowca włączył światła postojowe, zaciągnął ręczny, silnik puszczając na jałowym biegu i czekał. Ostatnia kamera, już parkingowa, zapisała jakieś pół minuty, kiedy oczom wszystkich ukazał się około trzydziestoletni mężczyzna, ubrany na sportowo, który podszedł do bmw o ciemnych szybach i coś powiedział przez okno do kierowcy, a ten coś odpowiedział. Następnie kierowca wysiał, wziął bagaż, wsadził do bagażnika, po czym otworzył tylne prawe drzwi i gestem zaprosił mężczyznę do wewnątrz. Drzwi się zamknęły, auto powoli bardzo ruszyło, objechało raz jeszcze parking, potem ruszyło w kierunku biało-czerwonego szlabanu, który otworzono natychmiast. Auto podjechało do skrzyżowania ze Szpitalną, kierowca włączył prawy kierunkowskaz i po chwili samochód znikł w alei przycmentarnej, całej wysadzanej przekwitymi już kasztanami. Jeszcze z daleka widać było mały, czerwony punkcik, jednak z czasem i on zniknął na horyzoncie…
*** Minęło kilka dni, w czasie których zdążono prawie zapomnieć o pacjencie, nagle zabranym do innego miasta w nie do końca jasnych okolicznościach. Prawie, bo po tygodniu przypomniał sobie o nim ordynator. Jak potem mówił, chciał “tylko” sprawdzić, czy w nowym miejscu pacjent czuje się dobrze, nie dzieje się mu krzywda, a lekarze dokładają starań, aby wszystko przebiegało pomyślnie. Kłopoty zaczęły się chyba już w momencie, kiedy pacjent znowu jak żywy stanął przed oczami ordynatora. Siedząc z nogami na biurku, uświadomił sobie bowiem, że niewiele w sumie się dowiedział o chorobie mężczyzny, jego przeszłości i historii życia. Tak się składało, że lekarze prowadzący wiedzą nieco więcej, ale też po łebkach. Nie mają czasu ani sił, które zżera administracja i praca papierkowa. Zamiast leczyć, wypełniają formularze, jak w prozie Franza Kafki. Formularze te tworzą nigdzie nie zaczynający się i nie kończący korytarz bez wyjścia. Kto raz wszedł w machinę, nigdy stamtąd nie wychodził. Dlatego postanowił sprawdzić, co trzeba i w tym celu wezwał znowu Olę. Weszła z pytającą miną, a wtedy rzekł: - Słuchaj, trochę się niepokoję o tego twojego pacjenta, Rafała, wiesz, tego, którego nam stolica zabrała w zeszłym tygodniu. Trzeba by tam zadzwonić. - Nie ma sprawy, znajdę telefon i spróbuję wypytać. - Tak, a spytaj, czy wdrożyli już to eksperymentalne leczenie, jak na nie reaguje, jak się czuje, wiesz, wszystko, co się da. Ja już dziś nie zdążę, mam sporo roboty. - z miną winowajcy obrócił wzrok ku Oli, która zapewniła, że przyjrzy się sprawie i w razie czego ściągnie pacjenta z powrotem. Potem wyszła, a nogi ordynatora ponownie znalazły się na dużym, dębowym chyba biurku. Od południa znowu szła burza. Grzmiało, za oknem zrywały się porywy wściekłego wiatru, a pierwsze krople zderzały się z gałęziami drzew, które przytulały się do okna gabinetu ordynatora w szpitalu dla umysłowo chorych na ulicy Szpitalnej 27…
*** Ordynator jednak stawał się coraz bardziej niespokojny. Musiał coś zrobić, nie czekać z nogami założonymi o blat. Bezczynność pacjentów wzmagała tylko jego aktywizm życiowy. Otworzył zaraz po wyjściu lekarki komputer, myszką kliknął ikonkę “Internet Explorer” i wpisał dane szpitala w Warszawie. Po chwili wyskoczył mu numer stacjonarny do centrali głównej. Wylogował się, zapisał numer i wziąwszy słuchawkę, wykręcił cyfry. Kilka głuchych dźwięków i po chwili z drugiej strony kabla odezwał się merytoryczny głos recepcjonistki. - Tu centrala instytutu psychiatrii i neurologii w Warszawie, w czym mogę pomóc? - Mówi ordynator szpitala w Poznaniu ze Szpitalnej. Chciałbym rozmawiać z doktorem Żuławskim. - Z kim? - Z doktorem Żuławskim, Andrzejem Żuławskim. Kilka dni temu gościł w naszym ośrodku. - Niestety, od kilku lat już nie pracuje tutaj. Ordynatora przebiegł dreszcz. - Jak mam to rozumieć? - Był wybitnym specjalistą, także neurochirurgiem, jak pewnie pan wie. Jakieś pięć lat temu przeżył osobistą tragedię. Zwolnił się wtedy. Podobno wyjechał za granicę. Miał w planach otworzyć ośrodek badań nad zdolnościami paranormalnymi. Nikt z nas nie wie, gdzie się obecnie znajduje. Ordynator zapytał jeszcze, czy szpital przyjął kilka dni temu, dokładnie tydzień temu, jakiegoś nowego pacjenta, ale uzyskał odpowiedź negatywną. - Nie, nie było żadnych nowych przyjęć. Zbliżają się jednak wakacje, okres dopalaczy, spodziewamy się więc gości, że tak powiem. Ordynator struchlał, ale nic nie odpowiedział. Podziękował i rozłączył się. Natychmiast wezwał Olę w trybie pilnym przez pager’a. Wchodząc, ujrzała tylko straszne, puste oczy ordynatora. -Ola, mamy problem. Poważny problem… *** Przez sekundę panowała cisza, ale inicjatywę przejęła przybyła lekarka. - Próbowałam dodzwonić się do szpitala, jednak…- Już dzwoniłem - wszedł w słowo ordynator. - Ola, musimy chyba zgłosić na policję. Żuławski od kilku lat nie pracuje w Instytucie. I nie przyjęto żadnego nowego pacjenta. Coś się stało? - Masz telefon do tego Żuławskiego? - Zostawił, spróbuję. Wziął telefon i wykręcił numer. “Po sygnale nagraj wiadomość” - odezwała się słuchawka. - Nic z tego. Albo jest poza zasięgiem, albo ma wyłączony telefon. Dzwonię na policję, nie ma rady. - Poczekaj. Ostatecznie nic się jeszcze nie stało. - Jak to? Żuławski przedstawił się jako obecny pracownik placówki. I pewnie miał lewe papiery. Zabrał ciężko chorego pacjenta i nie wiadomo, dokąd go zawiózł. Trzeba było wcześniej… Muszę zgłosić. Znowu wziął słuchawkę, która tymczasem umilkła i poczekał na połączenie z uniwersalnym numerem alarmowym 112. - Tu Komenda Rejonowa Policji Poznań-Grunwald. W czym mogę pomóc? - głos dyżurnego policjanta był rzeczowy podobnie jak głos recepcjonistki z centrali warszawskiego instytutu. - Mówi ordynator oddziału “B” ze szpitala neuropsychiatrycznego w Poznaniu. Chciałbym zgłosić zaginięcie. Nastąpiły rzeczowe i krótkie komendy, pytania i odpowiedzi, które padały szybko jak razy pejczem. Kiedy dyżurny wszystko zapisał, pouczył, że w tym momencie uruchomione zostają operacyjne procedury, standardowo stosowane w przypadkach telefonicznych zgłoszeń o zaginięciu osób, jednak dobrze by było, aby ordynator osobiście pofatygował się na komendę, żeby potwierdzić zgłoszenie, jak również na bieżąco uzyskiwać najnowsze informacje z policyjnego dochodzenia, jakie w tej chwili zostało podjęte. Ordynator odpowiedział, że niezwłocznie się stawi, a wtedy komendant podał adres i swoje stanowisko służbowe, po czym rozłączył się. - Zgłosiłem. - niepotrzebnie powiedział do lekarki, która cały czas była w myślowym wirażu i starała się za wszelką zrozumieć coś z tego, co się dzieje. - Ok. - wydusiła. - Tak trzeba było zrobić. Ale mam jeszcze inny pomysł…
*** Kiedy ordynator podniósł pytająco wzrok, lekarka pospieszyła z wyjaśnieniami. Po co, dowodziła, czekać, aż policja coś zrobi. Wiedzą przecież oboje dobrze, że rutynowe śledztwa trwają bardzo długo, wloką się niemiłosiernie, a na końcu są umarzane, co nie daj Boże. Powinniśmy, mówiła, zaangażować jeszcze kogoś. Najlepiej prywatną agencję detektywistyczną, albo prywatnego detektywa frilansera. - Ale nie mamy na to budżetu. - w głosie ordynatora nadzieja mieszała się z obawami. - W naszym obopólnym interesie jest jak najszybciej wyjaśnić tę sprawę. Inaczej oboje bekniemy - powiedziała bez ogródek, a ordynator zaczął bębnić palcami po blacie. - Słuchaj, a jakby tak spróbować zadzwonić do pacjenta? Mamy jego telefon. Najgorsze, że nie powiadomiliśmy w ogóle rodziny o przeniesieniu. I teraz musimy to zrobić. - Jeszcze nie. Rodzina do tej pory była nastawiona roszczeniowo i z jego opowieści wiemy, że przed chorobą raczej się nim nie interesowała w stopniu, jakiego wymagają osoby o słabszej psychice. Dzwonię. Wzięła słuchawkę i czekała na połączenie. “Abonent czasowo niedostępny” - zawyła słuchawka, a zrezygnowana Ola wcisnęła czerwony przycisk. - Niedostępny… - Coraz bardziej mi się to wszystko nie podoba...te nagłe przenosiny, w końcu dokąd go zabrali, skoro nie do szpitala? Do prywatnej lecznicy? W Rosji? - Spokojnie, ostatecznie Żuławski jest lekarzem i składał przysięgę Hipokratesa, a to, że nie pracuje tam, gdzie podawał różnie można tłumaczyć. Niekoniecznie na jego niekorzyść. Może zawiózł pacjenta do jakiejś prywatnej placówki… - Albo zakopał w lesie - wybuchł ordynator. - Daj spokój, od razu czarne myśli. - Zaraz cały oddział będzie tylko o tym mówił - kontynuował. - Rozejdzie się do mediów i leżymy. - Dlatego nie wolno informować póki co rodziny. Jak się spytają, gdzie jest pacjent, powołamy się na fakt, że jest dorosły i nie jest ubezwłasnowolniony. Tajemnica lekarska. Został przeniesiony i już. - I tak się kapną. Zadzwonią do niego albo do Warszawy i pocałują klamkę, a wtedy afera gotowa. - Zgłosiliśmy na policję. Oficjalnie nic więcej nie mogliśmy zrobić. Żuławski i jego towarzysz przedstawili nie budzące podejrzeń dokumenty. Było pismo z ministerstwa zdrowia, że pacjent, zresztą sam o to prosił, został zakwalifikowany do III etapu badań i tyle. Trudno było z góry coś zakładać. - Dobra, z tym detektywem to dobry pomysł. Pokryję koszty od siebie. - Pół na pół. I telefon do przyjaciela…- próbowała zażartować Ola, ale na twarzy ordynatora nic prócz strachu się nie malowało.
*** Wyjął ponownie telefon i połączył się z jednym z biur detektywistycznych, świadczących także usługi ochrony osób i mienia. - Prywatna agencja detektywistyczna Sekretcy&Spółka, czym mogę służyć? - głos w słuchawce ordynatorowi wydał się godny zaufania. - Dzień dobry, ja mam sprawę dla państwa. Chodzi o zaginięcie, a dokładniej podejrzenie zaginięcia, w tym możliwość porwania. - O kogo chodzi? - Mężczyzna młody, cierpiący na psychozę, był leczony w szpitalu psychiatrycznym ostatnio… - ordynator starał się za wszelką cenę zachować anonimowość. - A kto zgłasza? - Czy konieczne jest podanie nazwiska? - Póki co nie. Potrzebne będą nam jednak szczegółowe dane, abyśmy mogli zacząć działać. Czy może pan przyjść do naszego biura jeszcze dziś? W takich sprawach liczy się czas. - głos był w tym momencie wymagający, nie znoszący sprzeciwu. - Oczywiście. Proszę przyjść pod wskazany na naszej stronie adres stosowny dla pana miejsca zamieszkania. Tam jest wykaz. Proponuję godzinę 17. - W porządku. - ordynator odetchnął z ulgą i wyłączył wreszcie komórkę. Ola, która