Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 15 min czytania

Skarb, którego nie było

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dla Lothwen.

„To, co czynimy nie jest nigdy rozumiane, tylko chwalone lub ganione.” - Fryderyk Nietzsche

Delikatne światło sączyło się z okien niewielkiej gospody. Stary, dwupiętrowy budynek stał samotnie pośród rozstajów dróg, mając za towarzyszy jedynie księżyc i gwiazdy, których światło spływało po krytym gontem dachu. Z nadkruszonego zębem czasu komina dym uciekał ospale w głęboką noc. Śpiew nocnych ptaków, zamieszkujących pobliski zagajnik, mieszał się z pohukiwaniem polujących sów. Dwie pary zmrużonych oczu spoglądały w kierunku karczmy. Melodię lasu przerywał tylko głośny śmiech dobywający się z gospody, czasem uzupełniany okrzykami zdziwienia. Wewnątrz, w głównej sali, wokół kominka, zgromadzony był niewielki tłum. Kupcy, strażnicy i awanturnicy nie lgnęli jednak do ciepła z płonących polan, lecz do postaci spoczywającej na wysłużonym, drewnianym krześle. Mężczyzna o czarnych, upiętych w kucyk włosach był odziany w znoszone, skórzane spodnie i wysokie buty. Skrwawione bandaże skrywały jego klatkę piersiową i lewe ramię, przykuwając wzrok zgromadzonych. - Uracz nas jeszcze jedną opowieścią! – zawył jeden z nich, będący niskim, choć dobrze zbudowanym blondynem. Kilku innych przytaknęło, a pośród nich stary szynkarz. - Nie godzi się, by gość odmówił tak drobnej przysługi gospodarzowi – zaśmiał się. – Eryko, przynieś no więcej miodu! – zakrzyknął do stojącej nieopodal dziewczyny, ubranej w niegdyś biały, a teraz tylko splamiony tłuszczem i słodkim alkoholem fartuch. - Jakże bym śmiał, dobry Bernardzie. Czego chciałbyś posłuchać ty i twoi zacni goście? – zapytał, zarzucając poszarpaną kamizelkę na umięśniony tors, zaś światło odbijało się w jego karwaszach, gdy sznurował jej przód. Uśmiechy przecięły twarze zgromadzonych. Nim gospodarz zdążył się odezwać, na pytanie odpowiedziała Eryka, stawiając cynowy dzban na stole, rozlewając odrobinę złocistego trunku na blat. - Vicvane, opowiedz nam jak odniosłeś te rany – poleciła mu, posyłając zalotne spojrzenie. - Cóż, dlaczego nie? Zatem słuchajcie – odparł z pełnym zadowolenia uśmiechem.

* * *

- Cztery dni temu siedziałem przy stole w pewnej gospodzie, podobnej nawet do tej – zaczął opowieść, sięgając po lutnię, do tej pory opartą o drewnianą ścianę. Rozmowy ucichły. – Moją uwagę przykuła wówczas liczna grupa awanturników, zajmująca największy w sali stół. Dyskutowali o wyprawie do ruin starej wieży, której podziemia miały skrywać dawno zapomniane skarby. Przysiadłem się do nich i zaoferowałem swoją pomoc, jako doświadczony podróżnik, odkrywca i bard – wypowiadając te słowa, Vicvane zaczął grać na swym instrumencie cichą melodię. – Z radością powitali w kompanii nowe ostrze i lutnię. Bard pociągnął z kufla długi łyk miodu, po czym wznowił opowieść, zawieszając na chwilę wzrok na twarzy jednego ze słuchaczy. - Następnego dnia ruszyliśmy do celu naszej wędrówki. Pogoda dopisywała, promienie słońca spływały na nasze twarze, nie napotykając po drodze żadnych chmur. Podróż mijała bez przeszkód, zaś ja umilałem wędrówkę całej naszej ośmioosobowej kompanii grą na lutni. Gdy zapadł zmrok, a my rozbiliśmy obóz, byliśmy nie dalej jak pół dnia drogi od ruin wieży. W dalszą drogę ruszyliśmy wraz ze wschodzącym słońcem. Zdążyłem już wtedy poznać szczegóły wyprawy. Zgodnie z treścią legendy, wieża miała zostać zniszczona jako boska kara za występki jej właściciela. Możny poniósł zasłużoną śmierć, zaś świat zapomniał o jego skarbcu, uznając miejsce za przeklęte. Vicvane przerwał nagle swoją opowieść, zanosząc się kaszlem i przyciskając ramię do żeber. Po chwili jego oddech uspokoił się. Bard odchrząknął spoglądając niepewnie na twarze niektórych zgromadzonych. Przełknął ślinę i ponownie przemówił. - Nie później niż godzinę po południu dotarliśmy na miejsce. Niegdyś trójkondygnacyjna wieża wtedy była już tylko stertą głazów, pośród których z trudem znaleźliśmy drogę do podziemi – bard zaczął grać na swej lutni wzbudzającą niepokój melodię. – Jednakże schody wiodące w głąb ziemi nie były zasypane. Powiem więcej – sprawiały wrażenie odkopanych, a kamienie piętrzyły się nienaturalnie naokoło nich. Najmłodszy członek drużyny zgodnie z decyzją reszty pozostał na powierzchni, zabezpieczając tyły. Razem z resztą zszedłem w dół. Niestabilne światło naszych pochodni pozwoliło nam ujrzeć wejścia do czterech tuneli. Zapronowałem byśmy się rozdzielili i tak też uczyniliśmy. Trzy pary ruszyły do przydzielonych im tuneli, ja zaś samotnie do obranego przeze mnie. Jeden ze słuchaczy wstał ze swej ławy i ospale ruszył schodami na piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla gości. Reszta nie była jednak w najmniejszym stopniu znudzona historią opowiadaną przez Vicvane’a. Bard zaczął wygrywać powoli pojedyncze dźwięki, by wzbudzić u słuchaczy jeszcze większy niepokój i napięcie. - Gdy tak zagłębiałem się w tunel, przeszedł mnie zimny dreszcz. Byłem pewien, że coś jest nie tak. Lecz nie wiedząc, czy niebezpieczeństwa spodziewać się za plecami, czy przed sobą, ruszyłem dalej. W prawej dłoni ściskając rapier, zaś w lewej pochodnię, szedłem dalej, przygotowany na najgorsze. Nagle – powiedział tak głośno i ostro, że kilku słuchaczy aż podskoczyło – ciszę rozdarł mrożący krew w żyłach wrzask, po chwili zawtórował mu nieludzki ryk, niosący się echem po korytarzach. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem co sił w nogach w stronę prostokątnej komnaty, z której rozpoczęliśmy nasze poszukiwania. Kierując się odgłosami walki i krzykami, rzuciłem się pędem w następny korytarz. Zaraz gdy minąłem kolejny zakręt, po prostu zamarłem. Oto w powiększającej się kałuży krwi leżało na ziemi trzech moich towarzyszy, zaś czwarty, wyraźnie ranny, walczył z parą małych, żółtoskórych goblinów. Prawie wszyscy zgromadzeni przy kominku siedzieli teraz pochyleni, wpatrując się w oblicze barda, czekając na dalszy ciąg tej niesamowitej opowieści. Jeden ze słuchaczy spojrzał na Vicvane’a z powątpiewaniem, jednak również się nachylił, po otryzmaniu kuksańca od swojego towarzysza. - Rzuciłem się na pomoc memu krwawiącemu kompanowi i korzystając z zaskoczenia, przeszyłem rapierem pierś najbliższego stwora. Gdy wyszarpnąłem ostrze, ten osunął się na posadzkę, jedynie kwiląc żałośnie. Drugi goblin zamachnął się na mnie swoją włócznią, ryjąc głęboką bruzdę na mym ramieniu. Zacisnąłem jednak zęby i posłałem solidnego kopniaka w łeb tej paskudy. Nie był to dobry ruch, gdyż boleśnie ugryzła mnie w stopę i wytrąciła z równowagi. Zderzyłem się z kamienną podłogą. Słysząc kroki kolejnych nadbiegających bestii, wiedziałem, że muszę się pośpieszyć. Byłem zdany tylko na siebie, bo mój jedyny pozostały przy życiu kompan leżał już na ziemi, ściskając się za paskudną ranę. Kopnąłem goblina drugą nogą, miażdżąc mu szczękę. Podniosłem się i począłem cofać w korytarz wiodący do schodów. Kolejny stwór z błyskiem w swym nieludzkim oku rzucił się na mnie z toporem, bez problemu jednak uniknąłem tego ciosu. Szybkim cięciem rapiera poderżnąłem mu gardło, odwróciłem się i zacząłem biec, słysząc za plecami piski i wrzaski conajmniej dziesiątki potworów. Gdy już miałem wpaść do komnaty ze schodami, drogę zastąpił mi wyjątkowo duży drań. Rzuciłem w niego dopalającą się już pochodnią, a ten z wrzaskiem padł na ziemię, drapiąc się po oparzonej twarzy. Ścigający mnie tupot małych nóg nie dał mi ani chwili na odpoczynek. Drogę do stromych stopni wiodących na powierzchnię…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%