Fantastyka · 8 min czytania
Skazani na Fast - Food
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak dobrze pamiętał, tu zawsze tak śmierdziało. Wydawało się, jakby ten zapach był wpisany w charakterystykę tego miejsca, już od bardzo dawna stał się jego nieodzowną częścią, klockiem bez którego runęłaby cała układanka. Wydawało się, że był tu od zawsze. Choć starano się go zneutralizować, co w dużym stopniu się udawało, dla wprawnego nosa nie było tajemnicą, co tak naprawdę dzieje się na zapleczu tego miejsca. Tak. To była jadłodajnia. Jak to się dzisiaj mówi, Fast – food. Janko Sobieraj westchnął. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy taka restauracja była rarytasem, nowością, awangardą. Gdy pierwszy raz przekroczył próg McDonald’a, pomyślał sobie, że oto idzie nowe. Postanowił, że będzie przynajmniej raz dziennie zjadał pysznego, soczystego kotleta w bułce z sosem i keczupem z dodatkiem zieleninki. Nazywało się do BicMac, czy jakoś tak. Dokładnie nie pamiętał. Pamięć coraz częściej go zawodzi. Na szczęście, wtedy po świecie chodzili jeszcze Mądrzy Rodzice, którzy zabronili mu obżerać się tym świństwem. Jego pokolenie wyrosło raczej na domowym jedzeniu. Pamiętał jeszcze takie czasy. Wtedy tu tak nie śmierdziało. A może jego nos także go zawodzi? Może nawet wtedy, gdy pierwszy raz przyszedł tu z cała rodziną już śmierdziało na całego? Był po prostu tak zauroczony ,,nowym’’, że nie czuł nic, oprócz pięknego zapachu smażonego, starego oleju? Westchnął ponownie. Jego stare oczy widziały zadowolone dzieciaki wpadające do środka, ich szczęśliwe miny. No tak, przecież są święta. - Tylko po dwa Very Big Burgery dla każdego. Molly, – zwróciła się mama do może sześcioletniej dziewczynki – proszę cię, tylko kilogram ciastek, więcej może ci zaszkodzić. Święta. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zjadł kolację wigilijną przy choince. Teraz każde spędza sam w swoich czterech kątach. Gdyby żyła moja Walentyna, zadumał się staruszek, wszystko byłoby inaczej. Jedlibyśmy teraz karpia albo barszcz z uszkami... - Co podać? – uśmiechnięta kelnerka łagodnym, dziewczęcym głosem wyrwała go z zadumy. Nie chciał nic zamawiać. Właściwie był tu tylko po to, aby się ogrzać. Na zewnątrz szalała zawieja. - Nic, dziękuję. – odparł i starał się powrócić do swoich myśli. Kelnerka jednak nadal tam stała. - CO PODAĆ? – zapytała już mniej słodko, raczej rzeczowo i oschle, można by powiedzieć, że wręcz nie taktownie. Ale cóż, takie już są te dzisiejsze kelnerki. Powoli uniósł głowę i spojrzał w oczy dziewczynie. W ich odbiciu zobaczył tylko matowy błysk, odbłysk flesza, zimną obojętność. Odkąd prawdziwe dziewczyny stały się nieopłacalne dla firm takich, jak ta, robot – kelner cieszył się coraz większą popularnością. A bo to i nie wykłóca się o nadgodziny i wypłaty nie pobiera. - Właściwie to już wychodziłem. – odparł po chwili i wstał ociężale, chwytając się dębowej laski jak zbawienia. Pokuśtykał ku wyjściu, mijając stojącego jak słup soli robota, któremu najwyraźniej zabrakło opcji działania w takiej sytuacji. Nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi – wszyscy zajęci byli pochłanianiem tego, co serwowała im ciesząca się renomą na całym świecie restauracja. Wyszedł na siarczysty mróz. Powoli, lecz stanowczo ruszył w stronę domu.
*
- Panie premierze, jakie prognozy na nadchodzący rok? – zapytał prezydent na posiedzeniu rady Nowego Roku Fast – Food. - Panie prezydencie, niezadawalające. Powiem więcej. Wręcz fatalne. Nowy Rok Fast – Food może w ogóle nie nadejść. – po sali przeszedł szmer zdziwienia i przerażenia. - Jak to? Mimo dołożonych starań! Przecież już chyba wszyscy zjedli coś z oferty restauracji szybkiej obsługi. - W tym sęk panie prezydencie, że nie wszyscy. Wczoraj wieczorem o mały włos OstatniNieFast – Food – owiec zjadłby coś pewnie, już…