Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 28 min czytania

Skazany

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce budziło się dopiero nad całym Etherwind. Jego promienie nie musnęły nawet jeszcze pałacu w Gorack. Xaras przetarł oczy rękoma. Ziewnął. Usiadł na łóżku. Wyjął z szafki nocnej Kamienie Służebne i stuknął nimi. Po chwili pojawiła się służka – Nephilianka. Ukłoniła się nisko i zaczęła: - Tak panie? Czego sobie życzysz? – mówiąc, machała miarowo swoim pięknym, kocim ogonem i trzepotała czarnymi, skórzastymi skrzydłami. - To co zwykle, Geri. Lekkostrawne udko kurczęcia Mantara. - Tak panie. – Nephilianka skończyła i wyszła z pokoju. Xaras podszedł do lustra i przejrzał się w nim. Potrząsnął bujnymi, brązowymi włosami. Był on Człowiecznym – przedstawicielem rasy najbardziej rozpowszechnionej na Etherwind. A w dodatku należał do rodziny królewskiej, gdyż jego matka była siostrą Imperatora. „Czas pomęczyć małego Kerdzika” – pomyślał. Wyszedł z komnaty. Szedł długim korytarzem do apartamentu swojego małego kuzyna – Kerda. Po drodze oglądał mnóstwo obrazów, przedstawiających różne sceny z życia Imperatora. Walki, sądy, koronację... Zagapił się i wpadł na kogoś. - Ała! – odezwał się kobiecy głos. - Uważaj jak chodzisz...ty..... – Człowieczny umilkł, gdyż zauważył, że wpadł na królową – żonę Imperatora, matkę Kerda. – Och...przepraszam, o Pani. Nie wiedziałem.... - Nic nie szkodzi Xarasie. – zaśmiała się Elgereth. - To się już więcej nie powtórzy. - Każde dziecko w twoim wieku jest nieco roztrzepane. - Dziecko? Ja nie jestem dzieckiem! Mam już całe sto sześćdziesiąt lat! - Xaras, nie tym tonem. Nie zapominaj do kogo mówisz. – rzekła Elgereth srogo. - O...tak....jasne...- mruknął pod nosem Człowieczny i zniknął w drzwiach następnej komnaty. Na samym środku pokoju stała pozłacana, Platynowa kołyska. Drzemał w niej słodko mały Kerd. Xaras pochylił się nad łóżeczkiem. Tak zazdrościł temu maluchowi. Sam by chciał kiedyś zasiąść na tronie....i posiadać te piękne skrzydła, które swego czasu wyrosną Kerdowi. Ten maluch, jak wszyscy zresztą mężczyźni w jego rodzinie z linii panującej, był Elfem Smoczym Serafinowym. Legendy mówiły, że te stworzenia mają ogromną moc magiczną, a ich średnią długość życia szacuje się na tysiąc dwieście lat. A poza tym mają jeszcze te wspaniałe trzy pary skrzydeł pokrytych błękitnymi runami w języku Cieni. Kerd obudził się. - Ksialaś.....tłutaj jeśteś.... – powiedział. - Tak, Kerdziku. Jestem przy tobie. - A cy zawsie będziesz? – zapytał słodko. Xaras aż się wzruszył. - Oj tak. Nie pozwolę, żeby ktoś kiedykolwiek zrobił ci krzywdę. – Człowieczny skończył i przytulił Elfika, który wypuścił przypadkowo z ręki magiczną ognistą kulę. - Ojej.... - Nic się nie stało. – Xaras po chwili ugasił płonącą zasłonę czarem Bicza Wodnego . Obaj umilkli i patrzyli się na siebie. Zaczęli się bawić. Zbliżała się pora obiadu. Rodzina królewska schodziła do jadalni. Miejsce przy końcu stołu, na ogromnym, hebanowym krześle zajął Imperator. Obok niego usiadła Elgereth wraz z Kerdem. Xaras usadowił się obok wuja Grenta, Retsita, dowódcy straży królewskiej. Retsici byli to ludzie dobrze zbudowani, niezwykle silni i wytrzymali, o ciemnej karnacji. Wniesiono potrawy. Zaserwowano rosół z Mantara, Jentową pieczeń (Jenty to gigantyczne stworzenia, podobne do słoni, używane również jako szybki i bezpieczny transport), sałatkę z Drzewa Rodnego oraz wiele innych wspaniałych i aromatycznych dań. Xaras już chciał ugryźć ociekające pachnącym sosem udko Shnaipera, kiedy Imperator uderzył nożem w puchar i wstał. - No świetnie. Wujek będzie ględził. – Człowieczny szepnął do Kerda. - Tatuś błędzie ględził... – powtórzył Elfik. - Kerd! – skarciła go Elgereth. Maluch obraził się wielce na matkę, co niezwykle rozbawiło Xarasa. - Szanowna rodzino, drodzy współpracownicy.... – zaczął Imperator niskim, ale dźwięcznym głosem. – Może to być nasz ostatni wspólny obiad. – przez salę przeszedł szmer: „Jak to? Ostatni?!”. Imperator nie zważał na to i kontynuował dalej – Soulsplace wypowiedziało nam wojnę. To było nieuniknione. – teraz rozpoczęły się już ciche rozmowy. – Trzeba jak najszybciej rozpocząć działania wojenne. - Rith, nie można rozwiązać tego jakoś dyplomatycznie? – zapytała drżącym głosem piękna Elgereth. - Już próbowaliśmy. Władca Soulsplace jest głuchy na nasze prośby. To okrutny Mroczny Elf....ale zwołując sobie wojnę z nami szykuje sobie pewną śmierć. Powinien o tym pamiętać. - Nie bądź tak pewny zwycięstwa, Rith. Zawsze powtarzałeś, że jesteś jak gladiator. A gladiator pamiętał, że może natrafić na przeciwnika silniejszego od siebie. Wszyscy wiedzą jak Soulsplace jest potężne. - Lecz nie potężniejsze od nas. – Imperator upierał się przy swojej wersji. - Rith... - Elgereth! Decyzja została już podjęta na obradach Kernotu! - Jak to? Zwołałeś Kernot? I nic mi o tym nie powiedziałeś! Jestem Najwyższym Głosem w mieście Gorack i powinnam być na tym zebraniu! Postąpiłeś niezgodnie z prawem. - Zrobiłem to specjalnie, ponieważ chciałem uniknąć takich scen. – runy na skrzydłach Imperatora rozjaśniły się groźnie. - SCEN?! SCEN?! Jestem twoją żoną. Nie zapominaj o tym. A jeśli dojdzie do tej wojny to życzę sobie na niej być. - Wykluczone. - Nie obchodzi mnie twoje zdanie, ty zarozumiały egoisto. – Elgereth skończyła i roztrzaskała talerz o podłogę. Szybkim krokiem wyszła z jadalni. Trzasnęła drzwiami. Och, jak Xaras nienawidził tych ich kłótni. Żal mu było najbardziej Kerda, który płakał, gdy rodzice na siebie krzyczeli. A najgorsze było to, że nikt nie mógł wtrącić się podczas sprzeczek królewskiej pary. Raz, w furii, Imperator kazał wrzucić pewną osobę do katakumb, za wciskanie nosa w nie swoje sprawy. Człowieczny nie czuł wobec Ritha respektu czy szacunku. Po prostu się go bał. Imperator wrócił do posiłku. Widać było jak niechętnie je te przepyszne potrawy. Runy na jego skrzydłach nadal niebezpiecznie świeciły. Oznaczało to, że był gotów do walki. Wtedy w Elfach Smoczych Serafinowych zbierało się najwięcej magicznej energii. Mogły zniszczyć praktycznie każdego. Po chwili zaczął ponownie: - Biorę Kerda ze sobą. – na sali zapanowała głucha cisza. Nawet pan Thug, Człowieczny, przestał jeść. - Jak to.... – tylko Xaras zdołał wydusić z siebie słowo. - Biorę go ze sobą. – mówił spokojnie. Runy wciąż świeciły. - Elgereth by na to nie pozwoliła... - Nie obchodzi mnie to, na co ona pozwala, a na co nie! – Rith mówił już przez zaciśnięte zęby. - Ja też chcę jechać! On jest taki mały, a już... - Kerd Gerard Niemien jest moim synem! Musi umieć walczyć, dowodzić. Ty nie potrzebujesz tych umiejętności. - Jak to....ale ja chcę! Chyba też należę do tej rodziny. Co najmniej tak mi się zdaje. Kerd jest jeszcze słaby, nie poradzi sobie. - Jak ja mówię, że go wezmę, to znaczy, że tak zrobię! I żaden smarkaty dzieciuch nie będzie mi rozkazywał. - Dzieciuch? Smarkaty? Dobra! A bierz sobie swojego Kerdzika gdzie chcesz! – wszyscy wstrzymali oddech. – Niech stamtąd nie wróci! – wykrzyczał Xaras i wybiegł z jadalni. Runy Imperatora rozjarzyły się wściekłą czerwienią. Człowieczny pędził korytarzem do swojej komnaty. Do drodze wpadał na jakichś nephiliańskich służących. Łzy spływały mu po policzkach. Dlaczego on chce brać Kerda? Przecież on jest za mały! Na pewno zginie! A nie chce wziąć go – Xarasa, który ćwiczył w różnych stylach walki i był wspaniałym wojownikiem.....ale....niech sobie go bierze! Jak mu Kerd zginie to będzie miał...wtedy zrozumie, że popełnił błąd. Padł na łóżko. Na szafce nocnej stało jeszcze jego śniadanie, w ogóle nietknięte. Ze zdenerwowania próbował rozerwać poduszkę. Jednak jego wysiłki poszły na marne, gdyż już dawno Imperator rzucił na nią zaklęcie Trwałości. Za nic w świecie nie podarłby tej poduszki. Do pokoju wszedł Izyt. - Xaras? – zapytał. - Marco, nie widzisz, że nie jestem w nastroju do rozmowy? – Człowieczny powiedział najspokojniej, jak teraz potrafił. - Kerd kazał pogadać z tobą. - Nie JESTEM W NASTROJU!!! – zagrzmiał Xaras. Wziął swoje nie zjedzone śniadanie i cisnął nim w Izyta. Marco zrobił zgrabny unik. - Spokojnie. Jak mi mój ogon odrąbiesz, to jak będę się poruszał? – rzekł. Istotnie, Izyci jako jedyna rasa, prócz Cieni, nie posiadali nóg, lecz długi wężowy ogon. Na twarzy Xarasa pojawił się lekki uśmiech. - Wiesz, kiedy Cienie się spotykają? - Hm, w sumie niedługo będą miały święto..... – Marco zamilkł. – Ej! Przecież wiesz, że nie mogę ci nic mówić o obrzędach Cieni! Nie pamiętasz co było ostatnio? Chciały.... - ...mnie złożyć w ofierze podczas nocy Ofiary Ostatecznej. – dokończył Xaras. – Wiem, wiem. Ale teraz będę o wiele bardziej ostrożny. Proszę..... - No......ech.....powiem ci. – Izyt nie potrafił odmówić Xarasowi. – Za tydzień mają Święto Krwi. Obchodzą je w lesie Szeptów, gdy tylko księżyc wtoczy się na Górę Rozmachu. - Dzięki Marco! Jesteś niezastąpiony. - I to jest właśnie moja największa wada. – zażartował Izyt. Rano Xaras dowiedział się, że w nocy Imperator pojechał na Soulsplace. Elgereth również zniknęła. Widocznie udało jej się przekonać Ritha.... Jednak nie było również Kerda. Człowieczny stał nad tą kołyską, przy której jeszcze wczoraj bawił się z małym Elfikiem. Wciąż nie mógł zrozumieć dlaczego....dlaczego Rith zabrał malucha? Co miał na celu? Przecież Kerd nie panował jeszcze nad swoją mocą. Xarasowi udało się wyrwać z pałacu wraz z Marciem. Chodzili po placu targowym i oglądali wystawy. Najbardziej zainteresował ich Cień wystawiony na sprzedaż. - Chodźcie do mnie ludzie! – zawołał otyły kupiec, Szlachetny. Jego długie, szpiczaste uszy aż drżały z podniecenia. – Chodźcie i zobaczcie! Mam do licytacji bardzo rzadkie stworzenie – Cienia z lasu Szeptów! – na te słowa przybiegł duży tłum gapiów. Wśród nich znalazł się Młokos, przedstawiciel rasy Młokosów. Były to niskie stworzonka, o wyłupiastych oczach i długich uszach, bardzo inteligentne oraz niezwykle wredne. - Na ile wyceniasz tego Cienia? – zapytał Młokos swoim skrzekliwym głosem. - 10000 Stylli. – odparł Szlachetny. - Dla mnie jest wart o wiele mniej. - Ależ drogi Młokosie, Cienie to bardzo rzadka rasa, strasznie trudno takowego złapać. - Hm.... – Młokos przyjrzał się Cieniowi i odrzekł – Nie zmieniam zdania. – i poszedł w kierunku pałacu. - Co tu robił Młokos? Czy nie powinien być na wojnie? – powiedział Marco do Xarasa. - Nie wiem. Też się nad tym zastanawiam.... - Witaj. - Czy to ty mówiłeś? – spytał Xaras drapiąc się po głowie. - Nie. A słyszałeś coś? - Tutaj. - No znowu. Nie udawaj. Nabijasz się ze mnie. - Hej, to ja. – dopiero teraz koledzy zobaczyli, że przez cały czas mówi do nich ów Cień z klatki. Otworzyli usta ze zdumienia. Xaras rzucił okiem na jego „dymowe” ciało i popatrzył się mu w oczy. Czerwone, dzikie, pełne żądzy zemsty. - Zrobicie coś dla mnie? - Jasne. Mów. – Człowieczny odpowiedział szybko. - Widzicie tamten wyłącznik? Niech któryś z was niepostrzeżenie go naciśnie. Wtedy będę mógł uciec. Bo wiecie, muszę jak najszybciej wrócić na Soulsplace. - A to czemu? – spytał podejrzliwy Marco. Xaras stuknął go łokciem. - Nie bądź głupi. Musimy go uwolnić. To barbarzyństwo tak przetrzymywać Cienie. A tak w ogóle – zwrócił się do więźnia. – Jak ci na imię? - Shadow. A teraz szybko naciskaj wyłącznik, póki kupiec nie patrzy. - Oczywiście. – skończył Xaras . Niepostrzeżenie wcisnął przycisk. Kraty z magicznej energii natychmiast znikły. Shadow uśmiechnął się: - Nie martw się. Leprin o. – odrzekł i natychmiast uciekł. Kupiec zorientował się, że w klatce nie ma jego zdobyczy. Zaczął wykrzykiwać różnorakie przekleństwa. Pospiesznie wsiadł na swojego Shehora (były to stworzenia podobne do koni, jednak posiadały długi ogon, niczym jaszczurka i kolce zamiast kopyt) i popędził za Cieniem. - Leprin o? – spytał Xaras. – Marco, co to znaczy? - Hm... – Izyt skupił się. – No....na pewno jest to w języku Cieni. Nie znam go zbyt dobrze, ale to przetłumaczę. Tylko napiszę, a będzie mi łatwiej. – Marco zaczął pisać jakieś znaki. Podrapał się po głowie i powiedział – To oznacza „uratuję go”. - A co mogło mu chodzić? - Nie wiem....naprawdę....ale lepiej wróćmy to pałacu. Zbliża się kolacja. Po obfitym posiłku Człowieczny padł na łóżko. Rozmyślał nad słowami Cienia: „Leprin o – uratuję go”. Nie miał pojęcia, co mogły oznaczać. Wreszcie nadszedł ten dzień (a raczej noc). Święto Krwi. Wieczorem Xaras podkradł trochę jedzenia z kuchni i wyruszył do Lasu Szeptów. Schował się za drzewem. Obserwował z ukrycia jak Cienie, unoszące się nad ziemią, przygotowują swój ołtarz oraz przyprowadzają zwierzęta na ofiary. Księżyc „wtoczył się” na Górę Rozmachu. Cienie natychmiast ustawiły się w określonym porządku, niejasnym dla zwykłych śmiertelników. Ich kapłan podleciał do ołtarza. Od pozostałych różnił się tym, że jego oczy miały szafirowy kolor i były bardzo podobne do szlachetnych kamieni. Przemówił głosem ochrypłym, charakterystycznym dla ich rasy: - Dumor ert ku zims de Holier of Blod... – choć Xaras nie rozumiał z tego ani słowa, wsłuchiwał się z uwagą. Po krótkiej przemowie kapłana rozpoczęła się ceremonia. Zwierzęta postawiono na ołtarzu. Kapłan wypowiedział zaklęcie. Ofiary wyzionęły ducha. I istotnie, nad ich martwymi ciałami unosiły się przez moment dusze, lecz po chwili znikły. Z oczu zwierząt zaczęła wylewać się krew, którą wchłaniała splugawiona ziemia spragniona tego płynu życia. Cienie zaczęły tańczyć i wyśpiewywać jakąś pieśń. Człowieczny, wciąż schowany, obserwował wszystko co się działo bardzo uważnie. Nagle coś się poruszyło w krzakach. Z krzewów wyszła zakapturzona postać. Niektórzy natychmiast ruszyli na intruza. Postać odrzuciła napastników jednym zaklęciem. Zrzuciła kaptur.....tajemniczą osobą okazała się być.....matka Xarasa! Człowieczny nie dowierzał własnym oczom. Widział jak jego rodzicielka zabija tak kochane przez niego stworzenia. Nie mógł dłużej wytrzymać. Wyskoczył z kryjówki. - Matko! – zawołał. Ona natychmiast

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%