psychologia · 3 min czytania
Skoczy?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak zwykle w środę zostałam dłużej w pracy. Poczekałam na wyjście szefa i zaczęłam surfować po Internecie, czytać nowe opowiadania lub drukować potrzebne mi informacje. Nie spieszyłam się z powrotem do domu, nikt tam na mnie nie czekał.
Z zapasem papierów do czytania, szczelnie opatulona w jesienny prochowiec zamknęłam biuro na wszystkie cztery zamki, zostawiając klucze u portiera. Szybkim krokiem, bo straszny ziąb był, podążyłam na przystanek tramwajowy. Czekając spacerowałam, jak to zwykle czynię. W przeciągu dziesięciu minut nie nadjechał żaden, choć z reguły w tym czasie pojawiają się przynajmniej dwa. W kierunku przeciwnym też nic nie jechało. Wzbudziło to mój niepokój. Ludzi było coraz więcej, jedni stali w bezruchu, inni rozgrzewali się wymachując rękoma lub lekko podskakując, jeszcze inni siedzieli na ławkach skuleni jak pomarszczone jabłka. W końcu, zziębnięta ponad półgodzinnym staniem, ruszyłam śladem niektórych niedoszłych pasażerów. Dłonie miałam zlodowaciałe, nie mogłam ruszać palcami, stopy zmarzły, nadchodziła mroźna noc. Pomyślałam, że pewnie była awaria, trzeba było jechać autobusem. Jakaś kobieta powiedziała z przyganą w głosie, że na moście stoi wariat, który próbuje się zabić, dlatego ruch tramwajów jest wstrzymany! Akurat nadjechał wypełniony po brzegi autobus, trudno było wcisnąć się do środka. Jednak udało się.
Gdy wysiadłam przy metrze, utknęłam w takim samym…