Romans · 10 min czytania
Skok w otchłań
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- No śmiało, powiedz to wreszcie. - Natasza uśmiechnęła się gorzko. - Widzę, że cię skręca. Osądź moje zachowanie... wiesz, chyba chcę to usłyszeć... Sonia i Natasza siedziały w małym cichym mieszkanku i sączyły kolejną butelkę czerwonego wina. Spotykały się na takich sesjach nie pierwszy raz, na wesoło i na smutno, ale jeszcze nigdy nie było tak, żeby rozmowa im się nie kleiła. Teraz mijała druga godzina niezręcznego milczenia przerywanego tylko czasem, nieudolnymi próbami zagajenia rozmowy. - Nie chcę cię oceniać. Mam swoje powody, żeby tego nie robić. - Więc w czym rzecz? - Słyszałaś w radiu "Skok w otchłań" Potępionych? No wiesz, ten nowy kawałek. - Jasne... świetny, choć nie jestem teraz w nastroju na taką muzę. - Nie dziwię się... zwłaszcza... Natasza wyraźnie zaintrygowana podniosła wzrok, ale koleżanka nie była pewna, jakie emocje kryją się w tym spojrzeniu. - ...zwłaszcza, że... ? - Kurwa mać! - Sonia wreszcie nie wytrzymała. - Przecież ten skurwysyn Bies napisał tekst o tobie! Przez dłuższą chwilę panowała absolutna cisza. Wreszcie Natasza nieprzemyślanym gestem poprawiła włosy i sięgnęła po butelkę. Piła długo. Przerwała dopiero gdy zaczęła się dławić. Poczekała aż nadmiar cierpkiego smaku nieco zelżeje, wytarła usta wierzchem dłoni. - Tak, chyba masz rację. - Na pewno mam rację. Skurwiel sam mi powiedział! - I co z tego? Co, kurwa z tego? - A jeśli Piotr się dowie? - A dowie się? Znów nastała chwila ciszy. - Ode mnie na pewno nie. - Głos Soni zdecydowanie stracił na agresji. - Ode mnie też nie. Mówisz że sam ci powiedział? Rozmawiałaś z nim? - Na Skypie. Nie będę przecież udawała, że go nie znam... Wredna świnia jakich mało... Jak on może ci to robić?! - Nie mów tak o nim. - Co?! - Nie wyzywaj go. Ostatecznie nie zrobił nic na siłę, nie posunął się do niczego, czego ja bym nie chciała... - Już lepiej nic nie mów... - Ale to prawda. Przecież wiesz. Wiesz doskonale. Rozmawiasz z nim na Skypie, bo tego chcesz. Cokolwiek złego o nim nie mówisz, wiem, że go pragniesz nie mniej niż ja. Wiem, że jesteś następna. Pod wpływem pustego wzroku Nataszy Sonia spuściła głowę i szeptem dokończyła: - I nie ostatnia. - Nie mam do ciebie żalu. Masz napij się. Wiesz, ja nawet nie mam żalu do siebie. Chciałam żeby tak się stało, znałam konsekwencje i pogodziłam się z nimi. - Nie mówmy o tym. On pewnie teraz pije z jakąś nową laską, pewnie obmacuje nowe cycki... - Pieprzyć to. Daj jeszcze wina... albo może... masz jakieś zioło? - Mam, ale ci nie dam. Wtedy już na pewno do niego pójdziesz. - Nie chrzań, dawaj... * Bies, a może po prostu Maciek był sam. Ta mała szatynka... nie pamiętał jej imienia... poszła sobie jakieś pół godziny temu zostawiając go w stanie oszukanego spełnienia. Teraz siedział z pustym kieliszkiem i tępo wpatrywał się w nieodpieczętowaną Wyborową, długi wojskowy bagnet i pilota od wieży. W końcu zdecydował się na jakiś ruch. Muzyka wypełniła pokój, a Maciek głębiej zapadł się w fotelu. Cóż za popieprzony świat. Co za cholerne bzdury, sprzeczności, zagubienie dusz, wszechświatów i przestrzeni. Abstrakcyjne problemy i dylematy, które nie miały prawa istnieć. Konwenanse, dogmaty, prawdy i kłamstwa. Przecież to Bóg miał być miłością... Cze jest jakakolwiek szansa, że ona to zrozumie? Czy pojmie, że to dla niej i tylko dla niej? Nie. Nie ma takiej możliwości... Maciek odbił flaszkę. Chwilę dumał nad sensem przelewania do kieliszka, ostatecznie rzucił go niedbale na gęsty, miękki dywan i pociągnął wprost z gwinta. Odpływać zaczął znacznie szybciej, niż się spodziewał, ale zdążył jeszcze usłyszeć charakterystyczny rytm pukania. Miał ochotę nie otwierać, ale doskonale wiedział, że Świetlik i tak jakoś wejdzie. Nienawidził go, jak tylko można nienawidzić, ale z drugiej strony... cóż, zawdzięczał mu to, wszystko to, co mu się wspaniałego przydarzyło. Świetlik podawał się za menadżera i w takiej zresztą roli współpracował z Potępionymi, ale Maciek doskonale wiedział, że to gówno prawda. Tylko i wyłącznie zgrabna przykrywka. To jednak nie miało znaczenia. Znaczenie miał tylko fakt, że Świetlik zjawił się kilka lat temu i zaproponował kontrakt spełniający marzenia. Owszem, za potwornie wysoką cenę, ale Maciek był wtedy w takim stanie, że łatwo go było namówić. Czy żałował? Cholera... Nie, nie żałował. Jak mógłby tego żałować, skoro Świetlik wywiązał się ze swych obietnic doskonale? Był najgorszym z najgorszych i wymagał rzeczy paskudnych, ale i tak było warto. Innej szansy Maciek nie dostał i nie mógł liczy, że dostanie... - Czego chcesz? - Otwierając drzwi rockman usilnie starał się zachować jasność umysłu. - Bies, stary druhu... - Daj spokój. Byś się wreszcie odpierdolił... - To się nazywa wdzięczność. Ech ludzie, ludzie, jakże mali…