Inne · 27 min czytania
SKRAWKI SMUTNYCH DUSZ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I.
Delikatny świt wkradł się podstępem swej szarości w mrok ustępującej mu nocy niczym sztylet zdradziecko wślizgujący się między żebra niewinnej i zbyt ufnej ofiary. Pełnia bladej tarczy księżyca nikła i bladła z każdym niecierpliwym ruchem wskazówki sekundnika odmierzającego czas wszystkich dobrych i złych uczynków. Tik, tak, tik, tak, sekunda za sekundą, jak domino pędzące w szale ku nieuchronnemu końcowi ostatecznego wytchnienia. Po chwili srebrny owal stał się już tylko wspomnieniem, którego realność szybko zacierała się przez pierwsze promienie jego starszego brata – Słońca. Wiatr uderzył w okiennice wielkiego samotnego domu wyglądającego niczym ogromny drapieżny ptak, który przycupnął na wysokiej skarpie o kształcie chropowatego jęzora by odpocząć przed dalszą podróżą. Odgłos fali uderzającej o skalny brzeg kilkadziesiąt metrów poniżej zlał się ze świstem wiatru tworząc przenikającą do szpiku kości jedność krzyku sił przyrody. Kolejny dzień ludzkich spraw budził się do swej wędrówki; dzień radości i smutków, miłości i zdrad, przyjacielskich spotkań i nieporozumień; z samego siebie tworząc świadka umykającego czasu.
Henry siedział sam w swojej pracowni w wygodnym skórzanym fotelu, a jego wzrok skierowany był na powoli wynurzającą się zza linii horyzontu obłą krzywiznę słonecznej tarczy. Wielka okienna tafla lśniła od drobnych kropelek zacinającego deszczu. Henry zmrużył lekko oczy i skoncentrował wzrok na sunących po szybach kroplach ciągnących za sobą szlak swej krótkiej wędrówki. Nie wiedział z jakiego powodu, ale przywiodły mu one na myśl skazańców, którzy próbując uciec od nieuchronnego wyroku giną w trakcie wykonywania ostatniego aktu swej wolnej woli. Co mogło być przyczyną ich zachowania; nadzieja, krótka chwila niepełnej wolności.... Myśli kłębiły się po jego głowie mknąc we wszystkich możliwych kierunkach; miał wrażenie, że co jakiś czas któraś z nich pędząc dociera do jego czaszki i odbiwszy się z dziwnie pustym odgłosem znika gdzieś w fałdach mózgu. Westchnął i sięgną po kubek z gorącą herbatą. Pociągnął łyk, a po jego policzku niespodziewanie spłynęła ciężka łza tłumionego bólu. Wargi zrobiły się suche, a gardło przemieniło się w porzucony gdzieś na pustyni przez zapomnianego wędrowca bukłak. Jego usta ledwo się poruszając wyszeptały prawie niesłyszalne słowa: „Dlaczego, dlaczego tak się stało? Boże!”. Odpowiedź wciąż pozostawała za kurtyną milczącego losu rządzonego przez okrutne i bezduszne przeznaczenie. Zamiast niej była tylko czarna, nieprzenikniona przez zmysły pustka. Nie potrafił jej ogarnąć, pojąć, czy choćby uchwycić rąbek umykającej wciąż prawdy. Wiatr ponownie uderzył w okna, które zadrżały lekko jakby przestraszone jego gwałtownością. Henry przymknął powieki, przez krótką chwilę czując dotkliwe pieczenie pod powiekami, które zaraz ustało. Trwał tak przez dłuższy czas oddychając powoli i miarowo, próbując się uspokoić, jednak myśli i obrazy wspomnień jak złośliwe ćmy wciąż zlatywały krążąc nieustannie w pobliżu złudnego światła rzeczywistości, nadpalając swoje pożądliwe skrzydła płonącego w ich sercach żalu. Mozolna wędrówka Słońca wciąż trwała, jego dolna krawędź właśnie się uwolniła prezentując na niebie naznaczonym rozciągniętymi obłokami cirrusów całą swoją wielkość. Jego promienie muskały powierzchnię burzliwego oceanu igrając na nim pomarańczową barwą niczym doskonały tancerz wykonujący kolejny piruet, następną ewolucję; lekko, prosto i przyjemnie. Białe grzbiety sunęły wytrwale jeden za drugim, ku nieuchronnej śmierci czekającej je przy skalistym brzegu. Zaraz po uderzenie napływała następna i następna, niekończące się zastępy wojowników. Mechanizm dużego ściennego zegara zagrzechotał cichutko i rozległ się dźwięk wybijanej godziny siódmej. Kiedy przebrzmiał, rozedrgany odgłos rozpłynął się w pokoju niknąc w kolejnej minucie czasu. Henry przetarł zmęczoną twarz rękami, dopił do końca herbatę i wstał. Jego wzrok padł na egzemplarz Biblii oprawionej w ciemnoczerwone płótno, sięgnął, otworzył na chybił trafił i przebiegł szybko oczami po drobnych czarnych literach: "Szczęśliwy, kogo Bóg karci, więc nie odrzucaj nagan Wszechmogącego. On zrani, On także uleczy, skaleczy – i ręką swą własną uzdrowi." [Biblia, Księga Hioba 5:17–18] Uśmiechnął się smutno do siebie: Więc mnie uzdrów. – szepnął. – Uzdrów, bo skarcić już bardziej mnie nie możesz. Zamknął księgę i wyszedł. Pogoda stawała się coraz gorsza. Zimny, mocny wiatr wiejący od strony oceanu powodował, że na dworze było dość chłodno. Prawie pozbawione liści gałęzie drzew chwiały się i gięły, bezgłośnie wzywając pomocy, a na wolno rozjaśniającym się stalowoszarym niebie pojawiało się coraz więcej wielkich, ciemnoszarych, kłębiastych chmur, które nadpływały nie wiadomo skąd, jak tajemniczy megalityczni wojownicy z prastarych legend. Zaczął zacinać drobny deszczyk, a Henry mocniej opatulił się grubą, nie dopiętą kurtką i podszedł od strony kierowcy do ciemnej bryły samochodu. Ujrzał własną twarz, która zamajaczyła niewyraźnie na mokrej samochodowej szybie. Człowiek, który na niego spoglądał był dla niego obcy; zmęczone puste spojrzenie, szare i wymiętoszone rysy wykuły na jego skórze piętno przeszłości. Miał raptem czterdzieści pięć lat, ale w ciągu ostatnich kilku dni miał wrażenie, że czas zrobił mu ponurego psikusa i przebiegł cicho na paluszkach za jego plecami co najmniej o dziesięć lat do przodu. Krótkie, szpakowate włosy zaczynały się już powoli przerzedzać na czubku głowy, blade usta o lekko zakrzywionych końcówkach wyglądały jak doklejone przez początkującego artystę. Otworzył drzwi i wsiadł do środka. Koła zaboksowały na rozmiękczonej ziemi i wóz ruszył do przodu. Minął krótki lasek gdzie białe światła reflektorów zatrzymywały się na pniach drzew, zlewając się dalej z szarówką poranka i wyjechał na lśniący od rosnącego na sile deszczu asfalt. Włączył wycieraczki i ruszył na północ, w kierunku Fatelose odległego o niecałe dziesięć kilometrów. Ciemny kształt domu pozostał z nim. Milczący i smutny; dom w którym nieustanny rozpaczliwy krzyk wspomnień uderza w pokorne ściany żalu, odbijając się nie milknącym echem kolejnych samotnie przeżytych dni. Doskonale pamiętał ten dzień. Dzień, godzinę, a nawet minutę na którą wskazówka zegara przesunęła się w momencie gdy rozbrzmiał dźwięk telefonu. Sam nie wiedział dlaczego, ale wtedy odniósł dziwne wrażenie, że jego brzmienie ma w sobie coś naglącego, jakąś niesłyszalną dotychczas nutę niecierpliwie dźwięczącą w całości. – Pan Henry Gemitus? – ciepły głos mężczyzny krył niewypowiedzianą tajemnicę. – Tak. – odparł, a wszystkie jego mięśnie spięły się jakby w obronie przed tym co miał za chwilę usłyszeć. Kolejne słowa dzwoniącego lekarza sprawiły, że Henremu zawirował cały świat, przemieniając się w niewysłowiony ból nieopisanej straty rozdzierający duszę i ciało. Pana żona i córki nie żyją, miały wypadek na dwieście czterdziestej ósmej. Wpadły w poślizg przy.... wyprzedzaniu. – dokończył. Henry nie odpowiedział nic, kompletnie nic, bo co można powiedzieć w takiej chwili, kiedy nie jest się zdolnym do niczego poza odczuwaniem potężnego żalu trzymającego w żelaznym uścisku serce, pustki dogłębnie drążącej dno samej duszy i pełgającego gdzieś na granicy postrzegalności zdziwienia i niezrozumienia, że to dotyczy właśnie jego. W pewnej chwili miał ochotę rzucić do słuchawki: „Pomyłka” i odłożyć ją na widełki. Ale nie! To co się stało dotyczyło jego, właśnie jego. Ileż osób na świecie dowiaduje się w tym właśnie momencie o tragedii swoich bliskich? Lekarz jak najdelikatniej mógł poprosił go jeszcze o przyjazd do szpitala celem dopełnienia wszelkich niezbędnych formalności. Wyraził swój głęboki żal z powodu tego co się stało i rozłączył się. Od tamtego wydarzenia minęły już trzy lata. Już, a może tylko? Trzy lata, miesiące dni, minuty... Czas goi rany, ale dużo wolniej gdy są one rozdrapywane chciwymi pazurami wspomnień. Przedtem był jak Dedal i Ikar szybujący w beztroskich obłokach szczęśliwości, unosząc się wraz z przyjaznymi prądami radości swojej rodziny i sycący duszę pełnią doznań wspólnego życia. Mknął ponad górskimi szczytami wszelkich problemów, z rzadka tylko wlatując w małą burzową chmurkę, która jednak nigdy nie była twórczynią wielkiego deszczu i błysków piorunów. Był po prostu szczęśliwy. Jakie to banalne, mimo woli uśmiechnął się sam do siebie; szczęście, takie proste i takie ulotne. Teraz po śmierci trzech najbliższych mu osób czuł się jak..... Ruchliwa plama jakiegoś niewyraźnego kształtu zamajaczyła na granicy widzialności. Odruchowo zdjął nogę z gazu i wcisnął pedał hamulca. Samochodem lekko zarzuciło na mokrej drodze; przed oczami mignęło mu szare niebo ponurego dnia i końcówki gałęzi drzew wyciągnięte w górę ku skrytemu teraz za chmurami słońcu. Prześliznął się tuż obok niewysokiej postaci, dosłownie cudem unikając zderzenia. Wszystko się zatrzymało; samochód, wiatr i czas. Henry ukrył twarz w dłoniach i przycisnął mocno dłońmi powieki tak, że zaczął widzieć różnokolorowe skaczące plamy. Wyprostował się i spojrzał we wsteczne lusterko w którym obijała się mała, drobna postać stojąca nieruchomo na środku jezdni z opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami. Odruchowo włączył awaryjne światła, wysiadł z samochodu i pobiegł do tyłu. Była to dziewczynka w wieku około jedenastu lat z opadającymi na ramiona mokrymi kasztanowymi włosami. Cała przemoknięta trzęsła się z zimna, nasiąknięty wodą sweter obwisł ciążąc na jej wątłych ramionach, a z jego rękawów nieustannie skapywały uwolnione krople padając na ciemnogranatowe od wilgoci dżinsy . – Co ty tutaj robisz kochanie? – zapytał łagodnym głosem nachylając się nad nią. – Gdzie są twoi rodzice? Co się stało? Wszystkie te pytania porwał wiatr i uniósł gdzieś wysoko pod sklepienie nieprzyjaznego nieba. Dziewczynka podniosła głowę i spojrzała na niego. W jej wzroku była nieobecność, zagubienie i.... bezbrzeżna przestrzeń nieokreślonego lęku, czającego się za skrawkami rozbitej cierpieniem duszy. Blada twarz z wąskimi ustami był drobna i wydawało się, że prawie przezroczysta. Henry rozejrzał się dookoła trochę bezradnie jakby oczekiwał jakieś pomocy, czy choćby znaku co ma robić. Nic takiego się jednak nie stało; wiatr nadal beztrosko hulał gnając groźne chmury, deszcz rozbijał swoje małe wojowniczki krople o ziemię, a słońce próbowało pokazać światu, że już jest dzień. Nie tracąc dłużej czasu Henry wziął dziewczynkę na ręce i owinąwszy ciepłym kocem, który miał w bagażniku, posadził obok siebie na miejscu pasażera. Do Fatelose pozostało jeszcze tylko kilka minut drogi. Gdzieś w nieokreślonej przestrzeni nieba przetoczył się ciężki pomruk będący zapowiedzią burzy, a daleki horyzont zamigotał na chwilę połamaną linią błyskawicy. Tabliczka obwieszczająca wjazd do miasteczka była nieco przekrzywiona, jakby zastanawiała się czy jest jeszcze sens informować ludzi o tym miejscu. Henry od razu skierował się do miejscowego szpitala mieszczącego się w starym budynku częściowo niewykorzystanym ze względu na brak tak dużego zapotrzebowania. Zaparkował samochód tuż przed wejściem i nawet go nie zamykając ruszył z drobnym ciałkiem na rękach do przeszklonych drzwi wejściowych. – Potrzebuję pomocy! – powiedział głośno wchodząc do środka. – Mam tu dziecko.....! Prawie jak spod ziemi wyrósł lekarz o ostrych prawie indiańskich rysach i kilka pielęgniarek. Zadano mu kilka pytań, na które odpowiedział zgodnie z prawdą; Nie, nie wiem jak się nazywa; Znalazłem ją na jezdni; Nie, nie mam pojęcia skąd się tam wzięła. Szybko odebrali mu dziecko i zabrali ze sobą na oddział. Podał swoje nazwisko pielęgniarce dyżurnej; ładnej dziewczynie o dużych oczach i może trochę zbyt okrągłej twarzy. – Proszę na mnie zaczekać, dobrze? – polecił mężczyzna z małym identyfikatorem przyczepionym do kieszonki lekarskiego fartucha. Widniało na nim jego zdjęcie wraz z równym, czytelnym nadrukiem: dr Steve Firmus. Henry skinął tylko głową i usiadł na jednym z czarnych plastikowych krzesełek. Zerknął na swój zegarek; było parę minut po ósmej. Czas pełznął wolno, nie spiesząc się w swej nieustannej wędrówce. Powinien już być w pracy, siedzieć za swoim biurkiem przed włączonym komputerem i przeglądać teksty przeznaczone do publikacji. Jako współwłaściciel niewielkiej firmy wydawniczej miał sporo pracy, a teraz właśnie był w trakcie czytania powieści Cleave Laudo pod tytułem „Uparci Prorocy”. Jego zdaniem niezbyt udanej książki łączącej w sobie przemieszanie warstwy horroru ze sztucznym i płytkim, w jego osobistym odczuciu, romansem. Myślał o wszystkimi i o niczym, krążył jak zagubiony statek z martwym sternikiem na pokładzie po morzu swego własnego świata.
Wiatr uderzył z większą, zdwojoną siłą, wydając przy tym głuchy dźwięk o pleksiglasowe drzwi wejściowe, które zatrzęsły się raptownie. Pogoda pogarszała praktycznie z minuty na minutę. Ledwo dzień zaistniał swoim wątpliwym brzaskiem, a już wszystko pociemniało i zszarzało za sprawą grubej warstwy chmur. Przez ulicę przemknęło kilka jasnych kawałków jakieś gazety i kilka oderwanych gałęzi. Czerwony wóz z lawetą do przewożenia uszkodzonych pojazdów, przejechał wolno, błyskając różowym światłem ostrzegawczym. Przewoził mocno porozbijanego…