Filozofia · 6 min czytania
skrytość
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
SKRYTOŚĆ
Uciekałem, chowając swoje wnętrze przed całym światem. Bałem się uchylić drzwi do mej duszy by wpuścić tam cząstkę mnogich zawirowań pojmanych w stagnację rzeczywistości. Drzewo wyrosłe na kopcu mego lęku wygryzło obraz z przed moich oczu. Już nie ważne, jaki on był… Jego już nie ma, a w oddali widzę opustoszałą szarość wyjącą z cierpienia. Stoję naprzeciw niej chcąc skryć własne myśli, lecz nie mogę. Jedna po drugiej, czmychają w zabobony nieznanej jaźni śmiejąc się ze mnie. A ja stoję… Podparta z bólu szara rzeczywistość spogląda na mnie wzrokiem niezmiernie dziwnym. Blask wymykający się spod jej powiek trąca mną o ziemię wykrzykując słowa skazy i cierpienia by potem szeptać z politowaniem płacząc do mej komnaty marzeń. Moja dusza wyrywa się w przestworza, lecz ja nie każę jej odejść. Boję się ujawnić jej oblicze. Boję się stłamszenia. Boję się szyderstwa. A najbardziej lękam się fałszu, który tylko czeka by pojmać mą tajemnicę i sekrety. Potem roztrzaska je w pył karmiąc nimi własne wnętrza. A wtedy będę jak ptak nie potrafiący wzbić się w przestworza. Będę jak pisklę karmione nostalgią, któremu wymazano szczęście porannej rosy i będę jak złocista myśl zamknięta w lochu potępienia, blednąca z każdym dniem. Więc uciekałem i uciekam nadal… Ubrany w żelazną zbroję życia zacieram za sobą zapach mego istnienia. Schowałem już swą duszę głęboko w sobie, pielęgnując ją i patrząc na nią za dnia, a nocą czuwając przy jej boku do pierwszego płomiennego blasku wschodzącego dnia. Nie oddam jej nikomu. Zamykam wszystkie myśli w jednej izbie, które uduszę potem, gdy dojdę tam gdzie zechcę. Ale dokąd ja chcę dojść…? Aż boję się myśleć o tym, więc chcę uciekać w zbroi życia jeszcze dalej… Jeszcze dalej… …dotarłem do miejsca bardzo odległego, pustego, które oddychało tajemnicą starych wieków. W otchłani swej skrytości słyszałem słowa o dziwnym znaczeniu, kompletnie nie zrozumiałe i zamglone swa barwą. Mijałem za horyzontem myśli ludzkie wnętrza. Były one podobne do mojego cierpienia, ale jakże odmienne. Pełzały w przestworzach czekając na wiatry radosnych nowin a w około tryskała uradowana woń. Z ich świadomości wylewał się wrzący potok cząstki ich spełnienia, które było tak blisko, że aż ja poczułem jej posmak. Kształt mej osoby zabity był w mocarną zbroję gwoźdźmi niedostępności, a środek mego istnienia kołysał spokój. To był śmiertelny spokój. A jednak czułem gdzieś głęboko pod nim kolec trwogi i niepewności. Czułem, że drzwi pozamykane przeze mnie w obliczu lęku przed jutrzejszym dniem zatrują mą duszę, która wzburzy w strachu harmonię mojej świadomości. Poczułem