Przygoda · 29 min czytania
Slawek Rdestowicz-cd.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Skazańcy rozmawiali: -Kiedy to się wreszcie skończy? -Nie wiem, spytaj Marcina, on podobno był już w Badylowie. -Potem jest ogromna, ciemna komnata, na samym dole jest głębokie jezioro, które będzie trzeba przep... I nie dokończył, bo stanęli przed imponujących rozmiarów drzwiami. Zorientowali też się, że na niemi kroczy cała armia. Zanosiło się na mało potyczkę... Jeden żołnierz, bez wątpienia generał, wyjął zza pasa ogromny klucz i z pomocą jakiegoś szeregowca wsadził go do zamka. Przekręcili. Drzwi otworzyły się z łoskotem, ukazując ogromną, wysoką na kilkaset metrów salę; po oby stronach była drewniana brama, a pod nią biegły zygzakiem długie, drewniane schody kończące się czymś przypominającym werandę. Nic nie byłoby tam widać, gdyby na szczycie nie wykuto okazałego szybu. Ale przede wszystkim na dnie komory znajdowało się głębokie jezioro, w którym łowił ryby wędkarz po drugiej stronie, na werandce. Gwizdał on melodię podobną "wlazł kotek...", ale mimo że gwizdał cicho, tutaj było to słychać jak koncert rockowy. Zaczęli złazić po schodach w dół. Nie robili przy tym dużo skrzypu, ale przeraźliwe skrzypy w połączeniu z gwizdem powodowało znaczny spadek morale skazańców. Ledwo usłyszeli, jak drzwi po drugiej stronie również się otworzyły i do jaskini wkroczyła armia Uszat. Wyglądem bardzo przypominała Tukańczyków, były to brązowo-szkarłatne borsuki. Po chwili rozpoczęła się bitwa. Ktoś chwycił Sławka za kołnierz i wrzucił do wody. Byli już tam inni skazańcy. Kazano mu płynąć, płynął. Woda była głęboka, a wokół pływały ryby z minami inkwizytorów. Wkrótce na szczęście znaleźli się pod werandą po drugiej stronie i ze zgrozą odkryli, że znajduje się półtora metra nad ziemią. Z ledwością wspięli, się i z drobnymi zadrapaniami ruszyli w górę po schodach. Przeszli przez próg i dokonali strasznego odkrycia: po drugiej stronie również był spad, na dodatek wyglądał na jeszcze bardziej stromy. W obliczu wspinaczki podupadli na ziemię i pozasypiali. Wkrótce Sławek poczuł, że ktoś wylewa na niego wiadro wody. Otworzył oczy i odkrył, że leży na górskiej dróżce i obwąchują go półdzikie psy. Psy! Jeżeli w Tumenach spotkasz choćby cień psa, to witaj w twierdzy Uszat! Na podobnej zasadzie kota spotkasz tu tylko w Tukan. Wkrótce był na tyle przytomny, że wstał i przywitał się z rówieśnikiem z Uszat. To on nie szczędził wody ze studni, by przywrócić przytomność strażnikom i skazańcom. Ci, którzy już nie spali, siedzieli nieopodal przy prowizorycznym ognisku, inni legli koło studni oblewani wodą i obwąchiwani przez psy. Sławek zaczął pomagać w akcji ratunkowej. Musiał skakać po tych, którzy opili się wodą. Wkrótce potem chłopak, który pomógł skazańcom zaprowadził ich do pewnego budynku. Z przodu wyglądał trochę jak warszawski Zamek Królewski, ale w środku znajdowała się jedna, wielka sala. Wokół stały łóżka, z sufitu opadały na ziemię hamaki, ale mało kto się tu leczył, bo nie był to wcale szpital. Można to raczej nazwać hotelem, choć każdy dostawał tu nocleg i nic poza tym. Sławek ku swej uciesze dostał hamak wiszący niemal tuż pod sufitem. Kiedy tam jednak się dostał, okazało się że wcale nie jest tam aż tak fajnie. Mimo że był odważny, przeszkadzał mu lęk wysokości, a słońce grzało niemiłosiernie przez wielkie okna. Jednak przede wszystkim mógł wyjmować stamtąd garściami pchły i wszy, i pomyślał, że mógłby robaki na wagę sprzedawać. Czas płynął powoli, a godziny się dłużyły, toteż Sławek bardzo się zdziwił, gdy usłyszał: -Te, chłopcze chcesz chrząszcza z rożna czy smażone mrówki? -Dobra, biorę 50 chrząszczy! Ile płacę? -Te, chłopcze, nie mam zielonego pojęcia jak zje pięćdziesiąt chrząszczy wielkości kota za jednym zamachem! -Te, handlarzu - powiedział naśladując głos ekspedienta Sławek - biorę ćwierć chrząszcza i talerz mrówek! -Te, chłopcze najpierw 50 szylingów! -Te, handlarzu, a ile to na ananasy? - odparł Sławek wygrzebując z kieszeni resztki wygranych z Ananasowa. -Dwa ananasy! Sławek zrzucił na dół zaliczkę z pytaniem, po co Polakowi szylingi na języku. Usłyszał za sobą dzwonek, odwrócił się i zauważył że ma za sobą spory kawał chrząszcza, który chyba rzeczywiście był wielkości kota i cały talerz mrówek. O ile chrząszcz był nawet niezły po okraszeniu sporą ilością keczupu, to mrówki całe tonęły w starym oleju. Dlatego Sławek wylał olej na dół ku wyraźnej dezaprobacie kilku innych lokatorów, którzy zostali oblani przeterminowanym padskudstwem, po czym ususzył je kawałek na słońcu. Później smakowały jak chrupki, toteż szybko zostały zjedzone wiadomo przez kogo. Gdy nagle, ni stąd, ni zowąd rozległ się przerażający dźwięk. W dachu zaczęły tworzyć się podłużne rysy; spadające odłamki przedziurawiły mu hamak, tak więc runął na podłogę. Na szczęście! Właśnie ściany zaczęły się zapadać, a wszyscy, w większości na pół żywi, zaczęli biegiem opuszczać budynek. Gdy Sławkowi udało się jakoś z tego wykaraskać, na zewnątrz panował dziwny półmrok. Ten półmrok był jednak bardzo nietypowy: przebijały się przez niego wszystkie kolory tęczy. Nagle rozległ się przeraźliwy skrzek: - Ahoj! Okropnie nierówniasta okolica! Monstrum nie zdążyło nawet dokończyć, gdy rozległ się przeraźliwy wrzask personelu i kwaterujących się w "hotelu". -A, pyszne robaczki! W kółko tylko wiśnie i wiśnie, ale tego doprawdy nigdy próbowałam! Robaczki, zaczekajcie jeszcze trochę! Stać! Wyjmę lupę i was... -Zjem!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Doprawdy, towarzystwo tak głośno, zresztą nietrafnie, weszło w słowo potworowi, że dziwię, się dlaczego wszyscy po kolei wydarli sobie gardeł po pierwszej głosce. -Chciałam tylko spróbować! Po tym stwierdzeniu jedna noga papugi podniosła się, a jej monstrualnych rozmiarów głowa pochyliła się tak, że doskonale widziała wszystkich bez wyjątku krzykaczy. Mirosław wyciągnął rewolwer i zaczął mierzyć w papugę. Ptak ostrożnie zabrał mu pistolet i połknął broń, po czym stwierdził, że ten owoc jest bez smaku. Wówczas z tłumu wydobył się Szaman. Kazał personelowi hotelu przynieść sobie wszystkie mrówki. Gdy jego rozkaz został spełniony, urządził z tego wysoki stos. -Papużko, mróweczki, z sosikiem, spróbuj! Papuga nie kazała tego sonie dwa razy powtarzać. Siadła na szczycie i zaczęła pożerać mrówki. -Prędko, pochodnia, nie ma czasu! - krzyknął Szaman. Kiedy dostał, to co chciał, cisnął tlący się kij w stos i kazał wszystkim odsunąć się. Po chwili papuga z osmalonym ogonem znikała w oddali. Wszyscy stanęli jak wryci zdziwieni prostotą pomysłu Szamana. Z osłupienia wywał ich wrzask niemowlaka. -Rekin! Wledne ksakołazy! -Mamy niewyobrażalnego farta. - stwierdził Sławek. Wszyscy przytaknęli. A lutniarz:
Męża głoś zielonego Szamana z odwagi własnej zrodzonego Co się nie przeraził potwornej papugi! Mamy u niego wdzięczności długi! Dziękujmy Szamanowi, Co dał w ogon potworowi!
Przypomniało to o tym, kto to zrobił. Rozpoczęły się poszukiwania Szamana. Niestety, nie znaleziono go, więc podziękowano mu tylko w duchu. Strażnicy zauważyli ważny szczegół. Rewolwer Mirosława połknęła papuga! Więc już nie może obronić skazańców. Postanowili wykonać zamach jak najszybciej. Wtedy zjawił się leśniczy. -Co, wybieramy się na polowanko? - zagaił Mirosław. - Niecne ptaszysko pożarło mi colta, ale kupiłem sobie nowy, prawie nie używany. Strażnicy z pomrukiem zawodu rozładowali broń. -Trzeba poszukać skazańców. - warknął jeden zbrojny - w takim tempie nigdy nie dojdziemy do Badylowa Dzikiego. Poszukiwania były bardzo krótkie, bo ludzie grzali się przy małym ognisku, pozostałym z wielkiego stosu Szamana. Personel ustalał z przybyszami rekompensatę za spłonięcie hotelu. W imieniu ekspedycji negocjował Hieronim. Zwrócił się do strażników: -Wytargowałem pokój zastępczy w Antymoponach. - i wręczył bony rabatowe. Strażnicy mieli ochotę wychłostać Hieronima za samowolę. Jednak dopóki był z nimi Miroslaw, nie mogli tego zrobić. -Dwie godziny temu wysłaliśmy gońca do stolicy. Niedługo przybędzie wojsko i osły. - sztucznie uśmiechnął się były właścdiciel hotelu. Resztę dnia spędzili skazańcy na pomaganiu w szukaniu bagaży w zgliszczach. Szczególnie wypatrywali walizki w kolorze szkarłatnym, za którą biznesmen obiecał nagrodę 1000 szylingów uszatskich. Po chwili jednak zobaczyli, że bogacz sam znalazł swoją zgubę. Pozostały im tylko poszukiwania przeżyłych psów za 20 szylingów każdy. Po odebraniu nagrody za charciczkę ze szczeniętami, 120 szylingów zasnęli przy rozpalonym ognisku w rozpadlinie, od których aż roiło się w Tumenach. O świcie obudził ich tętent koni. Był to zbrojny patrol uszatski z karawaną osłów do transportu ludności do Antrymopon. Weszli na zwierzęta i powoli, po górach powędrowali ku stolicy Uszat. Dopiero po południu znaleźli się u bram Antymopon. Wojsko uiszatskie zapukało. Ootworzył im celnik. Zgraja psów otoczyła osły, porywając mięso i łasząc się. Rozpoczęła się kontrola celna. Mirosław na stronie dał parę wskazówek skazańcom. Gdy osioł, na którym jechał Sławek dotarł do szlabanu, celnik spuścił ze smyczy owczarka niemieckiego. Pies obwąchał skazańca, po czym stwierdził: -Tukan. Kot. -A bodajby przepadły! My w drodze do Badylowa Dzikiego, skazańcy. Celnik nacisnął guzik i szlaban się otworzył. Sławek popędził osła i wjechał do stolicy Uszat - Antymopon. Wszędzie biegały psy. Sławek spojrzał na bon. Hotel Terier znajdował się na ulicy Azora VII, przy numerze 15. Porozmawiał z pierwszym przechodniem. -Przeprtaszam, gdzie jest ulica Azora VII? -Co? - Sławek przypomniał sobie, że w Uszat nie znają polskiego i powtórzył pytanie po uszatsku. -Pierwsza przecznica w prawo. A kawaler ze spalonego hotelu Okupacja? -Tak. Mam pokój w Hotelu Terier. Jadę do Badylowa Dzikiego. -A co kawaler przeskrobał? -Właściwie to sam nie wiem, zapomniakłem. - uciął prędko rozmowę i skierował się w stronę hotelu. Na miejscu przekonał się, że dostali obskurną dziurę. Stary Hieronim w fiolketowym berecie dorzucał drwa do rozpalonego zagłębioniu ogniska. Niemowlak płakał, a obdartus obdarzony licznymi studolarówkami narzekal na warunki. Mirosław i część strażników ćmili fajki na sękatej ławie. -Gdzie lutniarz i strażnicy? -Pewnie niedługo przyjdą. Sławek siadł przy ognisku. -Jutro skoro świt ruszamy dalej. Wyspać się tej nocy. - warknął strażnik. Gdy przyszedł lutniarz, na poprawę humoru zagrał.
Koń stał przy stajni, "jam zwierzem jakiem zwierz!". Kopnął krowę w perz. Wieprze. Lecz kury znacznie lepsze. Wtedy przyszedł młynarz, co się zdenerwował I konia oskalpował. I krowę, kury też. I został tylko wieprz. Bo drugi uciekł w perz.
O zachodzie słońca przyszła pokojówka i rozdała obecnym dziurawe koce. Sławek spał tej nocy źle. Strażnicy wygonili wszystkich od ognioska, a skazańcy musieli spać w kącie. Rano poszli w stronę Bramy Scotta*. Strażnicy pokazali legitymacje i ekspedycja wyszła z Antymopon. Przed bramą miasta znajdował się ogromny budynek z napisem: WYPOŻYCZALNIA KIBITEK** "Amundsen***" Wszyscy weszli do środka. Tam strażnik pożyczył kilka kibitek, wręczył zaliczki woźnicom i wkrótce ekspedycja sunęła na saniach. Kraina, którą właśnie przebywali, nazywa się Wyżyna Uszatska i jest tam pełno śniegu. -Gdybyśmy szli na piechotę, dawno utopilibyśmy się w śniegu - stwierdził Hieronim. Jedynymi mankamentami podróży były nudny krajobraz i zimno. Pierwszy był jeszcze do przetrzymania, ale drugi dawał się bardzo we znaki skazańcom. Wypijali powoli gorącą hebatę Mirosława, ale nie było jej dużo. Musieli też rzucać termosem, bo zejście lub zatrzymanie nie wchodziło w grę. No chyba dla samobójców chcących utopić się w kilkunastometrowej czapie śniegu. Na postój zatrzymali się dopiero w środku nocy, na wystającej wysepce skalnej. Ledwo się mieszcząc, rozpalono ognisko. Sen był krótki, a noc chłodna. Jeszcze przed świtem kibitki wyruszyły w dalszą drogę. W południe skończył się ten śnieżny płaskowyż. Odesławszy kibitki z resztą zapłaty, ekspedycja ruszyła przez ostatni odcinek Tumenów. Wkrotce dotarli do dolinki pelnej krzaków. Miroslaw ustrzelił kilka krzakołazów, które upiekli na ognisku. -Dalej droga wiedzie jaskiniami. Nie możemy przejść przez Papuzję, bo tam papugi w stylu tamtej by nas skasowały. - powiedział leśniczy zapalając fajkę. -To dlaczego tamta przyleciałado Hotelu Okupacja? -Widać coś ją tam przywiodło. Może dzikie gęsi. - ostatnie zdanie Mirosława to raczej pytanie niż stwierdzenie. Następnego ranka weszli do rozpadliny skalnej, znacznie mniejszej, niż te ze zdarzenia z za- mchem strażników. Były tam małe drzwi. Strażnik wyjął komplet sztućców. Obok drzwi były trzy wnęki w kształcie noża, widelca oraz łyżki. Dopiero wtedy przekręcił klucz w zamku i. weszli do środka W tunelu oświetlenie było podobne jak w tunelu, który zawiódł ich do Ananasowa. Brakowało tylko budek z hot dogami. Choć wtedy utrudniały drogę, teraz Sławek wiele by dał za chociaż jedną. Po wędrówce przez wąski tunel dotarli do wielkiej dziury. Gdy skazańcy zastanawiali się, co z tym zrobią, Mirosław rzekł: -No co się gapicie? W lewo! Rzeczywiście, był korytarzyk prowadzący w lewo. Za pierwszym zakrętem była mała dziuara z kładką. Za nią znajdował się następny zakręt i zamknięte drzwi. Po poświęceniu kolejnej pary sztućców ekspedycja wyszła na galeryjkę. Gdy Sławek wychylił się, zobaczył klif i tę dziurę, której tak się przestraszyli. Szli tak galeryjką, aż nagle skręcili. Znowu był to skręt w lewo, za którym była spora sala. U góry znajdowała się wielka lampa gazowa, a na dole rosły palmy i paprocie. Po chwili wędrówki przez ten las napotkali polanę, gdzie tańczyły miotły. Mirosław kazał każdemu złapać sobie jedną. Przepuścili pół godziny na gonienie mioteł po całej sali lub, jak kto woli, lesie. W końcu każdy miał swoją miotłę i ekspedycja skierowała się spowrotem na galeryjkę. Przeszli jeszcze z kilkaset metrów i znaleźli szczelinę. -Róbcie wszystko, jak ja. - rzekł Mirosław. Wetknął kij moitły w dziurę. Szczelina z miotłą zaczęły się poruszać. Za rogiem Mirosław chwycił się miotły. Chwilę potem galeryjka się kończyła i leśniczy, trzymając się kurczowo, dotarł na półkę skalną. Po jakimś czasie każdy na swojej miotle przebył drogę do ustępu skalnego. Hieronim wziął ze sobą niemowlaka. Przy półce skalne była dziura. Po drugiej stronie ukazał się skazańcom wodospad i…