Religia · 12 min czytania
Ślepiec
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stare mury domów, o które się opierał oraz wyżłobienia pod stopami od wczorajszego popołudnia nie zmieniły swych miejsc zamieszkania. Z wyuczoną precyzją Bartymeusz podążał ku celowi swej codziennej wędrówki, powłócząc ociężale bosymi stopami po nierównościach ulicy. Odłubanym z kory kijem badał zachowawczo teren przed sobą, by nie potknąć się o coś, czego tam być nie powinno. W drugiej dłoni ściskał gliniany kubek - obraz swego losu. Czuł w sobie niepojęte poruszenie, które wibrowało swoistym niepokojem wielkich chwil. Tłamsząc je nieporadnie myślał o tym, co niegdyś wpływało na wzmożone bicie jego serca, a teraz pozostawało jedynie mglistym, bezkształtnym już wspomnieniem - jak wieki - dawno przeżytych wzruszeń. Cudowne krajobrazy, piękne kobiety, nawet widok latryny zamazywał się brakiem doświadczeń barw, zarysu kształtów, subtelności cieni. Jego szeroko otwarte oczy usiłowały przebić się przez zbitą powałę absolutnej ciemności, nie mogąc już pojmować czym jest biel, czerwień czy błękit. Wszystko, co mu pozostało, to widzieć dotykiem wyczulonych dłoni, odszukujących znajome wybrzuszenia miedziaków, które zamieniał na smak chleba, a i czasem wędzonej ryby. Po to właśnie zmierzał ku głównemu traktowi prowadzącemu podróżnych w granice miasta Jerycho. Tam było miejsce jego żebraczej pracy, by móc jeść i marnie egzystować. Do jego uszu dolatywał wzmożony gwar rozmów pochodzących ze zbliżającego się traktu, ale serce na nowo ściskał ból, który gniótł go ze zdwojoną siłą. Niczym rzymskie miecze przeszywała go ludzka bezduszność - haniebna obojętność na los tego, który nazywany jest bliźnim. Bartymeusz nie był sam przeciskającym się w tłumie poprzez swe własne sprawy, troski i interesy, a jakże to właśnie czyniło go samotnym. Jedynie tacy jak on sam mogli go rozumieć. Pośród nich był w swej własnej gromadzie tychże samych trosk - czasem samoistnie wyolbrzymiających się lub zupełnie tracących na znaczeniu. Tylko z nimi mógł rozmawiać jak równy z równym. Ci wszyscy dookoła, wielcy i bezkształtni, przetaczający się ponad jego skuloną na ziemi postacią, jakby lubowali się w trącaniu go i obsypywaniu przydrożnym kurzem twarzy zarośniętej długą brodą. Był on tylko ofiarą, niegodną dłuższego przyjrzenia, nie wspomniawszy już o jakimkolwiek zainteresowaniu. Mógł być jedynie wdzięczny niskim pokłonem tym nielicznym, którym zbywały drobne monety w udrapowanych tunikach i przepełnionych trzosach. Owe poruszenie, którego bezskutecznie usiłował się pozbyć, wypływało jednak spomiędzy tych, których miał prawo nienawidzić, a którzy swą ciekawością, a nierzadko próżnością języków roznosili to, co było w monotonii codzienności cenne - ważne wieści. Bartymeusz wytężał słuch chłonąc wszystko, czym coraz bardziej, niczym przy nadciągającej burzy, huczało miasto. Nowiny brzmiały jak baśń, wręcz niezrozumiale, przywodząc na pamięć stare zwoje opowiadające niezwykłe historie o rozstępującym się morzu, ognistym krzewie, czy kilkudniowym mieszkańcu wielkiej ryby. Mówiono o Proroku rozmnażającym chleby, głoszącym prawdziwą mądrość, nie znoszącym kompromisów i miłującym lud ponad wszystko, ponad granice życia i śmierci. O tym Bartymeusz bał się myśleć, by nie płoszyć tej myśli nazbyt wyraźnymi słowami: On leczył chromych, zabierał gorączki, wskrzeszał nawet umarłych i przywracał wzrok! Nawet człowiekowi, który nigdy nic nie widział, potrafił dać normalny wzrok! Iskierka nadziei w jego ciemnościach. Iskierka, w którą chciał dmuchać z całych sił, by mogła się rozpalić w wielki ogień rozświetlający wszechświat dookoła. Tylko jak tego dokonać? Jak sprawić, by nie zgasła? Jak trafić do Niego - tego nie wiedział. Przysiadł przy dużym kamieniu, o który mógł oprzeć swe plecy. Poprawił wytarty ze starości płaszcz tak, by osłonił go przed przypiekającymi promieniami słońca. Wystawił przed siebie kubek, by nienachalnie prosić co jakiś czas o jałmużnę. Swe pragnienia wzniósł zaś gdzieś ponad siebie, wysoko, poddając je osądowi Tego, który od zawsze zna najskrytsze wnętrza każdego serca. Bez wyjątku każdego!... Jego ukryte westchnienia doleciały nieba. Tłum na drodze jakby z sekundy na sekundę gęstniał, wzbijając coraz większy tuman kurzu, który z wrodzoną sobie natarczywością wciskał się w nozdrza, między zęby i drażnił ślepe oczy. Gwar coraz częstszych słów powoli przemieniał się w jednostajny pomruk, podobny wodospadom. Spomiędzy tego zgiełku do świadomości żebraka przedzierało się potęgując to, czego pragnął, o czym jeszcze przed chwilą bał się myśleć, a jedynie śnił na jawie - imię Proroka. Tłum przekazywał z ust do ust: Jezus Nazarejczyk jest, Jezus Nazarejczyk!... Coraz większy tumult. Spychało się na niego coraz większe mrowie. Powoli rosła fala ludzka, niczym kręgi wody po wrzuconym kamieniu - zewsząd głosy, tupot nóg i nieznośny kurz. Ktoś na niego nadepnął, ale nie to było istotne, nie to najważniejsze. Serce w nim łomotało jak oszalałe. Ten Jezus, o którym słyszał, że daje wzrok, był coraz bliżej, ledwo kilka kroków, tak blisko, że czuł go całym sobą. Wciąż widział tylko ciemność absolutną, nieprzeniknioną i tę iskierkę rozpalającą się, tryskającą żarem i eksplozją ognia. - Synu Dawida, Jezusie, zlituj się nade mną! - zakrzyknął ile miał sił i powietrza w płucach. Chciał przebić się przez ten tłum, rozbić ich, przegonić, żeby tylko stanąć przed Nim. - Milcz ślepcze! - Ktoś dźgnął go czymś twardym między żebra. - Nie przeszkadzaj Mistrzowi - zawtórował ktoś inny. - Co wrzeszczysz? - dołączył się trzeci skrzekliwym głosem. - Ogłuchnąć tu można, jak pragnę zdrowia. I to nie było istotne. On walczył o przetrwanie, o życie. A Nauczyciel rozdawał życie - za darmo. On miał litość, miał miłosierdzie, miał miłość! Tylko musiał go usłyszeć - ślepego żebraka. Zebrał siły i nie zważając na nic, nabrał powietrza w płuca. Mocniej, jakby w ostatniej chwili swojego istnienia wrzasnął: - Synu Dawida, zlituj się nade mną!... Znów coś zafalowało, ktoś poraz kolejny trącił go, ale bez wątpienia nastąpiła jakaś zmiana. Pośród wielu